sobota, 6 września 2014

Informacja.

Kochani, ostatnimi czasy co raz bardziej zauważam spadek komentarzy na tym blogu. Wcześniej w jeden dzień robicie limit komentarzy, a teraz? Nie to, że się czepiam, ale widząc przez cały dzień 14 komentarzy, jest naprawdę dołujące i od razu sobie myślę co jest nie tak w tym opowiadaniu. Może w ogóle powinnam przestać go pisać? Dzisiaj się nawet nad tym zastanawiałam i chyba takie wyjście tylko mi już pozostaje. Wiem, że jest tutaj kilku wiernych czytelników, którzy piszą mi, żebym się nie przejmowała, że wszystko z czasem wróci do normy... ale teraz właśnie moja chęć do pisania podupadła i nie mam w ogóle ochoty jak na razie na kontynuowanie tego opowiadania, choć bardzo bym chciała to zrobić, bo przygotowałam dla was bardzo fascynującą część. 

Proszę was o jedno : ZOSTAWCIE CHOCIAŻ W KOMENTARZU KROPKĘ LUB COKOLWIEK, WAŻNE, ŻE ZOSTAWILIŚCIE PO SOBIE ŚLAD! 

Bardzo mi na tym zależy i nie chcę rezygnować z COD, bo to opowiadanie jest dla mnie jak dziecko, które pielęgnuję od tygodni i staram się by wam się podobało. 

Jest warunek! Czyli wasza last chance! 

30 komentarzy pod tym rozdziałem + coś, czego brakuje w opowiadaniu i mogłabym dodać i postaram się dodać rozdział w środę, a jak uda mi się wcześniej, to będzie wcześniej. To jest mój warunek, inaczej... to będzie koniec City Of Death, przynajmniej na jakiś czas. 

30 komentarzy = NOWY ROZDZIAŁ

K.

piątek, 5 września 2014

2 Generation - One.

- Nie, to niemożliwe – powiedziałam, niemal warcząc na widok Eleanor. Ona była… żywa. Stała przed nami, a jej serce nie biło, ani nie oddychała. Ona była wampirem. Spoglądając w stronę Louisa zauważyłam, jak zaciska mocno dłoń w pięść. Aż pobielały mu kłykcie. – Ona nie może być moją siostrą, ja nie mam rodzeństwa…
- Czekałam na to spotkanie trzydzieści lat… - odezwała się Eleanor, podchodząc do mnie bliżej, a Louis odrobinę zasłonił moje ciało. – Och, prawie bym zapomniała o Twojej obecności, Louisie… Nic, a nic się nie zmieniłeś… Tak samo zaborczy i nadopiekuńczy – Eleanor wywróciła oczami. – Już wiem dlaczego Louis się w Tobie zakochał, jesteś ładna – przyznała szczere, ale w jej głosie wyczułam niechęć. – Już Cię zaliczył? Czy nadal nad Tobą lamentuje?
- Chyba nie powinno Cię to obchodzić – parsknęłam, uśmiechając się krzywo.
- Nie powinno – zgodziła się ze mną, stając obok Arrena. – Kto by pomyślał, że moją siostrą będzie dziewczyna mojego ex.
- Najwyraźniej woli bardziej żywe – prychnęłam, a z jej twarzy zniknęło rozbawienie. Usłyszałam jak Louis zaśmiał się cicho, głaszcząc mnie po plecach. – Widzisz, ja różnię się od Ciebie tym, że moje serce bije i mam uczucia, a ty… jesteś martwa, bez krzty człowieczeństwa.
- Kiedyś podobało się to Lou… przynajmniej tak myślałam… - w jej oczach zauważyłam ukłucie bólu, lecz tylko przez chwilę. Nie chciała pokazać, że tak naprawdę jest jej przykro. Ona nie ma uczuć, ale jeśli jakieś już w sobie posiada, tłamsi je. – Ale jego nabrać jest trudno. Próbowałam wszystkich sztuczek, aby go w sobie rozkochać, a gdy zostałam wampirem, byłam już na stratnej pozycji…
- Po co tu w ogóle jesteście? – zapytał rozdrażniony gadką Eleanor, Louis. – Psujecie bankiet.
- Ten bankiet tyle mnie obchodzi, co zeszłoroczny śnieg, Louisie – rzekła Eleanor, gorzko się śmiejąc. – Przyszłam tu tylko po to, aby powiedzieć swojej siostrze, by jak najlepiej wiodło się jej w tym mieście. Bo wkrótce może ono się obrócić w… popiół – mówiąc to, posyłając mi całusa, odwróciła się i wyszła. Arren jednak nie ruszył się z miejsca.
- Co tu jeszcze robisz? – pytam go, mierząc wzrokiem.
- Moja córko… - Arren znalazł się z prędkością wampira tuż przede mną. Nawet nie drgnęłam. Ręka Arrena powoli podniosła się do góry, a dłoń delikatnie musnęła mój policzek. Spoglądałam na to ze skrytym obrzydzeniem. – Dołącz do mnie i reszty mieszańców, gdzie jest Twoje miejsce. Pomogę Ci to przetrwać, bez boleśnie.
- Przepraszam, ale już ktoś się tym zajął – szepnęłam, odsuwając się od niego i lekko wtuliłam się w bok Louisa.
- Nie wolisz żyć w otoczeniu swoich pobratymców? Oni by Ci pokazali prawdziwe życie mieszańców.
- Ona jest już nasza, Arren – zabrał głos Louis, nim zrobiłam to ja. – Przeszła jedną drugą przemiany. Nie jest już Twoja, lecz należy do Grace.
- Jeszcze zobaczymy – uśmiechnął się figlarnie i zniknął. Nagle. Pomrugałam zszokowana oczami i odważyłam się spojrzeć na Louisa. Jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć i był wgapiony we mnie.

Mój ojciec z LA nie był moim ojcem… dowiedziałam się, że mam siostrę, ex mojego chłopaka… Czy mogło być gorzej?

- Wszystko w porządku? – zapytałam, obejmując jego twarz dłońmi. Chodź wczoraj się ogolił, czułam pod swoją skórą lekkie ukłucia. Louis ledwo zauważalnie pokiwał głową. – Może dołączymy do reszty, nim zauważą naszą nieobecność?
- Znając Grace, już połowa gości wie co tu się wydarzyło i nie wątpię w to, że przyjęli to na luzie.
- Nie pokarzę im się teraz na oczy, Louisie. Nie mogę – powiedziałam zduszonym głosem ze łzami w oczach.
- Musimy, to jest tradycja, której akurat nie możemy złamać. Dasz radę – na zachętę jego wargi połączyły się ze mną na krótką chwilę, lecz łapczywie.
- Nie… - kręcę głową.
- Posłuchaj – Louis tym razem chwycił moja twarz. – Poradzimy sobie. Dla mnie to też jest głęboki szok, ale musimy iść dalej.
- Ale, Louis… Eleanor żyje.
- I co z związku z tym? – spytał, marszcząc brwi.
- No bo myślałam, że… - spróbowałam skonstruować jakieś porządne zdanie, ale emocje robiły swoje.
- Liliano Anderson, czy ty właśnie pomyślałaś, że zostawię Cię dla Eleanor? – Louis prychnął. Nie odpowiedziałam mu, tylko spuściłam wzrok. – Boże, ty naprawdę tak pomyślałaś – odparł z przekonaniem.
- W końcu byłeś z nią jakiś czas i…
- Kocham tylko Ciebie – przerwał mi, delikatnie całując. Chłonęłam jego dotyk warg najbardziej, jak tylko mogłam. – Możesz sobie i być córką Arrena, ojca się nie wybiera, ale to nie znaczy, że nie kocham mojej księżniczki najbardziej na świecie – uśmiechnęłam się smutno. – Zobaczenie jej potwierdziło mnie tylko w przekonaniu, że nic, a nic, już mnie z nią nie łączy. Nienawidzę jej, ona mnie zresztą też. A nawet mnie to nie obchodzi – wzniósł oczy ku niebu. – Liczysz się tylko ty i wyłącznie ty. Jesteś moim aniołem stróżem, pamiętasz? – pokiwałam głową, uśmiechając odrobinę szerzej. – No właśnie – Louis przytulił mnie do siebie opiekuńczo, kładąc dłoń na moich włosach i je głaszcząc. – Chcę by między nami było idealnie, tak jak powinno być między kobietą, a mężczyzną, Lily. Pragnę byś czuła się przy mnie jak najlepiej.
- Jest tak – wyszeptałam w jego tors.
- Cieszę się – wyczułam, że się uśmiecha i mnie od siebie odsunął, zdecydowanie zbyt szybko. – Mam coś dla Ciebie – oznajmił.
- Dla mnie? Po co?
- Chyba nadal mamy Wigilię, prawda? – Lou parsknął śmiechem i wyjął małe pudełko ze swojej marynarki. Przez moment stanęło mi serca, ale tylko do momentu, gdy wyjął z niego mój prezent. Był to srebrny naszyjnik z małym brylantowym serduszkiem. Na tani to on mi nie wyglądał.
- Jest piękny – przyznałam szczerze.
- Należał do mojej matki – powiedział, smutniejąc na jej wspomnienie. – Dała mi ona go, gdy… umierała w szpitalu. Kazała mi go podarować mojej przyszłej, wartej mnie dziewczynie. I właśnie chcę to zrobić.
- Louis… ja… - brakowało mi słów, choć miałam ich mnóstwo na języku. – Nie mogę tego przyjąć, to jest Twoja pamiątka rodzinna.
- Ależ możesz, bo poniekąd należysz do niej – mruknął, mimo moich protestów odwracając mnie do siebie tyłem i odgarnął moje włosy na bok, zakładając zwinnie naszyjnik. Serduszko, które chwilę później spoczywało na mojej klatce, rozgrzewało na swój sposób. To była cząstka Louisa, która miała być przy mnie. Może i nawet na zawsze. Dotknęłam go opuszkami palców swojej prawej dłoni, jednocześnie będąc już twarzą do Louisa.
- Dziękuję – uśmiechnęłam się do niego promiennie, a on to odwzajemnił.
- Czy naprawdę można tak mocno kochać, jak ja kocham Ciebie? 
- Chyba tak – śmieję się cicho, stając na palcach i całując go namiętnie. – Są Twoje urodziny, a ty mi sprawiasz prezenty.
- Nie, swój najcenniejszy prezent trzymam właśnie w ramionach, całuję i próbuję nie zedrzeć z niego tej seksownej sukienki.
- Och, czyżby? A gdzie Pana maniery? – podniosłam zagadkowo brwi.
- Pieprzyć maniery, Panno Anderson – szepnął uwodzicielskim tonem, przygryzając moją dolną wargę.
- Może za nim, obrócimy ten plan pieprzenia manier w życiu, wrócimy na jakąś godzinkę na przyjęcie, poudajemy zainteresowanych i mykniemy na górę?
- Świetny pomysł, maleńka – trąciliśmy się nosami przy kolejnym pocałunku i powoli ruszyliśmy ku głównej Sali. Spodziewałam się ataku spojrzeń na siebie, lecz każdy był zajęty rozmową. Jakby nie wiedzieli, co się wydarzyło kilka minut temu poza główną salą.

A może po prostu Grace ukryła przed nimi ten fakt?

Spojrzałam speszona na Louisa, a ten posłał mi uspokajający, szczery uśmiech i chwycił za rękę, prowadząc do reszty, która nadal jakby nigdy nic, siedziała przy barze i śmiała się do rozpuku, pijąc  alkohol. No tak… mogłam się tego spodziewać.

- Gdzie wy byliście?! Szukaliśmy was! – pisnęła Ava, gdy podeszliśmy do nich. – Wypijecie z nami po jednym drinku?
- Nie, dzięki, dzisiaj chcę zostać trzeźwa – zaśmiałam się i poczułam jak Louis się rozluźnia. Wiedziałam, że nie lubił mnie pijanej, bo wtedy stawałam się nie obliczalna.
- No tak, zapomniałam – Ava do mnie mrugnęła, a ja wiedziałam od razu wiedziałam o czym mówi. Zarumieniłam się lekko, nawet nie mając odwagi tym razem spoglądnąć na Louisa, bo by odkrył co za niespodziankę dla niego szykuję. Avie już chyba było wszystko jedno, bo chichotała i mówiła bez ładu i składu. Przez kilka minut z Louisem dotrzymaliśmy im towarzystwa, dopóki szatyn nie zaczął ciągnąć mnie w stronę parkietu.
- Nie, Louis… - chłopak tylko się uśmiechnął i pociągnął moją rękę mocniej, nie dając mi wyboru. Staliśmy na środku głównej Sali, gdzie do jakiegoś utworu granego na pianinie kołysały się różne pary.
- Pozwoli Pani… - Louis ucałował moją rękę, po czym objął mnie ściśle w talii i tańczyliśmy tak jak pozostali. – Widzisz? Tańczysz na bankiecie nocnych łowców.
- Super – powiedziałam z udawaną ekscytacją, wtulając głowę w jego ramię.
- Nadal trapi Cię ta sprawa? – nie musiał mi wyjaśniać o co chodzi. Pokiwałam głową.
- Nie mogę i nie chcę w to uwierzyć, Lou. Serce mówi mi co innego – mówię mu na ucho.
- Rozumiem Cię. Tak samo miałem po śmierci mamy i sióstr. Żadne słowa do mnie nie docierały.
- Ty przynajmniej masz ojca, który może to niechętnie pokazuje, ale naprawdę Cię kocha i o Ciebie się troszczy.
- Troska to przesadzone słowo – prychnął cicho. – Po prostu był przy mnie, bo i jego też zabolała strata mamy
- W końcu była jego żoną… Louis?
- Tak?
- A Twoja matka nie była nocnym łowcą? – zapytałam, patrząc na niego z ciekawością.
- Nie – odpowiedział mi po chwili namysłu. – Była zwykłym, kruchym człowiekiem. Tato ją za to właśnie pokochał.
- Musiała być wspaniałą kobietą – pogłaskałam go po policzku, przez co się rozchmurzył.
- Tak, była wspaniała – uśmiechnął się i spojrzał prosto w moje oczy. – Przypominasz mi ją. Jesteś tak samo… delikatna. Czasami mam wrażenie, że jeśli dotknę Cię za mocno, zrobię Ci krzywdę.
- Chyba zapominasz, kto tu jest pół wampirem – przyciągnęłam go do siebie mocniej, przez co jego wargi wygięły się w dużym uśmiechu.
- Chciałbym tego pół wampirka zobaczyć u siebie w łóżku – stwierdził, a jego oczy pociemniały.
- Wedle życzenia, Panie Tomlinson – zaśmialiśmy się głośno.
- Nie wydaje mi się, żebym wytrzymał godzinę w tym towarzystwie, może… uciekniemy nie zauważeni na górę i się tam Tobą zajmę? – poruszał zabawnie brwiami.
- A obiad Wigilijny? Nie jesteś głodny?
- Mam na Ciebie ochotę, a nie na jakieś głupie jedzenie. Jeszcze przytyję – udał zmartwionego.
- Tak, bo ty strasznie gruby jesteś – kręciłam głową ze śmiechem.
- Nie drocz się ze mną – ostrzegł z warknięciem, które zamiast mnie przestraszyć, tylko podnieciło.
- Tańcz – mówię i ponownie się kołysaliśmy. – Od kiedy z Ciebie taki tancerz?
- Chyba też kiedyś chodziłem do szkoły i miałem bale, a że ja byłem bardzo popularny…
- Dojdź do sedna – wywróciłam oczami.
- Dużo dziewczyn męczyło mnie na balach i takim sposobem nauczyłem się tańczyć chociażby wolnego.
- A jak Ci się tańczy ze mną? – uśmiechnęłam się zawadiacko. Louis w odpowiedzi precyzyjnie mnie obrócił w miejscu, po czym gwałtownie przyciągnął do siebie.
- Najlepiej – mruknął w moje usta, całując je z uwielbieniem. Czy ja wspominałam, jak bardzo kochałam tego idiotę?

***
Godzina zamieniła się niestety w dwie. Grace ciągle coś od nas chciała i miała na oku. Kompletnie jej nie rozumiałam. Owszem, Arren był w pobliżu, ale był przy mnie Louis, który nie pozwoliłby na to, aby stała mi się krzywda. Więc, o co chodziło Grace?

Wieczór, mimo tego fatalnego spotkania z Arrenem, które nadal siedziało mi w głowie, był całkiem przyzwoity. Obiad Wigilijny minął bardzo szybko, rozmowy przy stole również, a potem było rozdawanie prezentów. To chyba sprawiło Avie największą radochę, ale Ava… to Ava. 
- Chodźmy już – jęczę do Louisa, wiercąc się na krześle z nudów. Jakoś nie interesowały mnie rozmowy na temat „Jak było na Barbadosie”…
- Poczekajmy jeszcze chwilę, bo za bardzo rzucimy się w oczy jeśli raptem znikniemy.
- Wali mnie to – Louis się zaśmiał cicho.
- Wiem o tym – szepnął, cmokając mój policzek, po czym przybliżył usta do mojego ucha. – Bądź cierpliwa, a zostaniesz sowicie nagrodzona i Ci to gwarantuję – zadrżałam, na co Louis ponownie się zaśmiał.
- Czy tylko ja mam wrażenie, że coś się tego dnia jeszcze wydarzy? – odezwała się Ava, zajadając sałatką. Ugryzłam się w język, nim powiedziałam, że sporo ją już ciekawych momentów ominęło.
- Tak, chyba tylko ty – spojrzałam ukradkiem na Louisa, który dyskretnie ścisnął moją dłoń pod stołem, którą trzymał w uścisku.
- Będziemy się zbierać, co nie Ava? – zabrał głos Zayn, patrząc na swoją dziewczynę z zawadiackim uśmiechem. Ava go odwzajemniła, wstając od stołu.
- My też – Louis wykorzystał okazję, szybko podrywając się z miejsca. Zrobiłam to samo i z prędkością wampira pociągnęłam Louisa z dala od głównej Sali. Szatyn spojrzał na mnie zaskoczony, ale i z szerokim uśmiechem przyparł mnie do okna, napierając przy tym całym ciałem. Nie mogąc się powstrzymać od szelmowskiego uśmiechu, rozerwałam jego koszulę, odsłaniając przy tym opalony i wytatuowany tors, a guziki od odzienia spadły na ziemię. Nigdy nie czułam się bardziej roznamiętniona, niż w tamtej chwili. – Teraz jesteś tylko do mojej dyspozycji – wyszeptał głębokim głosem, wodząc nosem po mojej szyi, a usta ją całowały. – Nic nam nie przeszkodzi – dodał po chwili, dryfując dłońmi po moim ciele. – Choćby i nagły atak demonów.
- Cśś, bo jeszcze wykraczysz – uciszyłam go pocałunkiem, badając jego topografię ciała.
- No dalej, wampirku, pokaż mi coś, czego jeszcze nie widziałem – to brzmiało jak wyzwanie. Popatrzyłam w jego oczy.
- Zobaczymy, czy będziesz taki pewny, gdy przywiążę Cię do łóżka – zawarczałam podnieconym głosem.

- Nie, bo ja mam to w planach, maleńka. 



*****************************

No to witam was 2 części COD! Przepraszam, że musieliście tyle czekać na rozdział, ale... zaczął się rok szkolny xD 

Info! I to nawet dosyć ważne! :D Jutro na sto procent pojawi się rozdział na Dearly Angel, to na pewno, bo wiele osób mnie o to pyta...
A drugie info jest do obu blogów...
Kochani, jestem w 3 gimnazjum i jednym słowem mam mały zapierdol. Więc, rozdziały na COD i DA będą pojawiały się tylko DWA RAZY W TYGODNIU! Konkretnie w poniedziałek i środę, ewentualnie w sobotę lub w niedzielę. W tym czasie będę starała się pisać rozdziały na przód, ale nie jestem tego też tak pewna, bo ciągle muszę coś robić do szkoły xD 

Więc to tyle! :D



25 komentarzy
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Nowy rozdział!! :* <3

Komentujcie <3

K.


poniedziałek, 1 września 2014

Twenty Three.

- Nareszcie jesteście! Wszyscy na was czekali! – znikąd pojawiła się podekscytowana Ava, w kolczastej sukience i krwistych szpilkach.

Taak… bardzo świątecznie.

- Przybyliśmy, spokojnie Ava – uspokoił ją Lou, kręcąc oczami.
- Pozwól, że zabiorę Twoją Panią Tomlinson na kilka chwil, ale kilka osób chce ją poznać – Ava wzięła mnie pod rękę i ruszyła w głąb pięknie ozdobionej Sali, gdzie roiło się koło 60 osób. Nie wiedziałam, że tylu łowców stawiało swoje pierwsze kroki właśnie w Mieście Śmierci. Owszem, Philadelphia była ogromna, ale to miasto należało do jednych z mniejszych w tym stanie.

Ava podeszła ze mną do jakieś niewysokiej kobiety i postawnego mężczyzny. Oboje byli urodziwi i od razu zgadłam, że byli to rodzice Avy. Jej matka miała identyczne rysy twarzy, co moja przyjaciółka, a ojciec ten sam kolor włosów. Ubrani byli dostojnie i elegancko, jak na „weteranów” nocnych łowców przystało. On miał smoking a la z lat dziewięćdziesiątych, a ona dopasowaną czerwoną kreację do ziemi od Chanel. Już bałam się pomyśleć, ile ona musiała kosztować!

- Mamo, tato, to jest właśnie Lily Anderson – oświadczyła Ava z szerokim uśmiechem. Jej ojciec pierwszy wyciągnął do mnie rękę, a na jego twarzy nie widziałam ani grama nienawiści do mnie. Ujęłam jego dłoń, a on ucałował jej wierzch jak prawdziwy gentleman.
- Witaj w klanie łowców, Lily. Miło w końcu zobaczyć, że ktoś świeży rozbudzi tą grupę – odparł niskim tonem ojciec Avy, uśmiechając się przy tym szelmowsko. – Jestem James, a moja żona to Becky.
- Jesteśmy zaszczyceni, że Cię w końcu poznaliśmy – powiedziała entuzjastycznie matka Avy.
- Ja również – odpowiedziałam i byłam w lekkim szoku słysząc ich słowa? Oni są zaszczyceni? Kim ja do cholery byłam?
- Kiedyś powinnaś nas odwiedzić z Avą na Ibizie, mamy tam dom letniskowy i kiedyś mogłybyście wpaść, by odpocząć od tego miejsca – zaproponowała Becky, a mnie zbiło z nóg. Dom na Ibizie? Czy oni nie byli Kardashianami?
- Państwo przylecieli aż z Ibizy?
- Tak, dla Avy zrobimy wszystko – James objął opiekuńczo w pasie i pocałował w czubek głowy. Nie tak sobie wyobrażałam rodziców Avy. Myślałam, że są fanami hard rocka, a nie bogaczami z Ibizy.
- Naprawdę, aż trudno mi uwierzyć, że jesteś mieszańcem, Liliano. Nie przypominasz mi go. Zazwyczaj ta połowa wampira mocno się w mieszańcu odzywa, a u Ciebie… nie widzę go – rzekła Becky zaintrygowana.
- Ciężko pracowałam nad tym, aby przypadkowo się na kogoś nie rzucić. Ava i chłopacy mi w tym pomagali, za co jestem im nie wziernie wdzięczna – mówię cicho, a mój dobór słów mnie zaskoczył. Nigdy nie mówiłam tak… dorosłym językiem, bo sama mam dopiero osiemnaście lat!
- Rozumiem Cię i życzę Ci powodzenia i łap wiatr w żagle – matka Avy uśmiechnęła się promiennie.
- Nie dziękuję – odwzajemniłam uśmiech i chwilę później porwał mnie Harry, przedstawiając mnie swojej matce i siostrze.

I tak wyglądała pierwsza godzina. W kółko z kimś rozmawiałam, nie mając czasu dla siebie i Louisa, którego od czasu, gdy zabrała mnie Ava, nie widziałam. Nigdy nie byłam w takim kręgu zainteresowania i poniekąd mi to schlebiało, lecz nie lubiłam zwracać na siebie uwagi. Co chwilę padały w moją stronę pozytywne wypowiedzi na temat stroju, fryzury, odwagi, że zupełnie sama przyjechałam do Miasta Śmierci i takie pieprzenie bez ładu i składu. 

Najbardziej pragnęłam tego, aby znaleźć się przy Louisie i go nie opuszczać. No i nie poznałam jeszcze jego ojca. To była jedyna osoba, która do tej pory nie zamieniła ze mną ani jednego słowa. Czułam dziwną ulgę, bo nadal bałam się konfrontacji z ojcem Louisa. Może Lou specjalnie go przede mną ukrywał? Nie… nie mógłby tego zrobić. Poniekąd jego ojciec tu też przyjechał : by poznać dziewczynę swojego jedynego syna.
- Co ty się tak ciągle rozglądasz? – zapytała Ava, dosiadając się koło mnie przy barze, w którym tkwiłam samotnie od dobrych dwudziestu minut.
- Szukam Louisa i nie mogę go znaleźć – powiedziałam, nadal wzrokiem przeczesując salę.
- Pewnie gdzieś rozmawia ze swoim ojcem. Co roku gdzieś znikają.
- Dlaczego? – spojrzałam na nią.
- Oni ze sobą nie rozmawiają, tak jak ty kiedyś z matką. Louis nie lubi z nim gadać, ale jest do tego zmuszony.
- Rozumiem – skinęłam głową.
- Właśnie, co to była za wczorajsza akcja w Lusso? Wszyscy coś wiedzą, tylko nie ja! – mówi z desperacją.
- Nic takiego, po prostu miałam atak wściekłości na swoją matkę.
- Co? – zauważyłam w jej oczach zdezorientowanie. – Ona jest tu, w Mieście Śmierci?
- Czujesz ten entuzjazm? – parsknęłam ironicznie.
- Nie wiedziałam, że ona tutaj… Boże, co za szok – mruknęłam.
- Tak. Zaczęła prawić mi wykłady, że chodzę z nocnym łowcą, a ja kilka minut później rzuciłam się jej do gardła – Ava mając wodę w ustach, którą zamierzała połknąć, zamiast tego wypluła na blat i zmierzyła mnie srogim spojrzeniem.
- W dosłownym sensie?
- Tak – wzruszyłam ramionami.
- Oszalałaś?! Jak mogłaś się nie opanować w miejscu publicznym?! – pytała wkurzona.
- Akurat to, było na zewnątrz Lusso, nie w środku – poprawiłam ją z drwiącym uśmieszkiem.
- Nie uśmiechaj mi się tu! Chciałaś zabić własną matkę, to nie jest normalne!
- Chciałam tego, a nie mój wewnętrzny wampir. Byłam na nią cholernie zła i pragnęłam, wbić się jej w szyję i odpłacić za te wszystkie lata w kłamstwie.
- Pomyśl racjonalnie, Lily… - jej ton wyraźnie się zaostrzył. – Może robiła to tylko dlatego, byś nie musiała tego wszystkiego przeżywać? Robiła to po to, by Cię chronić?
- Ale po co by miała tak postępować? – zapytałam ją, próbując nie wyjść z siebie. Ostatnio zbyt często to robiłam. – Czym prędzej czy później poznałabym prawdę, bo mój wampir chciałby krwi!
- Ale to nie oznacza, że od razu musisz wypić krew ze swojej matki! – krzyknęła, lecz po chwili się opanowała, widząc, że niektórzy patrzyli na nas z ciekawością. – Słuchaj, teraz to szczerze mnie przeraziłaś tą swoją obojętnością co do zgonu swojej matki, więc pójdę gdzieś indziej, bo to… nie mieści mi się w głowie. Też nie żywię do swojej matki jakiegoś specjalnego uczucia, ale nie zabijam jej od razu Serafickim nożem! – prychając, Ava odeszła ode mnie, nawet nie oglądając się za siebie. Jęknęłam zdesperowana, chowając twarz w dłoniach. Dlaczego nie żałowałam, że to zrobiłam? Wręcz przeciwnie : byłam na swój sposób zadowolona z siebie.

To było kompletnie nie do zniesienia…

- Ej, co się stało? – w końcu usłyszałam jego głos. Odwróciłam się i zobaczyłam zatroskaną twarz Louisa. Uśmiechnęłam się wymuszenie i pokręciłam głową, wtulając w jego ciepły tors odziany koszulą. – Powiesz mi?
- Może później – odparłam, wdychając zapach jego perfum.
- Chodź, mój ojciec chce Cię poznać – powiedział, nie powstrzymując się od prychnięcia i obejmując mnie w talii prowadził przez salę. Czułam na sobie wiele spojrzeń, ale i Louis nie czuł się odrzucony. Spora damska i zdecydowanie młodsza od niego część tej Sali, pożerała go wzrokiem, przez co mnie trafiał szlag. Tak… Byłam zazdrosna! Louis był strasznie przystojny, a gdy się uśmiechał to już w ogóle byłam w niebie. Jak go tu nie kochać. Gdy przechodziliśmy obok tej grupki, posłałam im wszystkim morderczy wzrok, na co od razu spojrzały w inną stronę. Nie powstrzymałam śmiechu, przez co Louis popatrzył na mnie rozbawiony. – Co za żart ominąłem?
- Żaden ciekawy. Po prostu kilka młodych dziewczyn bardzo się Tobą interesuje – Boże, czy ja to naprawdę powiedziałam na głos?
- Zazdrosna? – Louis zatrzymał się na środku Sali wśród wirujących par rytm jakiegoś powolnego kawałka.
- Nie o tyle zazdrosna, co zła. W końcu ty jesteś moim chłopakiem i jesteś mój.
- To się nazywa zazdrość, kochanie – Louis pieszczotliwie pogłaskał mnie po policzku. – Jestem tylko Twój, a ono – Louis przyłożył delikatnie moją dłoń do jego lewej piersi. Czułam pod nią mocne i dobitne bicie serca. – Żyje tylko dla Ciebie, żadnej innej. Odżywiłaś je, a wraz z nim mnie. Odkąd tu przybyłaś, wszystko się zmieniło… ty się zmieniłaś. Boże, gdybym Cię wtedy zabił podczas patrolu, nie znając prawdy…
- Cśś, nie psuj romantycznej chwili – uśmiechnęłam się szeroko stając na palcach, mimo wysokich szpilek i pocałowałam go namiętnie. Louis zaśmiał się cicho, odwzajemniając pieszczotę tylko na chwilę. Byliśmy w końcu wśród ludzi, a nie wydaje mi się, że każdego pociągało spoglądanie na całujące się pary. No chyba, że miał taki fetysz, niektórzy potrafili być naprawdę dziwni.
- Nie teraz, skarbie – mruknął Louis w moje usta, które ostatni raz podarował czułym pocałunkiem. – Mój ojciec czeka, a on tego nie lubi.
- W porządku – oderwałam się od niego i Louis zaprowadził nas w ustronne miejsce, z dala od całej reszty. Przy jednym ze stolików siedział on.
Ojca Louisa poznałam od razu, tak samo jak i rodziców Avy. On był mężczyzną poważnym, wysokim i dobrze zbudowanym, tak jak Louis. Oczy miał tylko innego koloru, a on bardziej szerszy. Ubrany był tak jak Louis na co dzień, w strój nocnego łowcy. Zauważając nas, mężczyzna wstał i bez szczelnie przejechał po mnie wzrokiem. Nie lubiłam tego, ale był w końcu mężczyzną, Louis też wiele razy to robił, szczególnie wtedy, gdy byłam naga.
- Tato… to jest właśnie Lily – oświadczył z dumą, uśmiechając się do mnie pokrzepiająco. Zebrałam się więc na odwagę i wyciągnęłam pierwsza rękę w jego stronę.
- Miło mi jest Pana poznać, wiele mi Louis o Panu opowiadał – odparłam pewnie, a on z lekkim opóźnieniem ujął moją dłoń i uścisnął, po chwili puszczając.
- Pewnie nagadał Ci jakiś bredni o swoim staruszku – rzekł z chrypą, śmiejąc się cicho.
- Wręcz przeciwnie, same pozytywy – powiedziałam szczerze, choć tak naprawdę nic, a nic o nim nie wiedziałam. Tylko z opowiadań Avy mogłam wywnioskować, że to najprzyjemniejszych ludzi nie należał.
- Jesteś wyjątkowo młoda jak na mieszańca, ile masz lat, Lily?
- Osiemnaście, proszę Pana.
- Jestem Jay, na Pana jestem jeszcze za młody – usłyszałam jak Louis cicho prycha, więc dyskretnie trzepnęłam go w tył pleców. – Więc, osiemnastka? Co tak młoda osóbka robi w Mieście Śmierci?
- Studia – mówię lakonicznie.
- W tej dziurze?
- Czysty przypadek – stwierdzam zgodnie z prawdą.
- Cóż, może w końcu wygonisz Tommo do szkoły. Co studiujesz?
- Nauki ścisłe.
- Więc, Einstein. Podoba mi się – tata Louisa uśmiechnął się tajemniczo i wziąwszy kieliszek szampana ze stolika, wziął jednego łyka.
- Coś jeszcze tato? Chciałbym pobyć z Lily sam na sam – spytał Louis ojca z niecierpliwością.
- Spokojnie, synu, macie przecież cały dzień przed sobą. Gdzie Ci się tak spieszy?
- Nie dałem jeszcze Lily prezentu i chciałbym to zrobić teraz, póki nie zacznie się obiad – odparł przez zaciśnięte zęby. Pogłaskałam go w to samo miejsce, co uderzyłam kilka minut wcześniej i poczułam, jak się rozluźnia.
- Rozumiem, wy i te wasze prezenty. Bawcie się dobrze, moi młodzi – mówiąc to, odszedł od stolika kierując się do innych. Odetchnęłam z ulgą.
- I jak mi poszło? – zapytałam, stając do niego przodem.
- Świetnie, jeśli ani razu nie przeklął, to jesteś już w stu procentach moja – szepcze w moje usta, które potem całuje. Mrucząc z przyjemności, zatracam się kompletnie w tym pocałunku. – Kocham Cię, maleńka.
- Wiem o tym – uśmiecham się szeroko. – Czemu jesteś taki oschły w stosunku do swojego ojca? Wydaje się być całkiem znośny.
- Na dłuższą metę byś nie dała z nim rady. Jest strasznie wymagający i szczerze się zdziwiłem, że mu się spodobałaś.
- Ej, urażasz mnie, do trędowatych nie należę – śmieję się głośno, a on razem ze mną.
- Wiesz, że nie miałem tego na myśli – powiedział ze skruchą.
- Wiem, wiem. Tylko się dro… - moją wypowiedź przerwało jakieś małe zamieszanie. Louis nie mógł tego usłyszeć, lecz ja tak, bo moje wampirze zdolności były co raz mocniejsze.
- Co się… - Louis zauważył moją reakcję, ale położyłam palec na jego ustach i wytężyłam słuch.

- Gdzie ona jest, Grace? – spytał czyiś głos, męski. Był dobitny i głośny. – Chcę się z nią zobaczyć – nie miałam wątpliwości, że mówią właśnie o mnie.
- Ale ja Ci na to nie pozwalam, Arrenie – moje serce się zatrzymało i cała zesztywniała.

Arren tu był… On tu był… O Mój Boże...

- Wiesz, że Twoje nikczemny ton już na mnie nie działa, Grace. Chcę ją zobaczyć, a jeśli nie, rozwalę to przyjęcie w drobny mak – zagroził.
- Jest tutaj blisko 60 nocnych łowców, w tym kilku Twoich dawnych sprzymierzeńców, zrobiłbyś to tylko po to, aby zobaczyć się z Lilianą?
- Mam do tego takie prawo i mi tego nie zabronisz – warknął ostrzegawczo.
- A ty mi nie będziesz groził, tym bardziej w moim Mieście, Arren. Albo zrobisz to co Ci każę, albo Adalbert złoży Ci wizytę – syknięcia Grace były bardzo niepokojące. Grace broniąca mnie? Tak, to było bardzo dziwne.
- Masz takiego mieszańca i nie chcesz się nim chwalić? To obłęd – odezwał się kobiecy poirytowany głos. Skądś go kojarzyłam, ale nie mogłam rozpoznać. Kolejna dziwna rzecz.
- Nic to Tobie do tego – przymknął ją Arren. – Przyprowadź ją, albo sam po nią pójdę i zabawa się z jej ukrywaniem skończy.
- A ja jako założycielka tego miasta, każę Ci opuścić to miasto w ciągu dnia, inaczej moja anielska cierpliwość co do Ciebie się skończy, Arrenie.
- Nie pozwolisz mi porozmawiać z własną córką, Grace?

Świat zatrzymał mi się przed oczami. Spojrzałam na Louisa otępiała, z trudem powstrzymując od płaczu. Już nie słuchałam ich rozmowy, nie wierząc w ani jego słowo. Nie… nie mogłam być jego córką! To niemożliwe! Mój ojciec za pewne jeszcze siedział w swoim warsztacie i naprawiał samochody! Arren nie mógł nim być… Nie, nie, nie…
- Lily, co się dzieje? – Louis chwycił mnie za ramiona, zaniepokojony.
- Zabierz mnie stąd, jak najszybciej – powiedziałam na bezdechu.
- Powiedz mi pierw! Muszę wiedzieć – zażądał Louis. – Zrobiłaś się blada…
- Proszę, chodźmy na górę nim on…
- On co? – za swoimi plecami usłyszałam ten mrożący krew w żyłach głos. Poczułam jak Louisa mięśnie napinają się, a ja omal nie wychodzę z siebie ze strachu, tym razem nie z gniewu.
- Louis, chodźmy – syknęłam, biorąc go za rękę, ale Arren znowu mnie powstrzymał.
- Nie porozmawiasz ze mną? – wydawał się rozbawiony.
- Co najwyżej możesz mnie pocałować w gdzieś! – krzyknęłam, nie mogąc się powstrzymać i odwróciłam się.
Tak dokładnie wyobrażałam sobie Shaun’a Ralf’a Honses’a. Był niewysokim, ciemnowłosym mężczyzną, o gęstym zaroście, lecz nie wyglądał jak święty Mikołaj. Ten zarost dodawał mu diabolicznego wizerunku. Jego oczy były czarne jak węgiel i malinowe duże usta. Miał masywną szyję, a jego mięśnie zakryte były czarnym T-Shirtem i obcisłą skórzaną kurtką. Chyba tak samo jak ojciec Louisa, nie podzielał świątecznego nastroju, który dla mnie runął kilka chwil wcześniej.
- Lily, idź do głównej Sali, natychmiast – mówi Louis, mierząc zabójczym wzrokiem Arrena.
- Nie, nie. Ona tu zostaje – fuknął w jego stronę Arren.
- Nie każ mi nawet rozkazywać – wysyczał Louis, pochylając się delikatnie do przodu.
- Czego chcesz? – zapytałam go równie wrogo.
- Wyrosłaś, Liliano – rzekł spokojniej, przyglądając mi się. Louis posłał mi pytające spojrzenie, lecz nie zwróciłam na niego uwagi. – Minęło 18 lat…
- O czym on mówi? – odezwał się skonsternowany Louis.
- Twoja matka bała się mnie. Pierw wskoczyła mi do łóżka, a potem uciekła, gdy była… z Tobą w ciąży. Miała ze mną jak w niebie, a wolała się szwendać po różnych Amerykańskich stanach.
- Lily wiesz coś o tym? – wycedził Louis. Pokręciłam natychmiast głową.
- Nie możesz być moim ojcem – mówię z przekonaniem, kręcąc głową. – Nie jesteśmy nawet do siebie podobni.
- Masz w sobie moją krew, Liliano – Arren podszedł do mnie i chwycił za rękę. Wzdrygnęłam mocno pod wpływem jego dotyku. – Mnie nie musisz się bać, jestem Twoim ojcem, jesteś Liliana Honses.
- Nie! – wyrwałam dłoń z jego uścisku. – Jestem Lily Anderson, moim ojcem jest Barney Anderson, nie Ty – podkreśliłam jadowicie „ty”, spluwając.
- Jak myślisz, dlaczego matka ukrywała przed Tobą prawdę całe życie? Bała Ci powiedzieć, że Twoim ojcem jest legendarny założyciel rasy mieszanej i najsilniejszy nocny łowca na świecie.
- Z tym najsilniejszym to ty trochę przesadziłeś – prychnął Louis lekceważąco.
- Pozwoliłem Ci się odezwać, Tomlinson? Czy ty przypadkiem nie miałeś dziewczyny, Eleanor? – Louis stężał. – Och, zapomniałem, Grace ją zabiła, bo była wampirem, których tak nienawidzisz. Jaki cudem jesteś z Lilianą, jeśli w połowie nim jest?
- Właśnie, Arren, w połowie – rzekł poważnie Louis. – Do Eleanor nic nie czułem, była dla mnie nikim i wiem, że ona też była przy mnie, by być chronioną. Niech się smaży w piekle.
- Ale, żeby brać się za mieszańca, nocny łowco?
- Zazdrościsz, szmaciarzu? – Arren zaśmiał się drwiąco.
- Wy Tomlinsonowie zawsze tacy byliście. Jak palniecie, to potem żałujecie tych słów.
- Jestem inny, niż to sobie wyobrażasz.
- Może i tak, ale ja wiem, jaka jest moja córka – Arren spojrzał na mnie niby czule.
- Nie nazywaj mnie nią. Moja matka musiała mieć powód, by od Ciebie uciec.
- Prawda jest taka, że ze mną, miała o wiele lepsze życie, niż kiedykolwiek wcześniej. Miała przy mnie wszystko, a zostawiając mnie, straciła na zawsze moje serce, które ją kochało.
- Chciała mnie chronić – warknęłam.
- Może i tak, ale prędzej czy później i tak bym Cię znalazł.
- I znalazłeś, coś jeszcze? Mógłbyś odlecieć już na swoim demonie z stamtąd, skąd przyleciałeś?
- Musisz pierw jeszcze kogoś poznać.
- Kogo? – parsknęłam, zakładając ramiona na piersiach.
- Swoją siostrę – zamarłam. Louis również podzielił ze mną mój szok. – Córko… - Jego ręka wysunęła się w lewą stronę, która była nieoświetlona, lecz ja wszystko doskonale widziałam. Z ciemności wyłoniła się wysoka, zgrabna postać o ciemnych, falowanych włosach i znajomym, złowieszczym uśmiechu.

- Eleanor.



*************************

No to jest koniec 1 części! :D Spodziewaliście się takiego zakończenia? :D Jak myślicie, co przyniesie nam druga część? :D



24 komentarze
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Nowy rozdział!! :* <3

Komentujcie <3

Katie. 

sobota, 30 sierpnia 2014

Twenty Two.

- Louis, wyjdźmy stąd – powiedziałam , niskim głosem, wstając z krzesła i zbierając swoje rzeczy.
- Lily – cichy głos matki obił mi się po uszach i prawdopodobnie ruszyła w moją stronę, z Grace u boku.
- Louis – warknęłam ponownie, czując jak powoli rozpiera mnie gniew. Szatyn również nie podzielał zachwytu mojej matki i wykonał moją prośbę. Ubraliśmy się w szybkim tempie i idąc za rękę chcieliśmy opuścić lokal.
- Lily, poczekaj… - dłoń matki zacisnęła się na moim płaszczu. Po moim ciele przeszły dreszcze i spojrzałam w jej oczy, pierwszy raz od ponad trzech miesięcy. Myślałam, że gdy to zrobię, poczuję do niej jakąkolwiek tęsknotę, ale nic. Żadnej reakcji.
- Nie dotykaj mnie – syknęłam, wyrywając rękę z jej uścisku. Matka patrzyła na mnie zaskoczona.
- Myślałam, że cieplej mnie przywitasz – odparła niepewnie. – I nie zobaczę Cię w towarzystwie łowców – spoglądnęła na Louisa z pogardą, marszcząc brwi.
- Jak śmiesz oceniać to, co robię, gdy ty nawet nie potrafiłaś mi powiedzieć prawdy? – zapytałam ją, parskając ironicznym śmiechem, zaciskając drugą, wolną dłoń w pięść. Grace tylko stała z boku i obserwowała mnie uważnie. Wiedziała, że jestem młodym wampirem i mogę w każdej chwili stracić kontrolę. A byłam tego stanu naprawdę blisko.
- Mogę, bo jestem Twoją matką – odpowiedziała nadzwyczajnie spokojnie.
- Skąd mam to wiedzieć? – mama zbladła.
- Hayley, Lily, może pojedźmy do krypty, tam spokojnie porozmawiamy – do rozmowy wtrąciła się Grace, wskazując na wyjście z lokalu, w którym byliśmy niemałą sensacją.
- Nie mam zamiaru z nią być w jednym pomieszczeniu, szczególnie dzisiaj – pokręciłam głową.
- Powinniście porozmawiać – nalegała Grace, z poważną miną. Przeniosłam na nią swój pełen wściekłości wzrok, tracąc cierpliwość. Poczułam jak kły wyłaniają się z pomiędzy moich stałych zębów, a sińce kalkulują się pod moimi oczami razem z żyłami. Mamie rozszerzyły się oczy, a dłoń powędrowała do ust.
- Powiedziałam coś, Grace – syknęłam. Louis przypominając mi o swojej obecność, mocniej ścisnął moją rękę.
- Mnie nie tym nie przestraszysz, Lily, co najwyżej zamknę Cię w izolatce na cały tydzień, byś nauczyła się panować nad sobą – odparła, mrużąc oczy.
- To ją stąd zabierz, z dala ode mnie – fukając, opuściłam lokal z niską spuszczoną głową by nikt nie zauważył, co się ze mną działo.
- Lily! – słysząc swoją matkę, zawarczałam cicho, już kompletnie nie panując nad sobą. Miałam ochotę rozszarpać jej gardło w drobny mak.
- Nie radzę Ci teraz do niej podchodzić, Hayley, bo zrobi Ci krzywdę – ostrzegła ją Grace, lekko przejęta.
- Od kiedy ona nim jest? – w jej pytaniu usłyszałam wściekłość.
- Nie udawaj, że nie wiesz – tym razem i w tonie Grace usłyszałam ironię. Moja matka nie odpowiedziała jej, a po chwili poczułam na sobie jej obie ręce.

W tym momencie, od wielu dni coś we mnie pękło.

Z wampirzą siłą i szybkość przyparłam matkę do ściany restauracji za szyję i podniosłam do góry, ściskając mocno jej szyję, dusząc. Tym razem w jej oczach zauważyłam strach. Ja natomiast cała drżałam i władała mną żądza mordu.

- Lily, zostaw ją! – na ziemię przywrócił mnie głos Louisa, ale mój wewnętrzny wampir nie chciał tego słuchać. Nadal wpatrywałam się wściekle w swoją matkę, przyciskając ją jeszcze mocniej do muru.
- Opuść to miasto i nigdy już mnie nie na chodź – wycharczałam w jej stronę.
- Lily, puść ją – Louis nie dawał za wygraną. – Nie chcesz zrobić jej krzywdy i dobrze o tym wiesz. Nie daj się rządzić swojemu wampirowi, Lily.
- Zrozumiałaś? – zignorowałam swojego chłopaka, nadal gapiąc się na swoją matkę. Otępiała pokiwała głową, wierzgając nogami. Z prychnięciem puściłam ją i spadła z hukiem na ziemię pokrytą odrobiną lodu. Odwróciłam się w stronę Louisa. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, ale i widziałam, że patrzył na moją matkę z niechęcią. Przynajmniej wiedziałam, że nie byłam jedyną osobą, która nie żywiła już do niej jakichkolwiek uczuć. Louis nawet jej nie znał.
- Lily? – jego ręce opiekuńczo objęły mnie w talii, uważnie obserwując moją twarz. – Wdech i wydech, ćwiczyliśmy to – mruknął, biorąc zimne powietrze do swoich płuc. Powtórzyłam to po nim, a następnie wypuściliśmy razem dwutlenek z ust. Z sekundy na sekundę czułam, jak się odprężam. – Świetnie, maleńka – Louis uśmiechnął się lekko, głaszcząc po policzku.
- Zabierz ją do krypty i się nią zajmij, Tomlinson. Porozmawiamy o tym kiedy indziej – do moich uszu dotarł niby do rozbawiony, niby to poważny głos Grace. Nie chciałam jej patrzeć w oczy po tym, co się stało. Mogłam zostać surowo ukarana za napaść na nocnego łowcę.
Louis nie odpowiadając jej, trzymając mnie mocno za rękę, zaprowadził do auta.
- Wszystko w porządku? – zapytał mnie, odpalając samochód.
- Nie wiem… - powiedziałam z wahaniem, patrząc się w swoje blade dłonie. – Przepraszam, Louis, ten wieczór nie powinien się tak skończyć…
- Jeszcze się nie skończył, długa noc przed nami – uśmiechnęłam się pod nosem. Do końca drogi nie odezwaliśmy się do siebie i spędziliśmy ją w ciszy. Byłam dziwnie spokojna… O mało co nie udusiłam własnej matki, a ja siedzę całkiem opanowana! To było strasznie dziwne! 

Czyżbym już naprawdę nie miała z mamą nic wspólnego? Czy więź, która była między nami, została trwale zerwana?

***
- Louis… - jęknęłam głośno, wypychając biodra w jego stronę, by był we mnie głębiej, a przyjemność jeszcze większa. Louis stękając dobił do szczytu, całując mnie namiętnie i przyciskając mocno do siebie. Schowałam twarz w jego opalonej i wytatuowanej piersi, a rękoma ślizgałam się po jego mokrych barkach. Uwielbiałam kochać się z Louisem. Nie wiem dlaczego kilka miesięcy temu brałam go kobieciarza i totalnego dupka. Otworzył przede mną swoje serce, z którego mogłam wyczytać niemal wszystko. Byłam ciekawa, czy był taki sam dla Eleanor, jak i dla mnie? Bo jeśli ona była taka sama jak z mojego snu, to mu szczerze współczułam.
- Coś ty taka zamyślona? – zapytał, podnosząc mój podbródek do góry i wychodząc ze mnie powoli, by nie sprawić mi bólu, po naszym gwałtownym i ostrym seksie.
- Ja? Nie, zdaje Ci się – mruknęłam wymijająco, uśmiechając się lekko.
- Myślisz o tej akcji z mamą?
- Nie, nie mówmy o tym – pokręciłam głową, krótko go całując. – Dziękuję za kolację, było pysznie i cudownie.
- Cieszę się, że Ci się podobało – kąciki ust Lou wykrzywiły się w szerokim uśmiechu. – Kocham Cię, wiesz?
- A ty wiesz, że ja Cię kocham? – parsknęłam śmiechem.
- Wiem, słyszałem przed chwilą – zaśmialiśmy się cicho, ocierając się przy tym nosami jak Eskimosi. – Słodka jesteś, gdy to robisz.
- Ty też – musnęłam jego gładką szczękę ustami.
- Jestem słodki? – zapytał lekko zaskoczony.
- Nie wiedziałeś tego? Najsłodszy jesteś szczególnie wtedy, gdy się uśmiechasz – odparłam cicho, patrząc w jego oczy.
- Nie wiedziałem, że ktoś spostrzega mnie jako słodkiego – powiedział zmieszany.
- To wiedz, że ja Cię jako takiego właśnie spostrzegam.
- Trzeba to zmienić – uśmiechnął się pobłażliwie.
- Nie, nie – pokręciłam głową, szczerząc się. – Taki jesteś… idealny.
- Nie, ty jesteś idealna – poprawił mnie, wywołując rumieniec na twarzy. – Powiedziałem kiedyś do Avy, że anioły nie istnieją, choć poniekąd nimi jesteśmy, ale w to nie wierzyłem, dopóki nie zetknąłem się z Tobą. Jesteś moim aniołem z kiełkami – zaśmiałam się, a słysząc te słowa, moje podbrzusze wywinęło koziołka. Nigdy Louis nie mówił do mnie tak… ckliwie i z głębi serca. Kolejny pierwszy raz. – Moje chronienie Ciebie wychodzi mi kiepsko, więc ty może zostaniesz moim aniołem stróżem?
- Już nim jestem – zachichotałam, cmokając go w czubek nosa. – Jak myślisz, Grace ukarze mnie za ten incydent?
- Nie wiem, Lily – tutaj Louis głośno westchnął, opadając na miejsce obok mnie. Ułożył mnie do swojego wyrzeźbionego boku i okrył nas kołdrą. Od razu zachciało mi się spać, czując wokół siebie tyle ciepła i troski. – Grace wydawała się być tym wszystkim bardziej rozbawiona, niż podenerwowana. Myślę, że Ci odpuści.
- Mówisz? – popatrzyłam na niego. Pokiwał głową. – Powiedzmy, że Ci wierzę.
- To na co dzień mi nie wierzysz? No wiesz co? Czuję się urażony! – powiedział zduszonym głosem, przez co się zaśmiałam głośno.
- Też Cię kocham, Louis – położyłam głowę na jego klatce, a ręką opatuliłam tułów.
- Nie tak bardzo, jak ja Ciebie – szepnął, cmokając mnie w czubek głowy, a oczy same mi się zamykały, a z pomiędzy ust wyrwało się ziewnięcie. – Śpij, jutro czeka nas wielki dzień.
- Jeśli tym wielkim dniem, można nazwać pijacką sielankę nocnych łowców, to chcę więcej takich dni – rzekłam, a Louis parsknął śmiechem.
- Kto by nie chciał! Ale nawet jutro mamy godzinny obchód po zmroku, więc widzisz, nasze święta nie są zbyt okazałe.
- Coś mi się wydaje, że w tym roku będzie inaczej, niż zwykle.
- Taak… mi się tez tak wydaje – zgodził się ze mną i na tym nasza rozmowa się zakończyła. 

Po kilkunastu minutach, ja z Louisem spaliśmy jak zabici, wtuleni w siebie.

***
Ze snu wyrwało mnie uginanie się materaca i szelest kołdry. Z cichym jękiem się przewróciłam na drugi bok i otwierając lekko oczy zauważyłam nagiego Louisa, który nakładał na siebie dres i poprawiał swoje włosy szybkimi ruchami swoich dłoni. Oglądanie go zaspanego i szalenie seksownego, przyprawiało mnie o dreszcze. O tej godzinie był wyjątkowo boski i przystojny.
- Gapisz się na mnie, prawda? – jakby mnie wyczuł i zapytał, odwracając głowę lekko w moją stronę. Uśmiechnęłam się szeroko na dzień dobry i chwytając go za rękę, wciągnęłam z powrotem do łóżka.
- Pozwoliłam Ci wstawać? Chciałeś mnie zostawić taką… nagą i bezbronną? – spojrzałam na niego, a jego oczy pociemniały w jednej chwili.
- Nie podjudzaj mnie, Anderson. Wiesz, że z rana wyjątkowo mnie podniecasz.
- To czemu tego nie wykorzystasz? – spytałam z dzikim uśmiechem, kładąc dłoń na jego lekkim wybrzuszeniu, kryjącym się pod dresami. Louis z niechęcią zabrał moją rękę i położył ją sobie na piersi.
- Nie teraz. Są już rodziny, a ja nie chcę by ktoś inny, prócz mnie, Cię słyszał i co gorsza wszedł do tego pokoju – szepnął, składając namiętny pocałunek na moich spuchniętych wargach, po naszych wczorajszych igraszkach.
- To mamy łazienkę… - spojrzałam na niego zachęcająco, wchodząc mu na kolana.
- Nawet gdy chcę Ci odmówić, to nie mogę – mruknął z pożądaniem i złączył nasze usta w wymagającym pocałunku, biorąc mnie na ręce i zamykając nas oboje w łazience.

***
- Dziewczyno, co z Tobą Louis zrobił, że chodzisz ciągle z bananem na twarzy, co? – zapytała mnie Ava, gdy ubierałam się do bankietu Wigilijnego. Była jedenasta, a ja ciągle nie gotowa. Louis zresztą pewnie też. Znów mimo woli się uśmiechnęłam, czując się jak się rumienię. – Muszę Louisowi pogratulować!
- Czemu?
- Że Cię zmienił! Nareszcie będę mogła z kimś gadać otwarcie o seksie, a nie tylko z Zaynem!
- No tak, już biegnę – wywróciłam oczami poprawiając swoją niezbyt skromną bieliznę, czyli prezent dla Louisa. Cała bielizna była czarna i z dużą ilością koronki. Przy okazji odsłaniała sporą ilość mojej kremowej skóry. Odsłaniała ona niemal wszystko, nawet miejsca zakazane, które musiałam „uporządkować”. Następnym razem nie pozwolę Avie decydować o prezentach świątecznych, a chuj! – Jak myślisz, ojciec Louisa mnie polubi?
- Szczerze? Po nim można się wszystkiego spodziewać – Ava wzruszyła ramionami.
- Nienawidzi wampirów – przypomniałam jej.
- To może mam Ci przygotować mogiłę? Widziałam kilka…
- Ava! – zaśmiałam się głośno. – To był tylko żart!
- Ale w razie czego wiesz gdzie mnie szukać – puściła mi oczko. – Dobra, zostawiam Cię samą, idę się ubrać. Masz ubrać tą miętową sukienkę, inaczej sama zadźgam Cię kołkiem, jasne?
- To była groźba, Panno Fray?
- Owszem, Anderson i wzięłabym ją na Twoim miejscu do serca – uśmiechnęła się szeroko, wychodząc z mojego pokoju w pośpiechu. Skrzywiłam się w stronę mojej kreacji, która wisiała na wieszaku na drzwiach szafy, a na podłodze stały wysokie szpilki. Wzięłam głęboki wdech i sięgnęłam po cały zestaw.

***
Pół godziny zajęło mi przygotowanie się do bankietu, włączając w to umalowanie się i uczesanie. Nie wiem dlaczego, ale czułam zdenerwowanie przed zobaczeniem bliskich reszty moich przyjaciół. Szczególnie czułam presję przed spotkaniem z ojcem Louisa. Jeśli miał tak wybuchowy charakter jak Louis, mogłam pomarzyć sobie o tym, że zniesie towarzystwa mieszańca w jednym pomieszczeniu.

Ostatni raz oglądając swoje odbicie w lustrze, poprawiłam zwiewną, miętową sukienkę w biodrach i włosy, które pozostawiłam rozpuszczone. Dzisiaj wyjątkowo układały się tak, jak chciałam i wyglądały dosyć ładnie.

- Jesteś gotowa? – zza drzwi dobiegł do mnie głos Louisa i jego pukanie.
- Tak, już wychodzę! – odkrzyknęłam, biorąc już chyba milionowy wdech tego dnia, chwyciłam rąbek swojej długiej sukni i ruszyłam ku drzwiom i z lekkim wahaniem je otworzyłam na oścież.

Widok Louisa w garniaku powalił mnie na kolana. Nigdy nie go takiego eleganckiego i to bardzo mnie zszokowało. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Louis chyba też, bo na jego twarzy malowało się ogromne zdziwienie, ale i aprobatą.

- Wyglądasz… obłędnie – powiedział, uśmiechając się lekko i przyciągając do siebie.
- Jak bardzo obłędnie? – zaśmiałam się cicho, obejmując go ramionami w tułowiu.
- Tak bardzo, że zdarłbym z Ciebie tą sukienkę, rzucił na łóżko i wypieprzył – zadrżałam głęboko pod wpływem tych słów i pocałowałam go z taką samą intensywnością. – Znowu mnie podjudzasz… - mruknął w moje wargi pożądliwie i położył dłonie na moich pośladkach, mocno je ściskając. Zaśmiałam się cicho, cmokając go ostatni raz w usta.
- To Ci musi na razie wystarczyć, solenizancie – uśmiechnęłam się jeszcze szerzej, na widok jego miny. – No co? Kiedy zamierzałeś mi powiedzieć, że masz urodziny w Wigilię?
- Nie obchodzę urodzin od dobrych kilku lat, nie było takiej potrzeby – odparł obojętnie.
- Ale ja obchodzę każde urodziny, a ty ze mną również – powiedziałam wesoło.
- Widzę, że humor Ci dopisuje – mówi Lou takim samym tonem.
- Ciekawe czemu? – zapytałam go retorycznie, podnosząc zabawnie jedną brew do góry, przez co się uśmiechnął. – Wszystkiego najlepszego, Loui.
- Dzięki – Lou przytulił mnie na chwilę, a potem wplątał palce w moją prawą dłoń. – Chodźmy, wszyscy już na nas czekają.

- Czas zacząć bal – zaśmialiśmy się cicho. 



*************************

No to witam was w 22 rozdziale! Ten czas szybko leci, zaraz będzie koniec 1 części, kminicie to!? :D Jak myślicie, co się zdarzy na bankiecie? Bo wiecie, że ja nudy nie cierpię i zawsze coś napiszę :D Strzelajcie, piszcie w komach! :D I wielkie dzięki za 20 obserwatorów! :D Kocham mocno <3



24 komentarze
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Nowy rozdział!! :* <3

Komentujcie <3

K.