sobota, 23 sierpnia 2014

Nineteen.

DEADLY ANGEL - Mój nowy nabytek, świeżutki blog, stworzony zaledwie wczoraj :D póki co nie ma rozdziałów, ale zapraszam do zaobserwowania go i czekania na info :D Lov ya :*

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


- Ty szmato… - syknęłam, opadając na ziemię.
- Lily! – usłyszałam krzyk Louisa, który wyszedł z pokoju gospodarczego. – Cholera, Niall, dzwoń po chłopaków i Grace! – zmęczona podniosłam wzrok i zauważyłam, że Rosalie zniknęła, a wraz z nią, inne wampiry. To był jakiś spisek? Czy oni wiedzieli, co się szykuje? Razem zaplanowali tą napaść na mnie?
- Lily, nigdy nie wierzyłam, że zobaczę Cię z kołkiem, ale jednak doczekałam się – powiedziała Ava zmartwiona, siadając i biorąc moją połowę ciała na swoje kolana, przez co kołek tkwiący we mnie przesunął. Głośno krzyknęłam, robiąc wszystko aby nie oddychać za mocno i nie czuć tego bólu. – Przepraszam!
- Lily, mała, musisz wytrzymać – przede mną pojawił się Louis i ujął moją twarz w obie dłonie. -  Kurwa, muszę zamknąć lokal, nim ktoś tu wejdzie. Zaraz wrócę – Louis pocałował moje usta przelotowo i szybko pobiegł, zamykając drzwi na klucz, który drżącymi dłońmi wyjął z kieszeni spodni i opuścił nerwowo rolety w dół. Nigdy nie widziałam go tak podenerwowanego.
- Ava, wyjmij to… - jęknęłam i pod wpływem tego że ruszyłam biodrami, kołek przesunął się bliżej, w stronę serca. Z mojego gardła uciekł cichy wrzask bólu. Ava pogłaskała mnie po włosach i prawdopodobnie patrząc w miejsce, w którym był kołek.
- Nie mogę… mogłabym Ci zrobić krzywdę. Musimy poczekać na Grace.
- To tak boli, Ava… - załkałam, z trudem powstrzymując łzy. – Proszę…
- Już jestem – ponownie ujrzałam Louisa. – Ava, musimy ją przenieść na blat, nie może leżeć tak zgięta, bo kołek się jeszcze przesunie i przebije serce.
- Louis, jakkolwiek ją dotknę to normalnie widzę, jak ten kołek zmienia miejsce!
- Ty weź ją za nogi, ja chwycę jej tułów – Louis i Ava zamienili się miejscami i czułe ręce Louisa wylądowały pod moimi plecami. – Zaciśnij zęby, mała – wyszeptał w moje ucho Lou i na znak Ava i Louis wstali. Niemal nic nie poczułam, tylko nieprzyjemne i bolesne ukłucie ostrego końca kołka. Gdy już leżałam na blacie, Ava dołączyła do Niall’a, który czekał na resztę w tylnym wejściu, a Louis podłożył mi pod barki swoją bluzę, którą miał na sobie i usiadł tuż za mną, kładąc sobie moją głowę na udzie. – Zaraz będzie po wszystkim, jeszcze kilka minut.
- Nie wytrzymam… czuję, jak kołek dotyka mojego serca, Lou… - szlocham, a skurcze serca zaczęły mnie atakować. – Louis… Proszę, zrób to szybko, nie chcę umrzeć…
- Lily… Nie chcę Ci zrobić krzywdy… - mówił niepewny.
- Nie zrobisz, zrób to, albo ja wezmę sprawy w swoje ręce – warknęłam, zaciskając ręce na kołku, wykorzystując przy tym swoje ostatnie siły. Louis od razu mnie powstrzymał, zabierając dłonie z drewna i chwycił kołek. 
- Przepraszam – i pociągnął za kołek, wyjmując go za pierwszym razem. Wrzasnęłam, ale jednocześnie poczułam ulgę.
- Cholera! – jęknęłam głośno, zwijając się w kłębek i dotykając swojego brzucha. Czułam pod swoją dłonią coś ciepłego, lepkiego i o zapachu rdzy… To była pierdolona krew, a ja zrobiłam się w jednej chwili głodna, ale odgoniłam od siebie tą myśl, bo podejrzewałam, że Louis nie miał, szczególnie dziś, worka krwi dla mnie. - Boże, Lily… - Louis rzucił kołek na ziemię i przyciągnął mnie do siebie, tuląc do swej piersi. Złapałam się jego ramion i wtuliłam się w niego, czując jak ucieka ze mnie krew. – Przepraszam, że Cię na to naraziłem… Przepraszam…
- To nie Twoja wina… - uśmiechnęłam się słabo. – Taki ze mnie wampir. Nie dość, że ślepy, to jeszcze w chuj szybki – zaśmialiśmy się ponuro.
- Myślałem, że ten wieczór potoczy się inaczej i że zedrę z Ciebie tę sukienkę i będziemy się namiętnie kochać przez całą noc. Cóż… wampiry i kołki nie chodzą razem w parze.
- Kochać? – spojrzałam na niego zdezorientowana.
- Tak, bo ty zasługujesz na to, by Cię kochać, Lilliano Anderson – mruknął, głosem pełnym słodyczy. Moje serce na dźwięk tych słów prawie się zatrzymało i to na poważnie. Mimo bólu, wyprostowałam się i patrzyłam w jego oczy, niemal zaczarowana ich intensywnością i kolorem.
- Louis… - brakowało mi słów.
- Nie wiedziałaś tego? Na każdym kroku usiłuję Ci pokazać, że Cię kocham i że mi na Tobie cholernie zależy… Kocham Cię, moja mała księżniczko.

On to powiedział. Louis powiedział, że mnie kocha. Te słowa brzmiały tak cudownie, tak niewyobrażalnie prawdziwie, seksownie…

- Żeś sobie wybrał moment na wyznania miłosne, Tomlinson – ponownie się zaśmialiśmy, a ja z trudem usiadłam na jego kolanach. – Też Cię kocham, Louis… Kocham od momentu, w którym pierwszy raz poszliśmy na randkę, tylko tą bez kłótni i rzucania w siebie jedzeniem.
- Ja kocham Cię od momentu, w którym zobaczyłem Cię wtedy na ulicy. Takiego uczucia nawet nie żywiłem do Eleanor… Boże, naprawdę Cię kocham – i wtedy zamknął moje usta w nagłym i gwałtownym pocałunku. Wzięłam głęboki wdech i odwzajemniłam jego pieszczotę. Z ogromnym zapamiętaniem chłonęliśmy się, gryźliśmy swoje wargi, a języki toczyły nieustanną wojnę o dominację.
- Wiesz jacy my jesteśmy popieprzeni? – zapytałam między pocałunkami.
- Kontynuuj – zażądał, przenosząc się na moją szyję, którą pożerał swoimi wargami. Jęknęłam cicho, ale udało mi się ponownie zabrać głos.
- Przed chwilą jebana Rosalie Hunington o mało mnie nie zabiła, wbijając kołek we mnie, zahaczając o serce, a ty wyznałeś mi miłość i prawie uprawiamy seks na blacie w kawiarni. To nie jest popieprzone? – powiedziałam, a Louis szeroko uśmiechnął.
- Jesteśmy w Mieście Śmierci, kochanie, tu wszystko jest popieprzone i pogmatwane, a ja jestem szaleńczo w Tobie zakochany. Czy to jest popieprzone?
- Nie, bo ja równie szaleńczo Cię kocham – mówię, a w jego oczach widzę błysk szczęścia.
- No jak kto mnie można nie kochać? Przecież jestem taki seksowny, umięśniony…
- Kocham tą Twoją skromność – zachichotałam i ostatni raz czule musnęłam jego usta swoimi. – Tak samo, jak kocham Ciebie.
- Ja Ciebie również, moja miłości – uśmiechnęłam się i przytuliłam do niego, napawając jego zapachem. – Jak się czujesz?
- Koszmarnie, ale za nic nie przerwałabym tej chwili, nawet gdybym Cię o to poprosiła – odparłam, pewna swoich słów.
- Tak, już nigdy więcej nie skręcę Ci karku, wariatko – parsknęłam śmiechem, ostatni raz go obdarowując całusem. – Kocham Cię... chyba nigdy nie znudzi mi się mówienie tych słów.
- Mi również – uśmiechnęłam się, lecz wtedy… coś się zmieniło. Poczułam dziwny smak żółci i krwi na swoich ustach. Z niesmakiem odsunęłam się od Lou, który skonsternowany mi się przyglądał.
- Co się dzieje, Lily? – zapytał zaniepokojony.
- Nnie wiem… - wydukałam i nie byłam w stanie dokończyć zdania, bo zadławiłam się czymś, co było w moim przełyku. Zeskoczyłam z blatu, nie zważając na ranę z wampirzą prędkością znalazłam się w toalecie, wymiotując do zlewu. Lecz… to była krew. Dużo czerwieni, zbyt dużo jak na mój umysł… Dotknęłam swoją twarz z przerażeniem, czując pod nią lepką maź. Mój oddech jednoznacznie przyśpieszył, serce omal nie wyskakiwało z mojej biednej piersi, a oczy prawie, że wychodziły mi z orbit. Powoli podniosłam głowę i na widok swojego odbicia w lustrze przestraszyłam się jeszcze bardziej. Mój makijaż był cały rozmazany, przez tworzył on ciemne plamy pod moimi oczami, a moja krew pokrywała całą twarz i dekolt. Ze łzami, które lały się strumieniami po policzkach, wzięłam dość dużą ilość papieru toaletowego i drżącymi rękoma zamoczyłam go w wodzie i nieudolnie próbowałam się wszystkiego pozbyć. Nerwy i łkanie nie pomagały.
- Hej, hej… - za moimi plecami stanął Louis i zesztywniał na widok krwi, która była niemalże wszędzie.
- Nie wiem co mi jest Louis… Nie wiem… - sapałam z trudem, co chwilę wybuchając płaczem.
- Cśś… Daj mi to, pomogę Ci – podałam mu papier, a on szybko jeszcze raz namoczył w wodzie i spokojnie i z dokładnością oczyszczał moją twarz. Widziałam po jego oczach, że czuje się winien… ale nie wiedziałam dlaczego. Wzięłam go za rękę i wplątałam w nią palce. Jego dotyk zawsze mnie uspokajał i tym razem też tak było. Moje serce powróciło do prawidłowego rytmu, a oddech się unormował.
- Przepraszam Cię, że musisz to oglądać – mruknęłam, patrząc uważnie w jego oczy.
- To ja powinienem Cię przepraszać, że ściągam na Ciebie same kłopoty, a nie ty mnie, na co nie masz wpływu. Musimy się z tym uporać.
- Chyba tylko ja. Los Cię oszczędził i nie jesteś wampirem.
- Ale ja Ci w tym pomogę. Nie pozwolę, aby stała Ci się krzywda. Teraz ode mnie się tak łatwo nie uwolnisz.
- Myślisz, że byłabym Cię w stanie opuścić?
- Zrobiłaś to już dwa razy – rzekł, biorąc kolejny kawałek papieru i namaczając go w wodzie.
- To było wtedy, gdy nic nie wiedziałam, nie rozumiałam… Byłam wkurzona, że nic mi nie mówiliście, chociaż was o to bardzo prosiłam.
- Ale chyba teraz rozumiesz, dlaczego ukrywaliśmy przed Tobą prawdę?
- Tak – uśmiechnęłam się lekko. – Dziękuję Ci, że tu ze mną jesteś. Wiem, jaki masz wstręt do rzeczy związanych z wampirami… To musi być dla Ciebie trudne.
- W końcu Cię kocham, dla Ciebie zrobię wszystko – mówi, a ja uśmiecham jeszcze szerzej. – Poza tym, gdybym zrobiłby Ci krzywdę, choćby nawet nie świadomie, dostałbym porządny łomot od Avy.
- Tak, Ava odwieczny obrońca – śmieję się pod nosem, potem na powrót poważnieję. – Ale pewnie byłoby Ci łatwiej, gdybym była taka jak ty.
- Ale dzięki temu jesteś wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju. Nie ważne w jakiej postaci jesteś, musisz ze mną być.
- Będę, w końcu jesteśmy nieśmiertelni, czyż nie?
- Prawda – Louis też się w końcu uśmiechnął.
- Lily, Louis!? – pisk Avy rozniósł się po kawiarni. Louis rzucił papier do śmietniczka, stojącego obok zlewu i wziąwszy mnie na ręce, wyszedł z łazienki, idąc do części głównej lokalu. Tam już wszyscy czekali, włączając w to Grace. Była jak zawsze idealnie uczesana, umalowana i ubrana w krwisty smoking i wysokie czarne obcasy na platformie. Wyglądała dostojnie, elegancko i bardzo dorośle.
- Połóż ją na blacie – poleciła mu Grace niskim tonem, patrząc to na mnie, to na niego. Louis wykonał jej polecenie, delikatnie kładąc mnie na płaszczyźnie. Grace stanęła nade mną, a jej ręce znalazły się na mojej ranie, z której obficie sączyła się krew. – Wymiotowałaś krwią? – pokiwałam głową. Skąd o tym wiedziała? – Avo, Louisie, trzymajcie ją za ramiona, będzie się rzucać – otworzyłam szerzej oczy i po chwili poczułam jak ręce mojej przyjaciółki i Lou mocno zaciskając się na moim ciele. – Muszę połączyć się z Adalbertem, jej rana jest za głęboka, abym wyleczyła ją zwykłym czarem uzdrawiającym.
- Grace, jesteś pewna? Nie lepiej będzie wezwać samego Adalberta? – zapytał ją Zayn, stając obok Avy, z założonymi rękoma.
- Nie możemy czekać. Lily wymiotowała już krwią, to oznacza, że jej wampir umiera – rzekła Grace, biorąc głęboki wdech i zamknęła oczy. - Adalberti, huius quas dem sanguine victus vim enervat, cicatricem sanare ... – jej usta szepczą, a ciało napina. Póki co, nie czułam żadnego bólu, lecz lekkie mrowienie w okolicach rany. Grace powtarzała to zdanie, z co raz to większą desperacją i naciskiem. Nie rozumiałam tego, co mówiła. Prędzej przypominało mi to hitlerowski szyfr, a nie czary. - Adalberti, huius quas dem sanguine victus vim enervat, cicatricem sanare ... – tutaj ogromna dawka bólu spadła na mnie niczym ciężki głaz. Krzycząc na całe gardło, moje plecy wygięły się w łuk, a skóra płonęła żywym ogniem. Czułam jak kły wydostają się z pomiędzy moich stałych zębów, a żyły o mało co mi nie pękają przez intensywność czaru. Grace otworzyła oczy, które były czarne jak węgiel i wykrzyczała to zdanie jeszcze trzy razy, a ja cierpiałam niemiłosierne katusze. Wyrywałam się co chwile spod silnych rąk moich towarzyszy i w pewnym momencie musieli zareagować nawet pozostali. Kończąc, Grace odsunęła się ode mnie i… wyszła. Po prostu wyszła, zostawiając mnie otępioną bólem, który powoli opuszczał moje ciało.

Cała spocona dyszałam jak po przebiegniętym maratonie. Moje kończyny były odrętwiałe i nie byłam w stanie ich podnieść. Przed oczami miałam czarno niebieskie plamy, lecz odgoniłam je kilkoma mrugnięciami.

- Panowie, jedziemy do domu – usłyszałam głos Louisa, który był częściowo stłumiony przez mój uśpiony umysł. – Ale ktoś musi zostać w lokalu i zostać do drugiej.
- Ja to z Harrym zrobię – zabrał głos Liam, ciągnąc Harrego na zaplecze.
- Ona jest taka blada – odparła z przejęciem Ava, a chwilę później poczułam, jak ktoś, z pewnością był to Louis, unosi mnie i wychodzi z kawiarni. Wtuliłam sennie głowę w tors Louisa, jęcząc z odrętwienia.
- Louis, boli… - zdołałam z siebie wydusić, nim kompletnie zapadłam w nicość.

***
Obudziłam się w swoim łóżku, zupełnie sama. Strona, po której zazwyczaj spał Louis była nienaruszona. Zdezorientowana usiadłam i rozejrzałam się po ciemnym pokoju. Przeczesałam swoje włosy i wtedy zdałam sobie sprawę, że byłam w samej bieliźnie, a moje rzeczy leżały złożone w kostkę na szafce obok łóżka.
- Nawet roztrzepana jesteś piękna – usłyszałam czyiś głos z drugiego krańca pokoju. Moje serce podskoczyło do gardła, ale po wybadaniu czyjejś sylwetki w ciemności, zdałam sobie sprawę, że był to Louis, który stał nad moim łóżkiem i uważnie mnie obserwował.
- Która godzina? – spytałam zaspanym głosem.
- Trzecia – mówi cicho.
- Dlaczego nie śpisz?
- Czuwam nad Tobą.
- Dlaczego? – pytam, lecz jego przez jego słowa zrobiło mi się cieplej na sercu.
- Jak się czujesz? – zignorował moje pytanie i sam mi je zadał.
- Dobrze… Nawet bardzo – odparłam niepewnie i moja dłoń powędrowała do brzucha, gdzie kilka godzin temu tkwił tam kołek. Nic tam nie było… nic nie czułam pod swoją dłonią, żadnej rany, nic. Spojrzałam zdezorientowana na Louisa. – Jak…?
- Wampirom rany goją się szybciej, niż ludziom – wyjaśnił krótko.
- A kto mnie rozebrał? – zapytałam z uśmiechem. Mimo panującej ciemności, zauważyłam jak Louis się szczerzy.
- To była czysta formalność. Choć większa byłaby z tego przyjemność gdybyś była przytomna – odparł szatyn. Uśmiechnęłam się lekko, przygryzając dolną wargę.
- Chyba wezmę kąpiel – szepnęłam, chcąc wyjść z łóżka, lecz przypomniałam sobie, że jestem w samej bieliźnie i cała się zaczerwieniłam.
- To Twój pokój, rób co chcesz – Louis wzruszył ramionami.
- Podałbyś mi jakąś koszulkę?
- Krępujesz się mnie? Serio? Własnego chłopaka? – To my byliśmy razem?
- No tak… - szepnęłam, wyłażąc z łóżka i powoli natrafiłam na drzwi, które otworzyłam. Miałam to szczęście i łazienkę miałam w pokoju. Przed przekroczeniem jej progu zatrzymałam się i popatrzyłam na Lou, który stał samotnie w samym środku pokoju. – Może… dołączysz się do mnie? – usłyszałam jak Louis wciągnął gwałtownie powietrze do swoich płuc, ale pewnym krokiem z zadziornym uśmiechem ruszył ku mnie i niemalże wepchnął do łazienki, zamykając nas w niej na zasuwkę. Po zapaleniu światła ujrzałam go w pełnej krasie. Był bez koszulki, tylko w obcisłych, czarnych spodniach i na boso. Wyglądał seksownie i dominująco.
- Jak mógłbym Ci odmówić? Szczególnie wtedy gdy mogę Cię oglądać bez ubrań? – Louis przyciągnął mnie do siebie i delikatnie pocałował, rękoma jeżdżąc po moim prawie nagim ciele. Przylgnęłam do niego jeszcze bardziej z cichym jękiem, wplątując palce w jego miękkie włosy i bawiłam się czupryną chłopaka na różne sposoby. Z przyjemnością chłonęłam jego dotyk, rozkoszując się nim i zatapiając we własnym niebie. – Prysznic, czy kąpiel?
- Kąpiel – mruknęłam w jego usta i z niechęcią oderwałam się od niego, gdy on w tym czasie nalewał wodę do skandalicznie wielkiej wanny, a ja wciąż zaspana opierałam się o jego plecy swoim ciałem i prawie znowu zasypiałam.
- Czy Panna Anderson jest aż tak senna, by spać na moich plecach? – Louis również to wyczuł i odwrócił się, by mnie przytulić. – Zaraz Cię rozbudzę – obiecał z nutą tajemniczość w głosie.
- W to nie wątpię – parsknęłam śmiechem.
- Ale najpierw… - dłonie szatyna znalazły się na zapięciu mojego stanika, którego w mgnieniu oka się pozbył. – Musimy zdjąć ubrania – uśmiechnąwszy się szelmowsko, palcami szybko zsunął moje majtki i tak stałam kompletnie nago przed Louim. Oczy mojego chłopaka zapłonęły pragnieniem. Nie pozostając w tyle, odpięłam guzik od spodni Lou, rozpięłam rozporek i pociągnęłam jego spodnie wraz z bokserkami do dołu. Oglądanie go nigdy mi się chyba nie znudzi. Wyglądał jak Adonis… jak Bóg. Jedyną skazą na jego skórze były czerwone szramy, pewno pozostałe po bitwach, jakie przeżył. Dotknęłam je czubkiem palca, na co się napiął. Od razu cofnęłam rękę do tyłu.
- Przepraszam – szepnęłam, rumieniąc.
- Nie… To po prostu zbyt wiele wspomnień – Louis pogłaskał mnie po policzku i dokładnie obejrzał moje ciało. – Jesteś taka piękna… i moja.
- Twoja – potwierdziłam, znowu całując go krótko w usta.
- Wczoraj przez chwilę myślałem, że Rosalie Cię zabiła i… zamarłem – rzekł, a jego głos o mało co pod koniec się nie załamał.
- Nie mówmy o tym – pokręciłam głową. – Żyję i wszystko jest ze mną w jak najlepszym porządku.
- Gdyby kołek był centymetr wyżej, Lily…
- Cśś… Proszę, nie drążmy tego… - na samą myśl o tym bólu, o tym wszystkim co się wydarzyło wczoraj przechodziły mnie dreszcze. – Naprawdę nie chcę o tym mówić…
- Rozumiem - Louis uśmiechnął się lekko. Temu chłopakowi nastroje zmieniały się szybciej, niż kobiecie w ciąży. – Chodźmy do wody.
Też tak zrobiłam. Gorąca woda i Louis to było to, czego chciałam po trzeciej nad ranem. Leżenie na jego torsie było bardziej przyjemne, niż picie krwi. Chociaż tutaj w tym przypadku nie było porównania.
- O czym myślisz? – Louis przerwał błogą ciszę swoim pytaniem, jednocześnie oblewając moje ciało wodą i masując moje prawe udo.
- O tym, jak mi tutaj wygodnie – odparłam, wtulając głowę w jego pierś.
- Mi też, szczególnie, że tutaj z góry mam boskie widoki – parsknęłam śmiechem i zamknęłam oczy, zapominając o Bożym świecie i myślałam wyłącznie o mnie i Louisie.
Nie znaliśmy długo, zaledwie trzy miesiące. Był on pierwszą osobą, jaką spotkałam w Mieście Śmierci i to on od razu stał się dla mnie bliski, choć nie chciałam przyjmować tego do swojej świadomości. Robiłam wszystko by się w nim tylko nie zakochać : unikałam, traktowałam okropnie, ignorowałam… ale urok Louisa był na tyle mocny, że udało mu się mnie skusić. Mama ostrzegała mnie przed wyjazdem, żebym sobie odpuściła z chłopakami. Lecz… jak teraz miałam słuchać rad kobiety, której tak naprawdę nie znałam i nie wiedziałam, czy jeszcze kiedykolwiek spojrzę jej w twarz po tym, jak przez całe życie mnie bez szczelnie okłamywała? Czy miała mi w ogóle kiedyś powiedzieć, że jestem pół wampirem, pół nocnym łowcą?

Tak wszystkiego dowiedziałam się tu, w Mieście, którego za pewne już nie miałam nigdy nie opuścić. Kto by wypuścił szaleńczą wampirzycę poza granicę tego miasta?
Ale gdyby nie przyjazd do tego miejsca, nie poznałabym Louisa, osoby, którą bez granicznie kochałam i nie zamierzałam opuszczać. Naszym pozytywem było to, że oboje byliśmy nieśmiertelni. Wieczność… brzmi to tak… nierealnie. Miałam żyć wiecznie, nawet gdy moi bliscy już będą leżeć w grobie, a ja wciąż pozostanę piękna i młoda, razem z Louisem… Uśmiechnęłam się sama do siebie, wyobrażając sobie wizję nas za kilka lat, szczęśliwych i nikt nie mógł tego zepsuć. Czy Louis miał pozostać ze mną na długo, czy los skombinował coś przeciwko nam?

Nie wiedziałam tego, lecz póki byliśmy razem, chciałam go mieć ciągle przy sobie, w każdej chwili. Louis był mój i niczyi więcej. Potrzebowałam go, i to bardzo. Delikatnie i szybko przekręciłam się twarzą do niego, siadając na jego tułowiu. Louis wyprostował się w jednej sekundzie i przyciągnął mnie do siebie jeszcze bliżej. Tak… chciałam tej jego bliskości, jego dotyku… Właśnie tak.

- Pragnę Cię… - wyszeptałam, pochylając się nad nim i musnęłam jego szyję swoimi wargami. Czułam pod nią mocny puls szatyna, a trochę dalej jego wyraziste bicie serca. Oczywiście, przez krótki moment poczułam jak mój wewnętrzny wampir się we mnie odzywa, ale nie mogłam tego zrobić, szczególnie jemu.
- Mała, nie wiem czy to jest odpowiedni moment… O mało nie zginęłaś kilka godzin temu… - mówił cicho, lecz poczułam jak coś pode mną twardnieje. Uśmiechnęłam się pod nosem i specjalnie zrobiłam małe kółko swoimi biodrami, by go podjudzić.
- Potrzebuję Cię… Właśnie teraz… Chcę poczuć, jak mnie kochasz – szepczę, czując jak podniecenie narasta we mnie, a podbrzusze wariuje.
- Och, mała… - Louis oplótł mnie ramionami i wstał bez żadnych zawahań przez śliską powierzchnię, wyszedł z wanny ze mną na rękach i otwierając drzwi wolną ręką, powolnym krokiem, całując mnie jednocześnie zapamiętale w usta, położył mnie na łóżku, znajdując się nade mną. Przez dobrą minutę patrzył na moje mokre ciało, gwałcąc je wzrokiem. Jak to było możliwe, że ktoś tak cudowny jak Louis wybrał akurat mnie, a nie inną dziewczynę i nie wampirzycę?

Złączyłam nasze wargi w pocałunku, łapiąc go za barki i przyciągając do siebie. Louis jęknął cicho w moje usta i na ślepo ręką z łatwością natrafił na moją szafkę i wyjął z niej srebrne opakowanie. Tak… Wiedząc, że prawie dzień w dzień uprawiamy seks, Louis ubezpieczył moją szafkę z zapas prezerwatyw. Ja nawet nie miałabym odwagi pójść po nie do sklepu, bo byłam zbyt wstydliwa w tych sprawach. Louis całując mnie łapczywie, rozerwał paczuszkę i nałożył jej zawartość na swojego członka.

- Kocham Cię, Lily… I to zamierzam z Tobą robić… - Louis owinął moje nosi wokół swojego brzucha i pewnym ruchem we mnie wszedł. Sapnęłam drobiazgowo, oczekując szybkiego i gwałtownego seksu, lecz nie. On poruszał się powoli i dokładnie. Czułam każde jego pchnięcie, dotyk ust na swoim ciele, a przyjemność była o wiele bardziej większa. Nie lubiłam „waniliowego” seksu, ale w jego wykonaniu, było to lepsze niż coś ostrego. – Jesteś kobietą, której pieprzenie jest zabronione… Ja będę Cię kochał… nieśpiesznie i głęboko… tak byś czuła się nadzwyczajnie… - same te jego słowa zrobiły to, że mój szczyt był jeszcze bliżej, niż chwilę temu. Odchyliłam się do tyłu, a moje biodra same z nim współpracowały, złączając się jedność.
- Och… - jęknęłam, będąc już na przepaści, której bardzo pragnęłam.
- Czujesz to? Bo ja tak… Robisz się ciasna i o Boże taka dobra… - Louis odetchnął głęboko i przyśpieszył odrobinę i to było dla mnie wystarczająco szybko, by dojść z krzykiem, wzywając Boga. Nasze jęki zmieszały się ze sobą, gdy i Louis doszedł prawie w tym samym czasie co ja. Co rusz przechodziły mnie głębokie dreszcze i nie mogłam opanować swojego głośnego oddechu. – Tak… Uprawianie z Tobą tego rodzaju miłości, to jest to – zaśmialiśmy się cicho i pocałowaliśmy. – Kocham Cię, mała…

- A ja Ciebie, Loui… - uśmiechnęłam się, a te słowa były jak najbardziej prawdziwe i szczere. 




**************************

No to dzień dobry! O to kolejny rozdział :D Powoli zbliżamy się do końca pierwszej części, a przed nami będzie druga, jeszcze bardziej szokująca, niż poprzednia :D

Następny rozdział w poniedziałek! :D 



23 komentarze
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Nowy rozdział! :* <3

Komentujcie <3

K.

czwartek, 21 sierpnia 2014

Eighteen.

- Auć, cholera, Louis! To zabolało! – krzyknęłam, gdy nie uchroniłam się po raz kolejny przed mocnym ciosem chłopaka i oberwałam w żebro. To był mój czwarty dzień szkolenia nocnych łowców, a póki co nauczyłam się podnieść te najcięższe Serafickie noże…

No cóż… ale zawsze coś, prawda?

- Ma boleć! Musisz być bardziej uważna! Jesteś wampirem i masz po części lepiej od nas! Wykorzystaj swój dar? – Dar? To cholerne przekleństwo, a nie jakiś tam dar!

Lecz tego dnia nie zamierzałam się kłócić z Lou jak to miałam z nim to robić w zwyczaju milion razy dziennie, bo był… mówiąc grzecznie mocno wkurwiony na wszystko co się wokół niego ruszało, gadało i w ogóle żyło. A z jakiego powodu? Tylko ja nie wiedziałam i czułam się jak na samym początku : sfrustrowana niewiedzą.

- Poddaję się – mówię i padam na matę treningową, całkowicie zlana potem. – Chcę się umyć, najeść i pójść spać.
- Twój trening powinien się skończyć za pół godziny, ale tym razem Ci odpuszczę księżniczko, bo ciężko dzisiaj pracowałaś – odparł, siadając obok mnie na macie i przez chwilę tak odpoczywaliśmy. – Zostały już tylko trzy dni do końca, mała.
- Tak, a potem ta cała magia – prychnęłam w matę.
- Jeśli się skupisz, poradzisz sobie z tym. Też miałem z tym kłopot, ale na drugi dzień nauczyłem czaru niewidzialności.
- A potem? – spojrzałam na niego.
- Na tym zaprzestałem swoją naukę – zaśmialiśmy się i między nami zapanowała niezręczna.
- Masz dzisiaj nocną zmianę? – Louis z niechęcią pokiwał, stękając.
- Mam nadzieję, że przez ten czas nic nie wydarzy się w krypcie, bo zostawić was z Avą same z Harry, Zaynem i Liamem nigdy nie kończy się dobrze.
- Oj, no przestań. Ostatnim razem tylko zrobiliśmy limo Harremu, ale w końcu jest ze stali, jak to określił, prawda? – parsknęłam śmiechem.
- Tak, Harry to człowiek ze stali – Louis ponownie się zaśmiał. – Podniesiesz się sama czy mam Ci pomóc?
- Ja tu sobie jeszcze poleżę – odparłam, z trudem podnosząc głowę, by na niego spojrzeć. – Coś podejrzewam, że jak uniosę choćby trochę rękę, albo nogę to od razu zaliczę popisową glebę.
- I tak nie pobijesz Avy i jej sturlanie się po schodach – na samo wspomnienie zaczęłam chichotać jak idiotka.
- To mój mistrz – Louis wybuchł śmiechem, a ja nie mogąc się powstrzymać, również to zrobiłam. – Jakbym oglądała Oponę! Zabijała wszystko po drodze, nawet kota Grace!
- Biedny kot, ale dałbym wszystko by znowu to zobaczyć.
- Co zobaczyć? – do Sali wparowała Ava, a ja z Louisem ryknęliśmy gromkim śmiechem. Ava patrzyła na nas jak imbecyli z piekła rodem. – Co z wami jest?
- Nic, nic – otarłam z twarzy łzy, które ze śmiechu wyleciały mi z oczu. – Właśnie wychodziliśmy.
- A ja przyszłam do Ciebie. Idziemy na kawę? – zaproponowała, pomagając mi wstać.
- Jasne – uśmiechnęłam się lekko.
- Tylko kawa? – wtrącił się Louis, stając obok mnie z posępną miną. No tak… często kawa w moim i Avy wydaniu kończy się na klęczeniu z głową w toalecie.
- Hm… zastanówmy się… kto ma dzisiaj nocną zmianę w DeathGroov, w którym będziemy pić zabójcze i pełne procentów latee? – spytała go ironicznie Ava, kręcąc oczami.
- No tak, zapomniałem – prychnął Louis, przeczesując swoje włosy palcami w bardzo… seksowny sposób. Ten chłopak mnie podniecał i wywoływał rumieńce na mojej twarzy. – Poza tym, dzisiaj musicie uważać na to co robicie i mówicie. W Groov będzie się kręciło sporo wampirów i demonów. Musicie być uważne, jasne? – Louis popatrzył na nas pytająco.
- Tak jest, szefie! – Ava zasalutowała i chwytając moją rękę, wybiegłyśmy z sali treningowej, by się przygotować.

***
- Serio? Tak mam pójść na zwyczajne wyjście z przyjaciółką? – wydukałam, oniemiała na swój widok. Kto by się spodziewał, że zwykła bordowa, matowa sukienka przez pleców i obcasy tak mnie zmienią? W dodatku ten makijaż na moich oczach… jak ja głupia musiałam być, aby Ava dorwała się do mojej kosmetyczki?!
- I tak o to właśnie odkryłam Twoją seksowną wersję – powiedziała Ava, dumna ze swojego dzieła i podała mi moją nową, skórzaną kurtkę, którą kupiłyśmy na zakupach kilka dni temu. – W końcu nadeszła okazja abyś pokazała te swoje, długie nogi, Lily, misiaczku.
- Długie nogi? Ledwo mierzę metr sześćdziesiąt pięć! – pisnęłam z dezaprobatą, mając cichą nadzieję, że jeszcze uda mi się zwinąć ciuchy na zmianę do swojej torby.
- Nie chwytaj mnie za słówka! – ostrzegła, poprawiając swój krwisty gorset. Od razu przypomniał mi się obraz niej, w Frenzy… Wtedy wyglądała pięknie i naturalnie…
- Ava, dlaczego się tak ubierasz? – zapytałam ją, siadając na łóżku.
- A ty dlaczego bzykasz się z Louisem? – zarumieniłam się lekko. – Bo tego chcesz, a ja lubię swój styl i chcę tak wyglądać.
- Jak zareagował na to Zayn na początku?
- Wziął mnie za idiotkę – Ava zachichotała. – Kto by pomyślał, że będzie z tą idiotką i dzielił z nią łóżko?
- Jak się wam układa?
- Jest… nadzwyczajnie dobrze. Pełna harmonia – odparła, otwierając szafę i prawie w nią weszła, by znaleźć czarny płaszcz do ziemi. – A ty i Louis? Z tego co słyszę, przeżywasz orgazm za orgazmem – Ava uśmiechnęła się zadziornie.
- Ava! – ponownie zawstydziłam się, chowając twarz w dłoniach.
- Louis ma fajny tatuaż? – mrugnęła do mnie, a jej uśmiech się powiększył.
- Może – zaśmiałam się.
- Jaki jest w łóżku? Dobry, dziki, nieokiełznany?
- Ava, przestaniesz? – zaśmiałam się.
- Jestem Twoją przyjaciółką. Możesz powiedzieć mi wszystko…
- Ava… - przerwałam jej, a ona posłusznie ucichła. – Jeszcze za wcześnie, okay?
- Okay, okay – Ava podniosła ręce w obronnym geście, poddając się. – A mówiłam Ci, że jeśli się prześpicie, całe wasze relacje się zmienią? Czy ja po prostu nie jestem cudowną, popapraną siostrą od innej matki?
- Dokładnie, popapraną, słońce – parsknęłam śmiechem.
- Hej, ugryź się w ten język Einstein! Bo zaraz będziesz go zbierać z podłogi!
- Nie tak groźnie, bo obrożę Ci nałożę – zaśmiałam się głośniej i oberwałam od Avy z lekkiego kopniaka w łydkę. – No dobra, ja też się wycofuję.
- I dobrze – jej groźna mina mnie rozbawiała i nie powstrzymałam kolejnego śmiechu. – Coś ty kurwa dzisiaj jakieś magiczne grzybki wzięła czy coś? Ciągle się śmiejesz.
- Mam wyjątkowy dobry humor – przyznałam bez wahania.
- Może penis Louisa wszedł w Ciebie za głęboko i coś w Tobie poprzestawiał, co?
- Zapytaj go – zachichotałam, wstając z łóżka i obciągnęłam swoją sukienkę do dołu. – Idziemy? Potrzebuję kofeiny, i to pilnie.

***
- Jedna latee dla pięknej dziewczyny… - kubek z gorącą kawą został postawiony na stoliku przede mną przez Louisa i dostałam od niego krótkiego całusa w usta. Z niechęcią się ode mnie oderwał i z udawanym grymasem na twarzy dał Avie kawę. – I trutka na szczury, dla przebrzydłej Fray.
- Też Cię kocham, ty pieprzony palancie – Ava posłała mu całusa, na co cicho się zaśmiałam. Ich kłótnie totalnie mnie rozbrajały. Wyglądali tak zabawnie, że nawet umarły wybuchłby śmiechem. Chociaż… ja nim byłam, bo wampiry… są martwe. – A teraz zostaw nas same, chcemy poplotkować z Lily na Twój temat – kończąc zdanie, fioletowe usta Avy wygięły się w perfidnym uśmiechu.
- Na mój? Przecież jestem taki cudowny i w ogóle – powiedział Lou, uśmiechając się lekko i oparł dłońmi o stolik. W lokalu nie było zbytniego ruchu, ale od razu zauważyłam, że wszyscy klienci to wampiry, bez wyjątku. Żadnego nocnego łowcy, no prócz Avy, Louisa, Niall’a, który wycierał podłogę i poniekąd mnie. W końcu Grace mnie przemieniła i jeden z dwóch kroków, aby stać się sto procentowym łowcą mam już za sobą. O ostatnim nawet nie chciałam myśleć. Nienawidziłam tego wampira, który we mnie siedział, ale też nie chciałam zostać zabita. To było niedorzeczne. Choć gdyby myśleć racjonalnie, w Mieście Śmierci nie byłam lubiana, a Rosalie Hunington za pewne marzyła o tym, aby wbić drewniany kołek prosto w serce od samego początku, gdy mnie zobaczyła.

Zresztą, ja też bym nie narzekała, gdyby ktoś przypadkiem oderwał jej głowę, podpalili lub coś…

- Halo, ziemia do Lily! – poczułam, jak Ava kopie mnie w nogę pod stołem. Podskoczyłam jak oparzona na krześle i spojrzałam na nich.
- Hmm?
- Słyszałaś co mówiliśmy? – zapytał Lou, patrząc w moją stronę zamyślony.
- Tak, tak – pokiwałam głową. – Przepraszam, myślałam o Rosalie – rozejrzałam się po kawiarni i nie zauważyłam w nim wampirzycy. Odetchnęłam z ulgą.
- O Rosalie? Nie masz kurwa o kim myśleć, tylko o tej szmacie? – spytała mnie, a Louis uciszył ją jednym z tych swoich gromkich spojrzeń i powiedział do niej bezgłośnie „wampiry te ją tu znają”. Ava zrobiła to, co ja przed chwilą i zdaliśmy sobie sprawę, że wszyscy się na nas patrzą tymi swoimi czarnymi ślepiami. – Sory, kochanej szmacie, przecież tutaj każdy kocha Rosalie Hunington, prawda?
- Tak, aż za bardzo – odparłam drwiąco i jednym łykiem wypiłam połowę swojego kubka.
- Uważajcie na to, co mówicie, okay? Nie mam dzisiaj ochoty na awantury – powiedział Lou i odchodząc do lady, mrugnął do mnie. Uśmiechnęłam się lekko w odpowiedzi i spojrzałam z powrotem na Avę, która miała wygięte wargi z szerokim, szczerym uśmiechu. – Co? – zmarszczyłam brwi.
- Jesteście razem?
- Ach, to po to wyciągnęłaś mnie do kawiarni pełnej wampirów, tak? Aby wypytywać o mnie i Lou?
- Tak, właśnie tak – Ava wzruszyła ramionami.
- No to Cię zawiodę i zmienię temat, dobra kawa czyż nie?
- Och, no proszę Cię! Od kilku dni główkuję jak wam się układa i jak Louis potraktował Cię tamtej nocy! – mówi, a ja czuję na swoich plecach ciekawe spojrzenie Louisa, tak jak i reszty. Cholera, czy akurat musiałyśmy iść dzisiaj na kawę? Pieprzona Ava i jej pomysły. – No to jak? Powiesz mi, czy mam Cię oblać smaczną trucizną Louisa?
- Tak właściwie… - westchnęłam głośno. – Nie wiem, czy jesteśmy razem… Może ten nasz wyskok był odrobinę zbyt gwałtowny? Może powinnam zrobić to, co za pierwszym razem?
- Czyli co? – spytała Ava podejrzliwie. Kurwa, musiałam wygadać się akurat teraz?! Nikt prócz mnie i Louisa nadal nie wiedział, że chłopak skręcił mi kark, abym zapomniała o naszym pocałunku.
- Ehm… bo w dzień, gdy wampiry zrobiły najazd na kryptę później… doszło do pocałunku pomiędzy mną, a Lou…
- Serio?! – pisnęła i tym razem to ja zdzieliłam ją kopniakiem w nogę.
- Ciszej – syknęłam. – Tak, pocałowaliśmy się, ale ja poprosiłam Louisa abym zapomniała i skręcił mi kark – mówię, a jej oczy były niczym spodki.
- Coś ty zrobiła? – warknęła. – Jak mogłaś poprosić go o coś tak głupiego?
- Mogłam i Lou to zrobił – szepnęłam, zerkając w stronę Lou. Chłopak posłał mi ciepły uśmiech i podszedł do kogoś, aby odebrać zamówienie.
- Zrobił? Czy on kompletnie ochujał? Mam z nim porozmawiać na ten temat?
- Nie! – odpowiedziałam szybko. – Już to sobie wyjaśniliśmy… Louis tego żałuję i widzę to. Nim mi o tym powiedział, strasznie się męczył.
- Bo Louis jest w sercu mięczakiem. Każdemu chce pomóc, ale powstrzymuje się i próbuje zgrywać twardziela, ale… ty go zmieniłaś.
- Ja? – zdziwiłam się.
- Tak, Louis stał się inny, odkąd poznał Ciebie. Nie było nawet chwili by o Tobie nie mówił o tym, jak bezmyślna jesteś, że wychodzisz po zmroku na zewnątrz – zaśmiałam się pod nosem. -  Potem rozmawiał z Zaynem o tym, że chciałby przestać Cię ranić i spróbować zbliżyć. Wiem, że wkurzałaś się na nas, że nie mówiliśmy Ci na początku prawdy. Najbardziej było skomplikowane to, że jesteś wampem i nocnym łowcą. Niezbyt dużo wiem o mieszańcach, powinnaś pytać o to Grace.
- Kim w ogóle jest Grace? Jestem tu ponad trzy miesiące i nic o niej nie wiem – stwierdziłam.
- Jest założycielką tego miasta i zarazem najstarszym osobnikiem w tym regionie. Jak zauważyłaś : rzadko nas odwiedza. Jest to kwestia tego, że zajmuje się miastem, uniwersytetem no i tym, by kompletnie wykurzyć przynajmniej wampiry z tego miasta.
- A demony?
- Demony… były od zawsze i zawsze będą. My na to nie mamy wpływu, nawet Adalbert… Wiesz do czego w ogóle zostali stworzeni łowcy, Lily?
- Do chronienia ludzi przed demonami i wampirami, ryzykując własne życie – odparłam bez wahania.
- Wow, widzę, że już na ten temat rozmawiałaś z Louisem… Mówił Ci on o kimś, kto to wszystko rozpoczął?
- Nie… ale chętnie się dowiem - wyprostowałam się i wzięłam do rąk kubek z kawą, sącząc go powoli i słuchając monologu Avy.
- Więc… Grace była pierwszą kobietą łowcą w tym mieście. Jej ojciec to stu procentowy łowca, a matka zwykła śmiertelniczka. Była zwykłą kobietą, która zauroczyła jej ojca. Zaś gdy Grace była już dorosła, do świata nocnych łowców wpełzło zło, czyli Shaun Ralf Honses, lecz zawsze nazywają go Arrenem, bo prawdopodobnie zmienił swoje imię, by nie mieć nic wspólnego ze swoją matką, która go tak nazwała. On natomiast był pierwszym mieszańcem, jakiego spotkano…
- To od niego zaczęła się ta cała mantra z pół wampirami, pół nocnymi łowcami – uświadomiłam sobie.
- Tak… Lecz on był kimś więcej, niż zwykłym, pradawnym mieszańcem. Miał w swojej krwi również demoniczne geny i anielskie. Jednak przeszedł na tą złą stronę dopiero wtedy, gdy wypił krew demona, stając się i demonem i nocnym łowcą i wampirem. Cała szalenie zabójcza mieszanka w jednym.
- Czyli… ja też jestem demonem? – zapytał niepewnie.
- Nie wydaje mi się. Gdybyś była demonem, nie byłabyś zdolna wychodzić na światło dziennie. Wampiry też tego nie robią, ale, że ty po prawdzie jesteś człowiekiem, masz ten zaszczyt i możesz wystawiać się na słońce.
- Arren też mógł?
- Tak… W końcu to on stworzył tą pierdoloną rasę. Wielu nocnych łowców poległo z nim w walce, gdyż był od nich o wiele silniejszy, szybszy i mógł zabić jednym ciosem. Poza tym, Arren posiadał dar wzywania demonów do naszego świata i wiadome z góry jest to, że z nim nigdy nie wygramy.
- Jaki on był? Przez całe życie był parszywym skurwielem?
- Nie był, lecz nim jest nadal – poprawiła mnie moja przyjaciółka.
- Arren żyje? – zdziwiłam się.
- Tak… Gdybyśmy go zabili, zginęła by i cała rasa demonów i wampów. Walczymy z nim od stuleci, ale skurczybyk… jest niepokonany.
- A jaki był dla swoich… przyjaciół, jak ich w ogóle miał?
- Miał, i to dość sporo. Nie zapominajmy o tym, że był nocnym łowcą i miał własną grupę łowców, którzy mu służyli. Traktował ich jak śmieci, szmaty... Miałem nawet żonę.
- Żonę? Która by go chciała?
- Nie wiem… Ona urodziła mu też dziecko. Córkę. Niby opiekował się nimi, troszczył się, ale od razu po jej urodzeniu uciekła od niego razem z maluchem i nikt jej o niej nie słyszał, ani jej nie widział. Dziwne, co nie?
- Bardzo. Chociaż ukrywanie się przed takim człowiekiem, wcale nie jest dziwne. Arren jest jeszcze gorzej popieprzonym mieszańcem ode mnie. Za pewne jego charakter i upodobania są takie same – szepczę, dokańczając kawę. Jak na zawołanie koło mnie pojawił się Louis i zabrał kubek, przynosząc dwie minuty później pełen.
- Proszę bardzo, mała – Louis musnął moje czoło ustami i wrócił do pracy.
- To akurat było urocze – zaśmiałam się z Avą i wróciłyśmy do rozmowy o Arrenie. – Co chcesz o nim jeszcze wiedzieć?
- Czemu sieje taki popłoch wśród nocnych łowców?
- Arren oprócz tego, że jest bardzo dobrym i wyszkolonym łowcą, to i dobrym magiem. Wyobraź sobie Lily : on wzywa demony. To zabija normalnego łowcę w połowie rytuału. Ta siła jest niewyobrażalnie mocna… Nie wiem jak Ci to powiedzieć. Tylko trzy osoby na świecie potrafią to zrobić : Arren, Adalbert, a trzeciej osoby nikt nie zna.
- Jeszcze dużo rzeczy jest w waszym świecie nadal nieodkrytych – stwierdziłam, zaczynając pić drugi kubek kawy.
- Bardzo dużo. Z dnia na dzień poznajemy co raz bardziej historię naszych przodków i przyjaciół, lecz dzięki temu zbliżamy się do siebie i stajemy wielką rodziną.
- Jak się poznali chłopacy?
- Na jednej z akcji. Wtedy każdy był tu nowym łowcą i nie wiedzieli o swoim istnieniu. Kto by stwierdził, że taka piątka popapranych przystojniaków będzie ze sobą mieszkać?
- Na pewno nie ja – uśmiechnęłam się szeroko. Miła aura trzymała się nad nami, dopóki nie usłyszałam tego znajomego, perfidnego głosu…
- Witaj, Panno Anderson! Miło mi Cię w końcu zobaczyć! – głos Rosalie odbił się echem po mojej głowie. Zacisnęłam usta w wąską linię i z głośnym stukiem odłożyłam kawę na stolik, po czym wstałam z krzesła odwracając się w jej stronę.
- Mi Cię… - raptownie poczułam ogromny ból pod sercem i jakoś rozdziera mi ścięgna, jedno po drugim. Miałam wrażenie, jakby ktoś wyrywał mi wnętrzności. Zesztywniałam cała, otwierając szeroko oczy i powoli spojrzałam w to miejsce, rękoma przytrzymując się stolika, by nie upaść, choć już byłam tego bardzo bliska


Tuż pod moim sercem, tkwił drewniany kołek.



*************************

No to witam was po raz kolejny! Nowe postacie, okoliczności... i kołek xD Tak wiem, że teraz nienawidzicie mnie za to :D XD

Kochani, rozdział będzie dopiero w sobotę, gdyż muszę napisać kolejne rozdziały na przód i zacząć NOWE :D



22 komentarze
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Nowy rozdział!! :* <3

Komentujcie <3

K.

środa, 20 sierpnia 2014

Seventeen.

Znowu czerwona czcionka! Jeej! :D XD
W tym rozdziale występują treści o charakterze erotycznym, jeśli nie chcesz tego czytać, pomiń :D 


Zrobiłam to… Ja naprawdę to zrobiłam.

Przespałam się z Louisem, a co najważniejsze : podobała mi się każda sekunda naszego seksu. Przed wyjazdem do miasta śmierci obiecałam sobie, że wejdę do łóżka żadnemu facetowi.

Obiecanki cacanki. Uległam mu.

Ale… nie żałowałam tego, bo to było niesamowite. Wcześniej już uprawiałam seks ze swoim byłym, ale nawet w połowie nie był tak dobry, jak Louis. Może stało się tak tylko dlatego, że do Louisa coś czułam? Gdybym nie żywiła do niego żadnych uczuć, nie pozwoliłabym sobie, ani jemu wepchnąć mnie do łóżka.

Powoli przebudziłam się z płytkiego snu i cicho ziewnęłam. Po otworzeniu swoich oczu, zdałam sobie sprawę, że jestem w jego pokoju, śpię naga w jego łóżku, wtulona w jego również nagą umięśnioną klatkę piersiową, a rękoma opatulałam jego tułów. Głowa szatyna natomiast wtulona była w moją szyję i od czasu do czasu cmokała ją w mój czuły punkt. Oprócz tego nasze nogi był ze sobą splątane, przez co przylegałam bezpośrednio do jego idealnego ciała. Oddychaliśmy dość cicho i to był jedyny dźwięk, jaki było słychać w pokoju.  Spojrzałam na twarz Louisa pogrążoną we śnie i mimo woli się uśmiechnęłam. Wyglądał tak niewinnie i słodko… Prawie nabrałam się na to, że on taki jest. Tego mi w nocy akurat nie pokazał…
Żeby go obudzić, specjalnie oczywiście, położyłam dłoń na jego torsie i głaskałam go powoli, zbliżając się ku dołowi. Louis zamruczał i poruszył niepewnie głową. Miałam przynajmniej pewność, że jeszcze śpi. Do mojej słodkiej gry dołączyłam usta, którymi muskałam jego szczękę pokrytą lekkim zarostem, zbliżając się powoli do ust, a moja dłoń zatrzymała się tuż przy jego męskości. Tym razem poczułam, jak Louis się napina, a jego ręce mocniej zaciskają się na moich biodrach, dając mi do zrozumienia, że mam kontynuować. Z lekkim uśmieszkiem kciukiem powiodłam po jego główce, pieszcząc ją przez minutę, dokładnie obserwując reakcję Louisa. Takiej odpowiedzi się po nim nie spodziewałam. Jego prawa dłoń wkradła się między moje uda, rozszerzając je, mając łatwiejszy dostęp do mojej świętości. Otworzyłam szerzej oczy i wzięłam płytszy wdech, gdy jego palce zwinnie bawiły się moim guziczkiem i złośliwie go szczypały. Nie będąc w tyle, objęłam męskość Louisa ręką i ściskając u nasady, powoli zaczęłam nią ruszać. Z jego warg wydobył się cichy jęk i nareszcie otworzył oczy, które błyszczały pożądaniem. W jednej chwili z przypływem dzikiej energii znalazł się nade mną, między moimi nogami i ruszał swoją miednicą tak, by specjalnie ocierać się o mnie i mój najczulszy punkt. Sapnęłam drobiazgowo czując, jak w dolnych partiach ciała zalewa mnie błogie ciepło i przyjemność.
- Loouis… - jęknęłam żałośnie, chowając twarz w jego ramieniu, podnosząc swoje biodra do góry, chcąc więcej.
- Powiedz mi, czego pragniesz, Lily… - wyszeptał ochryple, całując mnie w kącik ust i wciąż mnie pobudzając swoimi ruchami.
- Louis, ty draniu… - szatyn w odpowiedzi się cicho zaśmiał i powoli wszedł we mnie. Wygięłam się w łuk, otwierając lekko usta. Louis wykorzystał to i namiętnie mnie pocałował, wdzierając się językiem do moich warg. Odwzajemniłam pieszczotę, zakręcając kółko swoimi biodrami, podczas czego przyjemność wystrzeliła we mnie niczym wulkan. – O mój Boże…
- Moje imię jest bardziej na miejscu, skarbie… - Louis pchnął mocno swoim ciałem, przez co poczułam go głębiej, niż kiedykolwiek wcześniej.
- Louiss… - mruknęłam do jego ucha, ruszając swoim ciałem naprzeciw niemu. Louis zdarł z nas kołdrę jednym ruchem i chłopak zaczął się wbijać we mnie bardziej zdecydowanie. Moje jęki ugrzęzły mi w gardle i z przejęciem obserwowałam miejsce, w którym byliśmy złączeni w jedność. Ten widok był… podniecający w cholerę. Był tak podniecający, że od samego patrzenia na niego, doszłam z cichym krzykiem, a Louis spuścił mi się na brzuch. Odetchnęłam głęboko, próbując unormować swój drżący oddech.
- Tobie też dzień dobry, kochanie – Louis uśmiechnął się, sapiąc i musnął moje czoło ustami. Moje usta również wykrzywiły się w uśmiechu i nie mogąc się powstrzymać, jeszcze raz go pocałowałam. Jego wargi krzyczały „ bierz mnie! „ a ja nie mogłam im odmówić. Ten pocałunek był długi, dokładny i strasznie słodki. Louis nie lubił słodkich rzeczy, ale widziałam po nim, że to akurat mu się spodobało. – Wiesz, jaka głośna wczoraj byłaś? Mogę sobie ręce uciąć, że każdy w krypcie nas słyszał.
- Och, zamknij się i całuj – odparłam, zamykając mu usta swoimi, tym samym zakańczając naszą rozmowę.

***
- Mmm, pierwszy raz widzę Cię w miniówce, wiesz? – rzekł Louis, gdy wychodziliśmy z krypty i chwycił mnie za pośladek. Poskoczyłam oparzona i zabrałam jego rękę i położyłam ją sobie na ramieniu.
- Pierwszy i ostatni – odparłam ze złośliwym uśmiechem, poprawiając swoją torbę, która zwisała mi z ramienia.
- Jak dla mnie możesz chodzić bez ubrań – mruknął uwodzicielsko, przyciągając mnie do siebie i jego wargi władczo zderzyły się z moimi. Zachichotałam cicho, próbując go od siebie odciągnąć.
- Nie teraz – mówię z uśmiechem.
- Pragnę Cię, a ty mnie odpychasz?
- Mówisz wytrzymać do 15, Lou. A jak nie… to wiesz… masz zaplecze i zamek… - zarumieniłam się przez swoją zboczoną myśl.
- Och, uwielbiam jak świntuszysz, Panno Anderson – Lou złożył na moich ustach ostatni, delikatny pocałunek i wziął mnie za rękę.

Louis zachowywał się… inaczej. Nie poznawałam go. Gdzie się podział mój chłodny i zaborczy Tomlinson? Takiego go poznałam i nie chciałam go stracić! Czy to wszystko przez… naszą noc? Jego widok na świat zmienił się właśnie przez nasz, pierwszy raz?
- O czym tak myślisz? – zapytał mnie, gdy zatrzymaliśmy się piętnaście minut później pod moim uniwersytetem. Tego ranka pod prysznicem zdałam sobie sprawę, że był to mój ostatni dzień w tej szkole, w tym semestrze. Byłam w mieście śmierci już ponad 3 miesiące… Kto by pomyślał, że przez ten czas dowiem się, że jestem szaleńczym pół wampirem, pół nocnym łowcą, przejdę przemianę, zabiję człowieka, zacznie mi smakować krew… poznam Louisa i wyląduję z nim w łóżku.
- O niczym specjalnym – odparłam, patrząc na niego sennie. Byłam zmęczona i niewyspana po przebytej nocy, ale mogłam ją tak spędzać dzień w dzień. – Myślę tylko… że powinnam poważnie porozmawiać z mamą.
- Też tak myślę – zgodził się ze mną. – W końcu przez całe życie ukrywała przed Tobą prawdę. Moi przynajmniej byli ze mną szczerzy w tej kwestii.
- Powiedzieli Ci? – pokiwał głową. – Jak?
- Przy rodzinnej kolacji. To był dla mnie… szok. Jak to zwyczajny dwudziestolatek z Anglii może być nocnym łowcą?
- Jesteś z Anglii? – Louis się uśmiechnął.
- Znamy się dobre trzy miesiące, a nadal nie wiemy o sobie tylu rzeczy… To frustrujące.
- Domyślam się – parsknęłam śmiechem, podejmując szybko decyzję. – A może… - moja dłoń powędrowała na jego nogę i powoli przesuwałam ją w górę. Louis otworzył lekko usta, a jego oczy pociemniały. – Porozmawiamy w… ustronniejszym miejscu? Masz dzisiaj wolne prawda?
- Nie, ale Liam ostatnio mało pracuje. Wyślemy go na moją zmianę, a ja pójdę na tą nocną.
- Nocną? To może…
- Nie, nie. Już zaczęłaś i się nie wycofasz – tymi słowami Louis zakończył naszą rozmowę, całując mnie gorącą i ruszył z powrotem do krypty.

***
- Więc, nie lubisz delikatnych rzeczy… To akurat zauważyłem – Lou się zaśmiał cicho, całując mnie krótko. – Zero delikatnego seksu? Nigdy?
- Tego nie powiedziałam – powiedziałam, chichotając.
- Kocham ten dźwięk… Rzadko się przy mnie śmiejesz – stwierdził, głaszcząc moje nagie ciało swoją dłonią. Wiódł nią po moich plecach, udach, brzuchu i po rejonach, które mógł dotknąć tylko on.
- Tak, tylko tysiąc razy dziennie – szepczę, wtulona w jego gładką klatkę piersiową. – Nawet przy Mike’u się tyle nie śmieję, co przy Tobie lub Avie.
- Przy Mike’u? – usłyszałam w jego głosie drwinę. No tak… imię mojego przyjaciela z uczelni działało na niego jak płachta na byka. Z Mikiem widywaliśmy się codziennie… no i spędzaliśmy ze sobą wiele czasu. Z nim mogłam porozmawiać o rzeczach, o których nie mogłam porozmawiać z Louisem. Oboje różnili się od siebie i do każdego miałam inne podejście psychiczne, jak i fizyczne.
- Tak, przy Mike’u, Louis – westchnęłam cicho, wykręcając oczy ku niebu.
- Nie kręć oczami, bo wiesz, że tego nie lubię i…
- Tak, łatwo się denerwujesz, to już wiem – rzekłam z irytacją. Louis przekręcił nas tak, że byłam pod nim, a on górował.
Louis dominat wrócił… O tak.
- Co ma w sobie Mike czego ja nie mam, Panno Anderson? – zapytał, niskim, tajemniczym tonem, dociskając mnie do swojego ciała. Czułam każdą jego część i to było… gorące w chuj.
- Umie fizykę kwantową – uśmiechnęłam się zadziornie, lecz Lou nie był skory do żartów.
- A czy ten Mike zrobił to tak dobrze jak ja? – jego dłoń zjechała na mój brzuch, a ja mimo woli napięłam i poczułam rosnące ciepło i wilgoć… tam na dole. Bez ostrzeżeń rozsunął moje nogi na bok i jego palce powiodły po mojej świętości. – Pani już mokra? Czy Mike Stewart doprowadziłby Panią do takiego stanu, jak ja?
- Louis… - sapnęłam żałośnie, podnosząc biodra w jego kierunku.
- Wiecznie nienasycona Lily… - Lou nagrodził mnie, masując całą kobiecość dwoma palcami.
- Ach – jęknęłam, zamykając oczy.
- Otwórz oczy, skarbie. Chcę widzieć, gdy będziesz szczytować – jego palce przyśpieszyły, pieszcząc dokładnie moją łechtaczkę i sprowadzając mnie krawędź przepaści. Posłusznie wykonałam jego polecenie, a mój oddech przyśpieszył, a z ust wylatywały głośne jęki rozkoszy na widok tego wszystkiego co ze mną wyprawiał. – Tak, podoba Ci się to, prawda? Zrób to dla mnie, mała, dojdź – szepnął uśmiechając się dziko, a ja rozpadłam się pod nim na malutkie kawałki, a przyjemność ogarnęła moje ciało. Odchylona do tyłu przez przynajmniej pół minuty przeżywałam orgazm, całując się z Louisem powoli i dokładnie.
- Dla takiej przyjemności mogłabym umrzeć – wyszeptałam w jego usta z cichym śmiechem.
- Śmierć przez orgazm… Hm, brzmi niezwykle ciekawie – Lou parsknął śmiechem, kładąc się obok mnie i przytulił do siebie. Uśmiechnęłam się lekko i cicho ziewnęłam. – Zmęczona panienka? – pokiwałam głową. – To śpij – Louis cmoknął mnie w czubek głowy i okrył nas kołdrą. – Gdy się obudzisz, będę przy Tobie.
- Najlepiej z czymś do jedzenia, Loui… - mruknęłam w jego tors, a on krótko się zaśmiał.
- Czego sobie Pani życzy?
- Czegoś zjadliwego i czegoś, co nie ugotuje Ava – odparłam, zwijając się w kłębek i zamykając oczy.
- W porządku – wyczułam, że się uśmiecha. – A teraz śpij, inaczej Cię do tego zmuszę.
- Och, jakiś ty troskliwy – wywróciłam oczami.
- Nie kręć oczami, bo to będzie Cię kosztowało orgazm – zagroził mi.

Och… Och!

I jak na zawołanie, zawładnął mną głęboki i mocny sen.

***
Kilka godzin później obudził mnie intensywny zapach pizzy, od którego zaburczało mi w brzuchu. Leniwie otworzyłam oczy i zauważyłam, jak Louis siadał na łóżku z pudłem pizzy dla nas. Był ubrany, na co odrobinę się zasmuciłam. Lubiłam go oglądać bez koszulki i podziwiać jego boski tors.
- Pizza? – uśmiechnęłam się sennie i podniosłam do pozycji siedzącej. – Chcesz mnie utuczyć?
- Jak chcesz mogę zjeść za Ciebie – powiedział zgryźliwie, otwierając przede mną pudło. Nie… nie mogłam się oprzeć tej pysznej, tłustej pizzy. Nigdy w życiu. Po jakiś dziesięciu minutach całe pudełko było puste, a ja pełna.
- A teraz przyszedł czas na spalenie kalorii – oznajmił Louis z lekkim uśmiechem. Spojrzałam na niego szeroko otwartymi oczami.
- Louis, znowu seks?
- A czy ja miałem na myśli seks? – podniósł brew. Zarumieniłam się w odpowiedzi. – A mówią, że to ja jestem niewyżytym zbokiem.
- Przestaniesz mnie zawstydzać? – spytałam go, czując jak robię się jeszcze bardziej gorąca na twarzy.
- Przepraszam, ale gdy się rumienisz jesteś strasznie urocza – Louis pogłaskał mnie po policzku.
- Urocze mogą być szczeniaczki, kotki i króliczki, ale nie ja. Gdybyś nie zapomniał jestem cholerną wampirzycą… która ma kły i może je wykorzystać w niecny dla Pana sposób.
- Czy ty właśnie próbujesz mnie straszyć, Anderson – Louis znienacka znalazł się nade mną, a jego twarz była bardzo blisko mojej. Loui pachniał pizzą i wodą kolońską. Wtedy zdałam sobie sprawę, że Louis się ogolił i wyglądał… inaczej. Dotknęłam jego szczęki, która była bardzo gładka. – Podoba Ci się to, to co widzisz?
- Nawet bardzo… Przynajmniej teraz nie będziesz mnie drapał.
- Drapał? Hmm, z tego co słyszałem tamtej nocy, Ci i Twojej…
- Louis! – pisnęłam, a on się zaśmiał.
- No dobrze, dobrze. Odpuszczę Ci tym razem, a teraz musimy się zbierać.
- A co zaplanowałeś?
- Szkolenie – uśmiechnął się zadziornie.

***
- Żartujesz? Mamy w tym czymś ćwiczyć? – spytałam Louisa prychając i oglądając swój „strój” treningowy.

Co ja kurwa wylądowałam w Gorączce sobotniej nocy, czy naprawdę cofnęliśmy się do lat 80?! 

Ten strój, a raczej kombinezon był koszmarny! Nie dość, że był w bardzo wyrazistych kolorach, na co od patrzenia na nie bolały oczy, to były w dodatku mocno przylegające do ciała i materiał wbijał mi się tam, gdzie nie chciałam. Na szczęście, nie byłam w tym sama bo Lou też miał ten strój, tylko w ciemniejszym kolorze i większym rozmiarze. Chyba wiedział co robi, biorąc ten kombinezon dwa rozmiary większy. Palant mnie nie uprzedził!
- Nie narzekaj, wyglądasz seksownie – powiedział, biorąc mnie za rękę i wyszliśmy z mojego pokoju i pokierowaliśmy do Sali treningowej, która była w drugiej części budynku.
- Może i seksownie, ale to wdzianko nie należy do najwygodniejszych – stwierdziłam, próbując obciągnąć materiał na swoich rękach.
- Zobaczysz, że podczas ćwiczeń nie będzie Ci on przeszkadzał.
- A co, masz w planach go ze mnie zdjąć? – zapytałam, uśmiechając się złośliwie.
- To później, świntuchu. Teraz bądźmy poważni - wesoła mina Lou znikła i odrobinę zlodowaciała. – Trening łowców jest najcięższym treningiem i przede wszystkim, męczącym. Cały proces będzie trwać tydzień, ale uprzedzam Cię, że ze mną ćwiczenia nie będą należały do najłatwiejszych. Jestem bardzo trudnym i wymagającym nauczycielem, Panno Anderson. Szybko się uczysz, więc chyba problemem z zapamiętywaniem nie masz, prawda?
- Tak… A kiedy będzie nauka czarów?
- Czary później. Uwierz mi, że po tym tygodniowym szkoleniu będziesz miała mnie dosyć. No i możesz zapomnieć w trakcie nauki o odpuszczaniu, serduszkach i kwiatkach. Jestem bardzo nieustępliwy…
- Szczególnie w łóżku – przerwałam mu i od razu zarumieniłam.
- Och, czyżby? – Louis spojrzał na mnie rozbawiony. – Dobrze jest to wiedzieć na przyszłość… I to, co Cię podnieca.
- Skąd wiesz, że podnieca?
Louis parskając śmiechem przybliżył usta do mojego ucha, przy okazji przygryzając jego płatek. Zadrżałam delikatnie.
- Tak nie doszłabyś wczoraj trzy razy, skarbie – szepnął, cmokając miejsce tuż pod moim uchem. Jęknęłam cicho, choć nawet tego nie chciałam! Moje ciało było bez szczelną latawicą! – To też Ci się nie podoba, Lily? Może chciałabyś, bym się Tobą zajął, nim wejdziemy na salę?
- Przecież Pan jest nieustępliwym i trudnym nauczycielem? Czyli trzymasz się zasad, które sobie postawiłeś, tak?
- Jeśli chodzi o seks, nie stawiam sobie zasad, Lily i zapamiętaj to – syknął, chwytając moje włosy i pociągnął je tak, że głową niemal dotykałam jego klatki piersiowej i złożył na moich ustach mokry pocałunek. – To jak, Panno Anderson? Zamykamy się w schowku, czy idziemy się uczyć?

- Prowadź do tego schowka, Tomlinson – warknęłam, odwracając się do niego i wpiłam się w jego wargi. 



******************************

No to witam was znowu XD Kolejny rozdział będący prawie całościowo 18 + xd Rozpieszczam was, aż za bardzo! :D XD 

Ta sama zasada nadal obowiązuje, co wczoraj! Tym razem 21 komów i jest kolejny rozdział, który jest BARDZO zadziwiający :D 




21 komentarzy
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Nowy rozdział!! :* <3

Komentujcie <3

K.