środa, 10 września 2014

2 Generation - Two.

Całkowicie zdyszana i pełna namiętność, objęta ściśle przez Louisa, wpadliśmy do jego sypialni, niezdarnie pozbywając się swoich ubrań. Szarpnięciami zerwałam z chłopaka marynarkę i koszulę, zostawiając go nagiego od pasa w górę. Uśmiechnęłam się szeroko na widok jego klaty i obmacując ją, przy okazji namiętnie całując usta. Louis, tak jak i ja, jęczał z rokoszy, nie pozwalając moim wargom odpocząć nawet na chwilę.
- Kocham Cię… tak bardzo… - wysapałam z trudem, drapiąc jego skórę swoimi dłońmi. Louis zasyczał podniecony i delikatnie odpiął moją suknię, uważnie obserwując moją twarz.
- Jestem tak bardzo ciekaw co się kryje pod spodem… - szepnął niskim tonem, chwytając materiał kreacji i zsunął ją z ramion, przez co ta osunęła się samoistnie na ziemię. W jednej sekundzie oczy Louisa zapłonęły żywym ogniem, skanując wzrokiem moje ciało. Opuszkami palców dotknął koronki, która zakrywała moją skórę i jeździł nimi po całym ciele. 

Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej i uklękłam przed nim na kolanach, przez co Louis spojrzał na mnie zaskoczony, lecz prawą rękę wplątał w moje włosy i palcami masował czaszkę. Odpięłam zębami guzik jego spodni i rozporek, a rękoma zsunęłam jego spodnie, odsłaniając spore wybrzuszenie pod białymi bokserkami, które miał na sobie. Pogłaskałam go żartobliwie po czułym miejscu, a mięśnie nóg Louisa się napięły. – Lily…
- Cśś… - uciszyłam go, wkładając dłoń pod nogawkę bokserek i od razu natrafiłam na jego nabrzmiałego członka. Louis stęknął cicho, lecz stanowczo podniósł mnie z kolan i przyciągnął moje usta do swoich. Zaśmiałam się cicho z jego niecierpliwości i zarzuciłam ręce na szyję.
- Wyglądasz tak smakowicie, że to ja dzisiaj chcę Cię kąsić… - mruknął w moje usta, dłońmi ugniatając pośladki i miętosząc je, sprawiając mi tym samym przyjemność.
- O Boże, Louis, chcę Cię, teraz zaraz… - ugryzłam go w dolną wargą, a on wręcz brutalnie rzucił mnie na sam środek łóżka, doskakując od razu do mnie i przygniatając swoim ciałem.
- Zgaduję, że ta bielizna jest moim genialnym prezentem świątecznym? – spytał, zajęty całowaniem mojego biustu, z którego pozbył się koronkowego stanika. Skinęłam głową, wyginając się w łuk, gdy jego usta objęły mój sutek. Louis spojrzał na mnie z uśmiechem. – Podejrzewałem to, wiesz?
- Ava nie umie trzymać języka za zębami – wysapałam.
- Nie, po prostu nie dałaś mi żadnego prezentu – jego wargi wygięły się w kpiącym uśmieszku i zajęły się drugą piersią, traktując ją brutalniej, niż poprzednią.
- Ale chyba nie narzekasz, co? – mówię z trudem, a on się śmieje.
- Mój najlepszy prezent w życiu – szepcze w moją pierś i następnie ją opuszcza i całuje mnie namiętnie. W między czasie pozbywam się jego obcisłych bokserek, uwalniając gotowego i naprężonego członka. Uśmiecham się na ten widok. Louis nie dając mi wytchnienia, zdejmuje moje koronkowe majtki i strzela z nich jak z procy, przez co zakończyły swój lot na lampie. Zaśmialiśmy się cicho, spleceni w objęciu i ocierając się o siebie, podniecaliśmy. Strasznie mi się to podobało, a dotyk jego obu dłoni na moim ciele był bóstwem, którego nawet pozazdrościłaby mi zakonnica.

Niech sobie kurwa wraca do klasztoru, tu się dzieje magia.

- Wiesz, jak ja bardzo kocham muskać to piękne i idealne ciało? – mówi, składając pocałunek między moimi piersiami, a następnie koniuszkiem języka malował gwiezdną ścieżkę wzdłuż mojego brzusza. Zadrżałam głęboko, odchylając głowę, przygryzając dolną wargę jednocześnie. – Teraz trochę się zabawimy… - Louis puścił mi filuternie oczko i dochodząc do mojego pępka, rozszerzył delikatnie nogi, ukazując mu moją świętość. Na widok tego jak badawczo się jej przyglądał, zarumieniłam się cholernie mocno. – Spróbujemy trochę? – uśmiechnął się dziko i musnął lekko mój wzgórek. Zadrżałam. Jego pocałunki zjechały niżej, wprost na moją łechtaczkę. Jęknęłam cicho czując jak językiem śmiga wokół niej, przez co się nabrzmiewa i robię się mokra od jego pieszczot. Zacisnęłam zęby na dolnej wardze, chwytając dłońmi jego włosy i przyciągając głowę jeszcze bliżej.
- Louis, tak… właśnie tak… - jęknęłam ponownie. Pobudziłam Louisa do dalszej pracy i jego język powoli zaczął się we mnie zagłębiać, co było bezbłędnym uczuciem. Takim o to sposobem prowadził mnie do samego szczytu, a przed nim samym, oderwał się ode mnie, oblizując ochoczo wargi. Czemu zawsze przerywał w takim momencie, gdy byłam najbardziej podniecona?! Byłam tak blisko orgazmu!
- Jesteś pyszna – mówi, jednak ułaskawiając mnie i jego wskazujący palec śmignął wzdłuż mojej kobiecości. Zachłysnęłam się powietrzem, wyginając pod wpływem rosnącego spazmu. Louis w trakcie rozprowadzania wilgoci po mojej świętości, doprowadził mnie na krawędź, z której spadłam nagle i mocno. Z cichym krzykiem przeżyłam swój szczyt, wołając też imię mojego chłopaka.
- Chcę więcej – oświadczyłam, uśmiechając się zmęczona po orgazmie, a Louis tylko się wyszczerzył. Używając wampirzej siły, zdarłam z chłopaka bokserki i przewróciłam go na plecy. Jednak on protestując, przygwoździł mnie z powrotem plecami do łóżka i rozszerzył ręce oraz nogi szeroko.
- Będzie więcej – powiedział i schylił się, wyjmując coś z pod łóżka. Była to lina, którą po chwili związał mi obie ręce do ramy łóżka. Moje podniecenie znowu odezwało się we mnie od niechcenia ruszając rękoma. Były twardo zawiązane i nawet na chwilę liny się nie poluzowały.
- Czyżbym odkryła w Panu inne wcielenie? – spojrzałam na niego zachęcając, obwiązując nogami pas chłopaka i przyciągam go do siebie znacznie bliżej, że jego naprężony członek stoi tuż przed moim mokrym wejściem.
- Jeszcze wiele przed Tobą – mruknął w tempie ekspresowym znajdując w szafce prezerwatywę i założył ją na penisa. Musiałam w końcu pomyśleć o tabletkach, bo ciągle uprawianie seksu z gumą było wkurzające.

Louis opierając się rękoma o ramę, pchnął swoimi biodrami i znalazł się we mnie za pierwszym razem, wypełniając całą po brzegi. Głośno stęknęłam, ruszając biodrami, prosząc w myślach o więcej. Moje prośby zostały wysłuchane. Jego tułów ruszył w szaleńczą pogoń, męcząc moje ciało kolejną dawką niesamowitej przyjemności. Nasze ciężkie oddechy łączyły się z jękami rozkoszy, co było strasznie podniecające. Louis w końcu mnie pocałował i wbijał się we mnie o wiele zdecydowanie, masując palcem obolałą łechtaczkę. Moje biodra same podnosiły się do góry i prosiły o więcej i więcej. Byłam bezduszną latawicą.

W końcu poczułam jak drugi z rzędu orgazm przejmuje moje ciało, przeżywając ogromną sensację. Louis również doszedł, wyginając twarz w grymasie. Oglądanie go szczytującego było rzadkim zdarzeniem, więc napawałam się tym widokiem i zapamiętywałam go. Jego usta wymawiały moje imię, prowadząc nas oboje przez orgazm. Miałam ochotę mocno go objąć i nigdy nie puszczać, ale pieprzony związał mi ręce. Szarpnęłam nimi jednak, ale Louis tylko się uśmiechnął szeroko, całując mnie delikatnie i z uwielbieniem.
- Kocham Cię, maleńka – mruczy w moje usta, rękoma rozwiązując moje dłonie, nie przestając mnie całować.
- Ja Ciebie też, Lou… - mówię, z trudem łapiąc oddech, a gdy uwolnił moje ręce, oplotłam go w pasie i przycisnęłam do siebie. – Mój… jesteś mój…
- Tylko Twój – potwierdził z mocą w głosie, kładąc się tuż obok mnie, przekładając prawą nogę przez swoje biodro. Opatuliłam go ściśle i pocałowałam ostatni raz krótko, lecz bardzo namiętnie. To był bardzo intymny i osobisty całus, który należał wyłącznie do nas. – Nigdy nie kochałem kogoś równie mocno jak Ciebie… jesteś tak wyjątkowa… Proszę, obiecaj, że nigdy mnie nie zostawisz, mimo wszystko – popatrzyłam na niego lekko osłupiona.
- Czyżbyś chciał mnie rzucić? – zapytałam ze śmiechem. On uśmiechnął się lekko.
- Jesteś moja i nikogo innego. Powiedz mi proszę, że będziemy razem długo… bardzo długo – powiedział, głaszcząc czule mój policzek. Jego oczy błyszczały lekko czymś, czego nie mogłam rozpoznać, lecz na pewno było to pozytywne.
- Obiecuję Ci Louisie, że nigdy Cię nie zostawię – rzekłam, a on wyraźnie odetchnął z ulgą. Czy naprawdę sądził, że po tym wszystkim co razem przeżyliśmy, mogłam go od tak z dnia na dzień zostawić? Nie mogłabym. Kochałam go zbyt bardzo, a nawet nasze krótkie rozstania mnie bolały. Ba! Louis myślał tak samo jak ja. Gdyby nie moja szkoła, a jego praca, nie wychodzilibyśmy z łóżka i za pewne skończyli jako seksoholicy.
- I to właśnie pragnąłem usłyszeć, moje słońce – cmoknął mnie w czoło i opierając się czołem o moje czoło, tkwiliśmy w takiej pozycji przez następne minuty nie robiąc nic innego, niż wymieniając się szczęśliwymi spojrzeniami i cnotliwymi całusami.
Jednak wiedziałam, że to szczęście nie potrwa długo. To nie mogło trwać wiecznie.
Jeśli tym bardziej w mieście kręcił się Arren i co gorsza :

Eleanor.

***
Obudziłam się w środku nocy, ponownie. Znowu śniła mi się Eleanor, zabijającą mnie kołkiem. Nie chcąc budzić Louisa, który pogrążony był w głębokim śnie, narzuciłam na siebie jego pierwszą lepszą koszulkę jaką miał na wierzchu i po cichu podreptałam do łazienki, nie zamykając za sobą drzwi. Stanęłam przed ogromnym lustrem, oglądając dokładnie swoją twarz. Była ona lekko spocona i mocno zarumieniona. Odetchnęłam kilka razy, przeczesując palcami swoje włosy, doprowadzając je przy okazji do początku. Następnie obmyłam twarz chłodną wodą i ponownie spojrzałam na siebie. Tym razem stała za mną postać, a tak właściwiej Louis, a na jego widok podskoczyłam ze strachu.
- Louis, cholera… - przeklęłam, odwracając się i mu przyglądając. Był mocno zaspany. – Dlaczego wstałeś?
- Nie było Cię – ziewa, przyciągając mnie do siebie i przytulając. Uśmiechnęłam się lekko.
- Obudziłam się i tyle. Miałam koszmar – wyznaje mu, na co się spina i zapewne przypomina sobie o sytuację, która miała miejsce kilkanaście tygodni temu i darłam się podczas snu i płacząc gorzej niż na koncercie Justina Biebera.
- Znowu ten o Eleanor? – pokiwałam głową. – Nie martw się nią, nie ma takiej potrzeby.
- Wiem, ale nie mam na to wpływu, Louis.
- Wiem – westchnął głośno, głaszcząc mnie włosach. Naprawdę, odkąd go poznałam, nigdy nie widziałam go tak opiekuńczego od momentu, gdy jesteśmy razem. Był tak troskliwy, tak uroczy, gdy to robił, że normalnie go takiego ubóstwiałam.

Ale nie, nie narzekam na to, jak czasami mocniej mnie pocałuje albo dogłębnie spenetruje.

- Wracajmy do łóżka, nie jest mi zbyt ciepło w tym wdzianku – wskazałam na jego koszulkę i Lou lekko się uśmiechnął.
- Ale jakże seksownie wyglądasz, maleńka – musnął wargami moje usta i poprowadził nas do łóżka, wskakując niemal od razu pod kołdrę.
- Przepraszam, że Cię obudziłam – mruczę w jego tors, gdy wtuleni w siebie ponownie próbowaliśmy zasnąć.
- Nie, po prostu poczułem, że Cię nie ma – mówi szeptem.
- Przecież nie zniknęłam – śmieję się cicho, lecz on jemu nie udzielał mu się mój humor. Natomiast wziął moją twarz w swoje dłonie i przez krótką chwilę głęboko patrzył w oczy.
- Kiedyś miałem sen… - zaczął sennym tonem. – To był dzień, w którym odkryłaś prawdę o sobie. Kochaliśmy się, wszystko było idealnie… A potem zniknęłaś, tak raptem. To była kwestia kilku sekund… mrugnięcie okiem. Szczerze? Przeraziłem się, że Cię obok mnie nie było. Wtedy naprawdę zdałem sobie sprawę, że Cię kocham, bo wcześniej to do mnie nie docierało, choć to wiedziałem. Eleanor nigdy nie była taka jak ty… Ty jesteś delikatna, czuła, słodka… Jesteś moim aniołem stróżem, który uratował mnie nad wiecznym użalaniem się nad sobą. Strzeżesz mnie, chronisz… A ja Cię kocham. Nie wiem co przyniesie nam przyszłość, ale wiem, że chcę ją dzielić z Tobą. Jesteś moją przyszłością… sensem życia – nie wiem dlaczego, lecz do moich oczu napłynęły łzy. Łzy szczęścia. – Płaczesz? – zapytał ze śmiechem, a ja tylko się uśmiechnęłam i otarłam słony płyn dłonią.
- Oj, bądź cicho, nim Ci przyłożę – warczę i chłopak śmieje się ponownie.
- Och, ty mój kochany mieszańcu – parska, muskając moja skroń ustami.
- Mój ty kochany łowco – mruknęłam, chichocząc. – Louis?
- Hmm?
- Jak widzisz naszą przyszłość? – podnoszę się na jednej ręce i patrzę na niego z zaciekawieniem.
- Co masz na myśli? – odpowiada pytaniem, też zainteresowany.
- No jak wyobrażasz sobie nas za… dwa lata? Lub pięć?
- Ach, to… - kiwa w zamyśleniu głową. – Nigdy nie snułem planów na przyszłość, ale tu muszę się przyznać i powiem Ci, że chcę by było między nami idealnie – uśmiecha się, ja również. – Chcę w końcu pozbyć się tych parszywych demonów z miasta, zabić Arrena, Eleanor skosić biczem przy okazji… Pieprzyć się z Tobą dzień w dzień, dopóki nie powiesz stop – zarumieniłam się lekko. – No i chciałbym, abyś stała się stu procentowym łowcą, to wtedy przeszedłbym do następnego kroku.
- Jakiego? – uśmiecham się szerzej.
- No nie wiem, na przykład zaręczenie się lub coś – moje serce na chwilę zamarło. O cholera… czy ja naprawdę to usłyszałam, czy mój pojebany mózg jakoś pomieszał te słowa, żeby wyszło takie, a nie inne zdanie? – Pragnę byś czuła się przy mnie szczęśliwa. Bez żadnych ogródek… Zaręczyłbym się z Tobą, ułożył cudowne życie, a potem… - dyskretnie dotknął mojego brzucha, na co otworzyłam szerzej oczy ze zdziwienia. – Dzidzia, mały Tomlinson lub mała Lily.
- Chciałbyś mieć dziecko? – pytam ze zdziwieniem. Czy Louis wyglądał na odpowiedzialnego rodzica? Sory, ale nawet ja nie mogłam w to na razie uwierzyć, choć ostatnio dawał mi do tego wiele wątpliwości.
- Tak, uwielbiam je. Moje siostry zawsze za mną łaziły, to może też dlatego mam taki, a nie inny stosunek do kobiet. Nie traktuję ich jak szmaty, tylko tak, jak powinno dbać się o dziewczyny.
- A chłopca czy dziewczynkę? – dopytywałam dalej, z co raz to większym uśmiechem. Aż policzki mnie zabolały od szczerzenia się.
- Dziewczynkę, bo chciałbym mieć drugą maleńką Lily, którą mógłbym kochać – mówi szczerze z uśmiechem.
- A ja? – udałam, że się chmurzę.
- Ty zawsze będziesz Lily, którą poznałem wtedy na ulicy z walizką i mapą.
- Wtedy nienawidziłam tego miasta i to naprawdę… Teraz szczerze przyznając jest całkiem znośne, gdyby nie Twoja szalona ex nie krążyła po mieście z moim popieprzonym, nowym ojcem.
- Wszystko będzie dobrze obiecuję Ci to. Niedługo zniknie, a ona razem z nim – powiedział.
- Wierzę Ci – mruczę, całując go czule. Pierw nasze wargi stykały się delikatnie, były niczym muśnięcia płatków róży, potem narodził się w nas na nowo ogień.

I to byłby koniec naszej rozmowy o przyszłości.


Żyjemy chwilą. 



***********************************

No to jest kolejny rozdział! :D Kochacie namiętnych Louisa i Lily? Bo ja uwielbiaaaam *_* :D Ale w następnych rozdziałach nie będzie tak kolorowo :D

Następny rozdział w weekend!! :D I komentujcie, inaczej łby pourywam! XD Tylko ze względu na wiele próśb nadal tu piszę, bo ten rozdział pisałam i pisałam... aż w końcu napisałam xD



26 komentarzy = NOWY ROZDZIAŁ!!! :D <3



Komentujcie <3


K.


sobota, 6 września 2014

Informacja.

Kochani, ostatnimi czasy co raz bardziej zauważam spadek komentarzy na tym blogu. Wcześniej w jeden dzień robicie limit komentarzy, a teraz? Nie to, że się czepiam, ale widząc przez cały dzień 14 komentarzy, jest naprawdę dołujące i od razu sobie myślę co jest nie tak w tym opowiadaniu. Może w ogóle powinnam przestać go pisać? Dzisiaj się nawet nad tym zastanawiałam i chyba takie wyjście tylko mi już pozostaje. Wiem, że jest tutaj kilku wiernych czytelników, którzy piszą mi, żebym się nie przejmowała, że wszystko z czasem wróci do normy... ale teraz właśnie moja chęć do pisania podupadła i nie mam w ogóle ochoty jak na razie na kontynuowanie tego opowiadania, choć bardzo bym chciała to zrobić, bo przygotowałam dla was bardzo fascynującą część. 

Proszę was o jedno : ZOSTAWCIE CHOCIAŻ W KOMENTARZU KROPKĘ LUB COKOLWIEK, WAŻNE, ŻE ZOSTAWILIŚCIE PO SOBIE ŚLAD! 

Bardzo mi na tym zależy i nie chcę rezygnować z COD, bo to opowiadanie jest dla mnie jak dziecko, które pielęgnuję od tygodni i staram się by wam się podobało. 

Jest warunek! Czyli wasza last chance! 

30 komentarzy pod tym rozdziałem + coś, czego brakuje w opowiadaniu i mogłabym dodać i postaram się dodać rozdział w środę, a jak uda mi się wcześniej, to będzie wcześniej. To jest mój warunek, inaczej... to będzie koniec City Of Death, przynajmniej na jakiś czas. 

30 komentarzy = NOWY ROZDZIAŁ

K.

piątek, 5 września 2014

2 Generation - One.

- Nie, to niemożliwe – powiedziałam, niemal warcząc na widok Eleanor. Ona była… żywa. Stała przed nami, a jej serce nie biło, ani nie oddychała. Ona była wampirem. Spoglądając w stronę Louisa zauważyłam, jak zaciska mocno dłoń w pięść. Aż pobielały mu kłykcie. – Ona nie może być moją siostrą, ja nie mam rodzeństwa…
- Czekałam na to spotkanie trzydzieści lat… - odezwała się Eleanor, podchodząc do mnie bliżej, a Louis odrobinę zasłonił moje ciało. – Och, prawie bym zapomniała o Twojej obecności, Louisie… Nic, a nic się nie zmieniłeś… Tak samo zaborczy i nadopiekuńczy – Eleanor wywróciła oczami. – Już wiem dlaczego Louis się w Tobie zakochał, jesteś ładna – przyznała szczere, ale w jej głosie wyczułam niechęć. – Już Cię zaliczył? Czy nadal nad Tobą lamentuje?
- Chyba nie powinno Cię to obchodzić – parsknęłam, uśmiechając się krzywo.
- Nie powinno – zgodziła się ze mną, stając obok Arrena. – Kto by pomyślał, że moją siostrą będzie dziewczyna mojego ex.
- Najwyraźniej woli bardziej żywe – prychnęłam, a z jej twarzy zniknęło rozbawienie. Usłyszałam jak Louis zaśmiał się cicho, głaszcząc mnie po plecach. – Widzisz, ja różnię się od Ciebie tym, że moje serce bije i mam uczucia, a ty… jesteś martwa, bez krzty człowieczeństwa.
- Kiedyś podobało się to Lou… przynajmniej tak myślałam… - w jej oczach zauważyłam ukłucie bólu, lecz tylko przez chwilę. Nie chciała pokazać, że tak naprawdę jest jej przykro. Ona nie ma uczuć, ale jeśli jakieś już w sobie posiada, tłamsi je. – Ale jego nabrać jest trudno. Próbowałam wszystkich sztuczek, aby go w sobie rozkochać, a gdy zostałam wampirem, byłam już na stratnej pozycji…
- Po co tu w ogóle jesteście? – zapytał rozdrażniony gadką Eleanor, Louis. – Psujecie bankiet.
- Ten bankiet tyle mnie obchodzi, co zeszłoroczny śnieg, Louisie – rzekła Eleanor, gorzko się śmiejąc. – Przyszłam tu tylko po to, aby powiedzieć swojej siostrze, by jak najlepiej wiodło się jej w tym mieście. Bo wkrótce może ono się obrócić w… popiół – mówiąc to, posyłając mi całusa, odwróciła się i wyszła. Arren jednak nie ruszył się z miejsca.
- Co tu jeszcze robisz? – pytam go, mierząc wzrokiem.
- Moja córko… - Arren znalazł się z prędkością wampira tuż przede mną. Nawet nie drgnęłam. Ręka Arrena powoli podniosła się do góry, a dłoń delikatnie musnęła mój policzek. Spoglądałam na to ze skrytym obrzydzeniem. – Dołącz do mnie i reszty mieszańców, gdzie jest Twoje miejsce. Pomogę Ci to przetrwać, bez boleśnie.
- Przepraszam, ale już ktoś się tym zajął – szepnęłam, odsuwając się od niego i lekko wtuliłam się w bok Louisa.
- Nie wolisz żyć w otoczeniu swoich pobratymców? Oni by Ci pokazali prawdziwe życie mieszańców.
- Ona jest już nasza, Arren – zabrał głos Louis, nim zrobiłam to ja. – Przeszła jedną drugą przemiany. Nie jest już Twoja, lecz należy do Grace.
- Jeszcze zobaczymy – uśmiechnął się figlarnie i zniknął. Nagle. Pomrugałam zszokowana oczami i odważyłam się spojrzeć na Louisa. Jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć i był wgapiony we mnie.

Mój ojciec z LA nie był moim ojcem… dowiedziałam się, że mam siostrę, ex mojego chłopaka… Czy mogło być gorzej?

- Wszystko w porządku? – zapytałam, obejmując jego twarz dłońmi. Chodź wczoraj się ogolił, czułam pod swoją skórą lekkie ukłucia. Louis ledwo zauważalnie pokiwał głową. – Może dołączymy do reszty, nim zauważą naszą nieobecność?
- Znając Grace, już połowa gości wie co tu się wydarzyło i nie wątpię w to, że przyjęli to na luzie.
- Nie pokarzę im się teraz na oczy, Louisie. Nie mogę – powiedziałam zduszonym głosem ze łzami w oczach.
- Musimy, to jest tradycja, której akurat nie możemy złamać. Dasz radę – na zachętę jego wargi połączyły się ze mną na krótką chwilę, lecz łapczywie.
- Nie… - kręcę głową.
- Posłuchaj – Louis tym razem chwycił moja twarz. – Poradzimy sobie. Dla mnie to też jest głęboki szok, ale musimy iść dalej.
- Ale, Louis… Eleanor żyje.
- I co z związku z tym? – spytał, marszcząc brwi.
- No bo myślałam, że… - spróbowałam skonstruować jakieś porządne zdanie, ale emocje robiły swoje.
- Liliano Anderson, czy ty właśnie pomyślałaś, że zostawię Cię dla Eleanor? – Louis prychnął. Nie odpowiedziałam mu, tylko spuściłam wzrok. – Boże, ty naprawdę tak pomyślałaś – odparł z przekonaniem.
- W końcu byłeś z nią jakiś czas i…
- Kocham tylko Ciebie – przerwał mi, delikatnie całując. Chłonęłam jego dotyk warg najbardziej, jak tylko mogłam. – Możesz sobie i być córką Arrena, ojca się nie wybiera, ale to nie znaczy, że nie kocham mojej księżniczki najbardziej na świecie – uśmiechnęłam się smutno. – Zobaczenie jej potwierdziło mnie tylko w przekonaniu, że nic, a nic, już mnie z nią nie łączy. Nienawidzę jej, ona mnie zresztą też. A nawet mnie to nie obchodzi – wzniósł oczy ku niebu. – Liczysz się tylko ty i wyłącznie ty. Jesteś moim aniołem stróżem, pamiętasz? – pokiwałam głową, uśmiechając odrobinę szerzej. – No właśnie – Louis przytulił mnie do siebie opiekuńczo, kładąc dłoń na moich włosach i je głaszcząc. – Chcę by między nami było idealnie, tak jak powinno być między kobietą, a mężczyzną, Lily. Pragnę byś czuła się przy mnie jak najlepiej.
- Jest tak – wyszeptałam w jego tors.
- Cieszę się – wyczułam, że się uśmiecha i mnie od siebie odsunął, zdecydowanie zbyt szybko. – Mam coś dla Ciebie – oznajmił.
- Dla mnie? Po co?
- Chyba nadal mamy Wigilię, prawda? – Lou parsknął śmiechem i wyjął małe pudełko ze swojej marynarki. Przez moment stanęło mi serca, ale tylko do momentu, gdy wyjął z niego mój prezent. Był to srebrny naszyjnik z małym brylantowym serduszkiem. Na tani to on mi nie wyglądał.
- Jest piękny – przyznałam szczerze.
- Należał do mojej matki – powiedział, smutniejąc na jej wspomnienie. – Dała mi ona go, gdy… umierała w szpitalu. Kazała mi go podarować mojej przyszłej, wartej mnie dziewczynie. I właśnie chcę to zrobić.
- Louis… ja… - brakowało mi słów, choć miałam ich mnóstwo na języku. – Nie mogę tego przyjąć, to jest Twoja pamiątka rodzinna.
- Ależ możesz, bo poniekąd należysz do niej – mruknął, mimo moich protestów odwracając mnie do siebie tyłem i odgarnął moje włosy na bok, zakładając zwinnie naszyjnik. Serduszko, które chwilę później spoczywało na mojej klatce, rozgrzewało na swój sposób. To była cząstka Louisa, która miała być przy mnie. Może i nawet na zawsze. Dotknęłam go opuszkami palców swojej prawej dłoni, jednocześnie będąc już twarzą do Louisa.
- Dziękuję – uśmiechnęłam się do niego promiennie, a on to odwzajemnił.
- Czy naprawdę można tak mocno kochać, jak ja kocham Ciebie? 
- Chyba tak – śmieję się cicho, stając na palcach i całując go namiętnie. – Są Twoje urodziny, a ty mi sprawiasz prezenty.
- Nie, swój najcenniejszy prezent trzymam właśnie w ramionach, całuję i próbuję nie zedrzeć z niego tej seksownej sukienki.
- Och, czyżby? A gdzie Pana maniery? – podniosłam zagadkowo brwi.
- Pieprzyć maniery, Panno Anderson – szepnął uwodzicielskim tonem, przygryzając moją dolną wargę.
- Może za nim, obrócimy ten plan pieprzenia manier w życiu, wrócimy na jakąś godzinkę na przyjęcie, poudajemy zainteresowanych i mykniemy na górę?
- Świetny pomysł, maleńka – trąciliśmy się nosami przy kolejnym pocałunku i powoli ruszyliśmy ku głównej Sali. Spodziewałam się ataku spojrzeń na siebie, lecz każdy był zajęty rozmową. Jakby nie wiedzieli, co się wydarzyło kilka minut temu poza główną salą.

A może po prostu Grace ukryła przed nimi ten fakt?

Spojrzałam speszona na Louisa, a ten posłał mi uspokajający, szczery uśmiech i chwycił za rękę, prowadząc do reszty, która nadal jakby nigdy nic, siedziała przy barze i śmiała się do rozpuku, pijąc  alkohol. No tak… mogłam się tego spodziewać.

- Gdzie wy byliście?! Szukaliśmy was! – pisnęła Ava, gdy podeszliśmy do nich. – Wypijecie z nami po jednym drinku?
- Nie, dzięki, dzisiaj chcę zostać trzeźwa – zaśmiałam się i poczułam jak Louis się rozluźnia. Wiedziałam, że nie lubił mnie pijanej, bo wtedy stawałam się nie obliczalna.
- No tak, zapomniałam – Ava do mnie mrugnęła, a ja wiedziałam od razu wiedziałam o czym mówi. Zarumieniłam się lekko, nawet nie mając odwagi tym razem spoglądnąć na Louisa, bo by odkrył co za niespodziankę dla niego szykuję. Avie już chyba było wszystko jedno, bo chichotała i mówiła bez ładu i składu. Przez kilka minut z Louisem dotrzymaliśmy im towarzystwa, dopóki szatyn nie zaczął ciągnąć mnie w stronę parkietu.
- Nie, Louis… - chłopak tylko się uśmiechnął i pociągnął moją rękę mocniej, nie dając mi wyboru. Staliśmy na środku głównej Sali, gdzie do jakiegoś utworu granego na pianinie kołysały się różne pary.
- Pozwoli Pani… - Louis ucałował moją rękę, po czym objął mnie ściśle w talii i tańczyliśmy tak jak pozostali. – Widzisz? Tańczysz na bankiecie nocnych łowców.
- Super – powiedziałam z udawaną ekscytacją, wtulając głowę w jego ramię.
- Nadal trapi Cię ta sprawa? – nie musiał mi wyjaśniać o co chodzi. Pokiwałam głową.
- Nie mogę i nie chcę w to uwierzyć, Lou. Serce mówi mi co innego – mówię mu na ucho.
- Rozumiem Cię. Tak samo miałem po śmierci mamy i sióstr. Żadne słowa do mnie nie docierały.
- Ty przynajmniej masz ojca, który może to niechętnie pokazuje, ale naprawdę Cię kocha i o Ciebie się troszczy.
- Troska to przesadzone słowo – prychnął cicho. – Po prostu był przy mnie, bo i jego też zabolała strata mamy
- W końcu była jego żoną… Louis?
- Tak?
- A Twoja matka nie była nocnym łowcą? – zapytałam, patrząc na niego z ciekawością.
- Nie – odpowiedział mi po chwili namysłu. – Była zwykłym, kruchym człowiekiem. Tato ją za to właśnie pokochał.
- Musiała być wspaniałą kobietą – pogłaskałam go po policzku, przez co się rozchmurzył.
- Tak, była wspaniała – uśmiechnął się i spojrzał prosto w moje oczy. – Przypominasz mi ją. Jesteś tak samo… delikatna. Czasami mam wrażenie, że jeśli dotknę Cię za mocno, zrobię Ci krzywdę.
- Chyba zapominasz, kto tu jest pół wampirem – przyciągnęłam go do siebie mocniej, przez co jego wargi wygięły się w dużym uśmiechu.
- Chciałbym tego pół wampirka zobaczyć u siebie w łóżku – stwierdził, a jego oczy pociemniały.
- Wedle życzenia, Panie Tomlinson – zaśmialiśmy się głośno.
- Nie wydaje mi się, żebym wytrzymał godzinę w tym towarzystwie, może… uciekniemy nie zauważeni na górę i się tam Tobą zajmę? – poruszał zabawnie brwiami.
- A obiad Wigilijny? Nie jesteś głodny?
- Mam na Ciebie ochotę, a nie na jakieś głupie jedzenie. Jeszcze przytyję – udał zmartwionego.
- Tak, bo ty strasznie gruby jesteś – kręciłam głową ze śmiechem.
- Nie drocz się ze mną – ostrzegł z warknięciem, które zamiast mnie przestraszyć, tylko podnieciło.
- Tańcz – mówię i ponownie się kołysaliśmy. – Od kiedy z Ciebie taki tancerz?
- Chyba też kiedyś chodziłem do szkoły i miałem bale, a że ja byłem bardzo popularny…
- Dojdź do sedna – wywróciłam oczami.
- Dużo dziewczyn męczyło mnie na balach i takim sposobem nauczyłem się tańczyć chociażby wolnego.
- A jak Ci się tańczy ze mną? – uśmiechnęłam się zawadiacko. Louis w odpowiedzi precyzyjnie mnie obrócił w miejscu, po czym gwałtownie przyciągnął do siebie.
- Najlepiej – mruknął w moje usta, całując je z uwielbieniem. Czy ja wspominałam, jak bardzo kochałam tego idiotę?

***
Godzina zamieniła się niestety w dwie. Grace ciągle coś od nas chciała i miała na oku. Kompletnie jej nie rozumiałam. Owszem, Arren był w pobliżu, ale był przy mnie Louis, który nie pozwoliłby na to, aby stała mi się krzywda. Więc, o co chodziło Grace?

Wieczór, mimo tego fatalnego spotkania z Arrenem, które nadal siedziało mi w głowie, był całkiem przyzwoity. Obiad Wigilijny minął bardzo szybko, rozmowy przy stole również, a potem było rozdawanie prezentów. To chyba sprawiło Avie największą radochę, ale Ava… to Ava. 
- Chodźmy już – jęczę do Louisa, wiercąc się na krześle z nudów. Jakoś nie interesowały mnie rozmowy na temat „Jak było na Barbadosie”…
- Poczekajmy jeszcze chwilę, bo za bardzo rzucimy się w oczy jeśli raptem znikniemy.
- Wali mnie to – Louis się zaśmiał cicho.
- Wiem o tym – szepnął, cmokając mój policzek, po czym przybliżył usta do mojego ucha. – Bądź cierpliwa, a zostaniesz sowicie nagrodzona i Ci to gwarantuję – zadrżałam, na co Louis ponownie się zaśmiał.
- Czy tylko ja mam wrażenie, że coś się tego dnia jeszcze wydarzy? – odezwała się Ava, zajadając sałatką. Ugryzłam się w język, nim powiedziałam, że sporo ją już ciekawych momentów ominęło.
- Tak, chyba tylko ty – spojrzałam ukradkiem na Louisa, który dyskretnie ścisnął moją dłoń pod stołem, którą trzymał w uścisku.
- Będziemy się zbierać, co nie Ava? – zabrał głos Zayn, patrząc na swoją dziewczynę z zawadiackim uśmiechem. Ava go odwzajemniła, wstając od stołu.
- My też – Louis wykorzystał okazję, szybko podrywając się z miejsca. Zrobiłam to samo i z prędkością wampira pociągnęłam Louisa z dala od głównej Sali. Szatyn spojrzał na mnie zaskoczony, ale i z szerokim uśmiechem przyparł mnie do okna, napierając przy tym całym ciałem. Nie mogąc się powstrzymać od szelmowskiego uśmiechu, rozerwałam jego koszulę, odsłaniając przy tym opalony i wytatuowany tors, a guziki od odzienia spadły na ziemię. Nigdy nie czułam się bardziej roznamiętniona, niż w tamtej chwili. – Teraz jesteś tylko do mojej dyspozycji – wyszeptał głębokim głosem, wodząc nosem po mojej szyi, a usta ją całowały. – Nic nam nie przeszkodzi – dodał po chwili, dryfując dłońmi po moim ciele. – Choćby i nagły atak demonów.
- Cśś, bo jeszcze wykraczysz – uciszyłam go pocałunkiem, badając jego topografię ciała.
- No dalej, wampirku, pokaż mi coś, czego jeszcze nie widziałem – to brzmiało jak wyzwanie. Popatrzyłam w jego oczy.
- Zobaczymy, czy będziesz taki pewny, gdy przywiążę Cię do łóżka – zawarczałam podnieconym głosem.

- Nie, bo ja mam to w planach, maleńka. 



*****************************

No to witam was 2 części COD! Przepraszam, że musieliście tyle czekać na rozdział, ale... zaczął się rok szkolny xD 

Info! I to nawet dosyć ważne! :D Jutro na sto procent pojawi się rozdział na Dearly Angel, to na pewno, bo wiele osób mnie o to pyta...
A drugie info jest do obu blogów...
Kochani, jestem w 3 gimnazjum i jednym słowem mam mały zapierdol. Więc, rozdziały na COD i DA będą pojawiały się tylko DWA RAZY W TYGODNIU! Konkretnie w poniedziałek i środę, ewentualnie w sobotę lub w niedzielę. W tym czasie będę starała się pisać rozdziały na przód, ale nie jestem tego też tak pewna, bo ciągle muszę coś robić do szkoły xD 

Więc to tyle! :D



25 komentarzy
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Nowy rozdział!! :* <3

Komentujcie <3

K.


poniedziałek, 1 września 2014

Twenty Three.

- Nareszcie jesteście! Wszyscy na was czekali! – znikąd pojawiła się podekscytowana Ava, w kolczastej sukience i krwistych szpilkach.

Taak… bardzo świątecznie.

- Przybyliśmy, spokojnie Ava – uspokoił ją Lou, kręcąc oczami.
- Pozwól, że zabiorę Twoją Panią Tomlinson na kilka chwil, ale kilka osób chce ją poznać – Ava wzięła mnie pod rękę i ruszyła w głąb pięknie ozdobionej Sali, gdzie roiło się koło 60 osób. Nie wiedziałam, że tylu łowców stawiało swoje pierwsze kroki właśnie w Mieście Śmierci. Owszem, Philadelphia była ogromna, ale to miasto należało do jednych z mniejszych w tym stanie.

Ava podeszła ze mną do jakieś niewysokiej kobiety i postawnego mężczyzny. Oboje byli urodziwi i od razu zgadłam, że byli to rodzice Avy. Jej matka miała identyczne rysy twarzy, co moja przyjaciółka, a ojciec ten sam kolor włosów. Ubrani byli dostojnie i elegancko, jak na „weteranów” nocnych łowców przystało. On miał smoking a la z lat dziewięćdziesiątych, a ona dopasowaną czerwoną kreację do ziemi od Chanel. Już bałam się pomyśleć, ile ona musiała kosztować!

- Mamo, tato, to jest właśnie Lily Anderson – oświadczyła Ava z szerokim uśmiechem. Jej ojciec pierwszy wyciągnął do mnie rękę, a na jego twarzy nie widziałam ani grama nienawiści do mnie. Ujęłam jego dłoń, a on ucałował jej wierzch jak prawdziwy gentleman.
- Witaj w klanie łowców, Lily. Miło w końcu zobaczyć, że ktoś świeży rozbudzi tą grupę – odparł niskim tonem ojciec Avy, uśmiechając się przy tym szelmowsko. – Jestem James, a moja żona to Becky.
- Jesteśmy zaszczyceni, że Cię w końcu poznaliśmy – powiedziała entuzjastycznie matka Avy.
- Ja również – odpowiedziałam i byłam w lekkim szoku słysząc ich słowa? Oni są zaszczyceni? Kim ja do cholery byłam?
- Kiedyś powinnaś nas odwiedzić z Avą na Ibizie, mamy tam dom letniskowy i kiedyś mogłybyście wpaść, by odpocząć od tego miejsca – zaproponowała Becky, a mnie zbiło z nóg. Dom na Ibizie? Czy oni nie byli Kardashianami?
- Państwo przylecieli aż z Ibizy?
- Tak, dla Avy zrobimy wszystko – James objął opiekuńczo w pasie i pocałował w czubek głowy. Nie tak sobie wyobrażałam rodziców Avy. Myślałam, że są fanami hard rocka, a nie bogaczami z Ibizy.
- Naprawdę, aż trudno mi uwierzyć, że jesteś mieszańcem, Liliano. Nie przypominasz mi go. Zazwyczaj ta połowa wampira mocno się w mieszańcu odzywa, a u Ciebie… nie widzę go – rzekła Becky zaintrygowana.
- Ciężko pracowałam nad tym, aby przypadkowo się na kogoś nie rzucić. Ava i chłopacy mi w tym pomagali, za co jestem im nie wziernie wdzięczna – mówię cicho, a mój dobór słów mnie zaskoczył. Nigdy nie mówiłam tak… dorosłym językiem, bo sama mam dopiero osiemnaście lat!
- Rozumiem Cię i życzę Ci powodzenia i łap wiatr w żagle – matka Avy uśmiechnęła się promiennie.
- Nie dziękuję – odwzajemniłam uśmiech i chwilę później porwał mnie Harry, przedstawiając mnie swojej matce i siostrze.

I tak wyglądała pierwsza godzina. W kółko z kimś rozmawiałam, nie mając czasu dla siebie i Louisa, którego od czasu, gdy zabrała mnie Ava, nie widziałam. Nigdy nie byłam w takim kręgu zainteresowania i poniekąd mi to schlebiało, lecz nie lubiłam zwracać na siebie uwagi. Co chwilę padały w moją stronę pozytywne wypowiedzi na temat stroju, fryzury, odwagi, że zupełnie sama przyjechałam do Miasta Śmierci i takie pieprzenie bez ładu i składu. 

Najbardziej pragnęłam tego, aby znaleźć się przy Louisie i go nie opuszczać. No i nie poznałam jeszcze jego ojca. To była jedyna osoba, która do tej pory nie zamieniła ze mną ani jednego słowa. Czułam dziwną ulgę, bo nadal bałam się konfrontacji z ojcem Louisa. Może Lou specjalnie go przede mną ukrywał? Nie… nie mógłby tego zrobić. Poniekąd jego ojciec tu też przyjechał : by poznać dziewczynę swojego jedynego syna.
- Co ty się tak ciągle rozglądasz? – zapytała Ava, dosiadając się koło mnie przy barze, w którym tkwiłam samotnie od dobrych dwudziestu minut.
- Szukam Louisa i nie mogę go znaleźć – powiedziałam, nadal wzrokiem przeczesując salę.
- Pewnie gdzieś rozmawia ze swoim ojcem. Co roku gdzieś znikają.
- Dlaczego? – spojrzałam na nią.
- Oni ze sobą nie rozmawiają, tak jak ty kiedyś z matką. Louis nie lubi z nim gadać, ale jest do tego zmuszony.
- Rozumiem – skinęłam głową.
- Właśnie, co to była za wczorajsza akcja w Lusso? Wszyscy coś wiedzą, tylko nie ja! – mówi z desperacją.
- Nic takiego, po prostu miałam atak wściekłości na swoją matkę.
- Co? – zauważyłam w jej oczach zdezorientowanie. – Ona jest tu, w Mieście Śmierci?
- Czujesz ten entuzjazm? – parsknęłam ironicznie.
- Nie wiedziałam, że ona tutaj… Boże, co za szok – mruknęłam.
- Tak. Zaczęła prawić mi wykłady, że chodzę z nocnym łowcą, a ja kilka minut później rzuciłam się jej do gardła – Ava mając wodę w ustach, którą zamierzała połknąć, zamiast tego wypluła na blat i zmierzyła mnie srogim spojrzeniem.
- W dosłownym sensie?
- Tak – wzruszyłam ramionami.
- Oszalałaś?! Jak mogłaś się nie opanować w miejscu publicznym?! – pytała wkurzona.
- Akurat to, było na zewnątrz Lusso, nie w środku – poprawiłam ją z drwiącym uśmieszkiem.
- Nie uśmiechaj mi się tu! Chciałaś zabić własną matkę, to nie jest normalne!
- Chciałam tego, a nie mój wewnętrzny wampir. Byłam na nią cholernie zła i pragnęłam, wbić się jej w szyję i odpłacić za te wszystkie lata w kłamstwie.
- Pomyśl racjonalnie, Lily… - jej ton wyraźnie się zaostrzył. – Może robiła to tylko dlatego, byś nie musiała tego wszystkiego przeżywać? Robiła to po to, by Cię chronić?
- Ale po co by miała tak postępować? – zapytałam ją, próbując nie wyjść z siebie. Ostatnio zbyt często to robiłam. – Czym prędzej czy później poznałabym prawdę, bo mój wampir chciałby krwi!
- Ale to nie oznacza, że od razu musisz wypić krew ze swojej matki! – krzyknęła, lecz po chwili się opanowała, widząc, że niektórzy patrzyli na nas z ciekawością. – Słuchaj, teraz to szczerze mnie przeraziłaś tą swoją obojętnością co do zgonu swojej matki, więc pójdę gdzieś indziej, bo to… nie mieści mi się w głowie. Też nie żywię do swojej matki jakiegoś specjalnego uczucia, ale nie zabijam jej od razu Serafickim nożem! – prychając, Ava odeszła ode mnie, nawet nie oglądając się za siebie. Jęknęłam zdesperowana, chowając twarz w dłoniach. Dlaczego nie żałowałam, że to zrobiłam? Wręcz przeciwnie : byłam na swój sposób zadowolona z siebie.

To było kompletnie nie do zniesienia…

- Ej, co się stało? – w końcu usłyszałam jego głos. Odwróciłam się i zobaczyłam zatroskaną twarz Louisa. Uśmiechnęłam się wymuszenie i pokręciłam głową, wtulając w jego ciepły tors odziany koszulą. – Powiesz mi?
- Może później – odparłam, wdychając zapach jego perfum.
- Chodź, mój ojciec chce Cię poznać – powiedział, nie powstrzymując się od prychnięcia i obejmując mnie w talii prowadził przez salę. Czułam na sobie wiele spojrzeń, ale i Louis nie czuł się odrzucony. Spora damska i zdecydowanie młodsza od niego część tej Sali, pożerała go wzrokiem, przez co mnie trafiał szlag. Tak… Byłam zazdrosna! Louis był strasznie przystojny, a gdy się uśmiechał to już w ogóle byłam w niebie. Jak go tu nie kochać. Gdy przechodziliśmy obok tej grupki, posłałam im wszystkim morderczy wzrok, na co od razu spojrzały w inną stronę. Nie powstrzymałam śmiechu, przez co Louis popatrzył na mnie rozbawiony. – Co za żart ominąłem?
- Żaden ciekawy. Po prostu kilka młodych dziewczyn bardzo się Tobą interesuje – Boże, czy ja to naprawdę powiedziałam na głos?
- Zazdrosna? – Louis zatrzymał się na środku Sali wśród wirujących par rytm jakiegoś powolnego kawałka.
- Nie o tyle zazdrosna, co zła. W końcu ty jesteś moim chłopakiem i jesteś mój.
- To się nazywa zazdrość, kochanie – Louis pieszczotliwie pogłaskał mnie po policzku. – Jestem tylko Twój, a ono – Louis przyłożył delikatnie moją dłoń do jego lewej piersi. Czułam pod nią mocne i dobitne bicie serca. – Żyje tylko dla Ciebie, żadnej innej. Odżywiłaś je, a wraz z nim mnie. Odkąd tu przybyłaś, wszystko się zmieniło… ty się zmieniłaś. Boże, gdybym Cię wtedy zabił podczas patrolu, nie znając prawdy…
- Cśś, nie psuj romantycznej chwili – uśmiechnęłam się szeroko stając na palcach, mimo wysokich szpilek i pocałowałam go namiętnie. Louis zaśmiał się cicho, odwzajemniając pieszczotę tylko na chwilę. Byliśmy w końcu wśród ludzi, a nie wydaje mi się, że każdego pociągało spoglądanie na całujące się pary. No chyba, że miał taki fetysz, niektórzy potrafili być naprawdę dziwni.
- Nie teraz, skarbie – mruknął Louis w moje usta, które ostatni raz podarował czułym pocałunkiem. – Mój ojciec czeka, a on tego nie lubi.
- W porządku – oderwałam się od niego i Louis zaprowadził nas w ustronne miejsce, z dala od całej reszty. Przy jednym ze stolików siedział on.
Ojca Louisa poznałam od razu, tak samo jak i rodziców Avy. On był mężczyzną poważnym, wysokim i dobrze zbudowanym, tak jak Louis. Oczy miał tylko innego koloru, a on bardziej szerszy. Ubrany był tak jak Louis na co dzień, w strój nocnego łowcy. Zauważając nas, mężczyzna wstał i bez szczelnie przejechał po mnie wzrokiem. Nie lubiłam tego, ale był w końcu mężczyzną, Louis też wiele razy to robił, szczególnie wtedy, gdy byłam naga.
- Tato… to jest właśnie Lily – oświadczył z dumą, uśmiechając się do mnie pokrzepiająco. Zebrałam się więc na odwagę i wyciągnęłam pierwsza rękę w jego stronę.
- Miło mi jest Pana poznać, wiele mi Louis o Panu opowiadał – odparłam pewnie, a on z lekkim opóźnieniem ujął moją dłoń i uścisnął, po chwili puszczając.
- Pewnie nagadał Ci jakiś bredni o swoim staruszku – rzekł z chrypą, śmiejąc się cicho.
- Wręcz przeciwnie, same pozytywy – powiedziałam szczerze, choć tak naprawdę nic, a nic o nim nie wiedziałam. Tylko z opowiadań Avy mogłam wywnioskować, że to najprzyjemniejszych ludzi nie należał.
- Jesteś wyjątkowo młoda jak na mieszańca, ile masz lat, Lily?
- Osiemnaście, proszę Pana.
- Jestem Jay, na Pana jestem jeszcze za młody – usłyszałam jak Louis cicho prycha, więc dyskretnie trzepnęłam go w tył pleców. – Więc, osiemnastka? Co tak młoda osóbka robi w Mieście Śmierci?
- Studia – mówię lakonicznie.
- W tej dziurze?
- Czysty przypadek – stwierdzam zgodnie z prawdą.
- Cóż, może w końcu wygonisz Tommo do szkoły. Co studiujesz?
- Nauki ścisłe.
- Więc, Einstein. Podoba mi się – tata Louisa uśmiechnął się tajemniczo i wziąwszy kieliszek szampana ze stolika, wziął jednego łyka.
- Coś jeszcze tato? Chciałbym pobyć z Lily sam na sam – spytał Louis ojca z niecierpliwością.
- Spokojnie, synu, macie przecież cały dzień przed sobą. Gdzie Ci się tak spieszy?
- Nie dałem jeszcze Lily prezentu i chciałbym to zrobić teraz, póki nie zacznie się obiad – odparł przez zaciśnięte zęby. Pogłaskałam go w to samo miejsce, co uderzyłam kilka minut wcześniej i poczułam, jak się rozluźnia.
- Rozumiem, wy i te wasze prezenty. Bawcie się dobrze, moi młodzi – mówiąc to, odszedł od stolika kierując się do innych. Odetchnęłam z ulgą.
- I jak mi poszło? – zapytałam, stając do niego przodem.
- Świetnie, jeśli ani razu nie przeklął, to jesteś już w stu procentach moja – szepcze w moje usta, które potem całuje. Mrucząc z przyjemności, zatracam się kompletnie w tym pocałunku. – Kocham Cię, maleńka.
- Wiem o tym – uśmiecham się szeroko. – Czemu jesteś taki oschły w stosunku do swojego ojca? Wydaje się być całkiem znośny.
- Na dłuższą metę byś nie dała z nim rady. Jest strasznie wymagający i szczerze się zdziwiłem, że mu się spodobałaś.
- Ej, urażasz mnie, do trędowatych nie należę – śmieję się głośno, a on razem ze mną.
- Wiesz, że nie miałem tego na myśli – powiedział ze skruchą.
- Wiem, wiem. Tylko się dro… - moją wypowiedź przerwało jakieś małe zamieszanie. Louis nie mógł tego usłyszeć, lecz ja tak, bo moje wampirze zdolności były co raz mocniejsze.
- Co się… - Louis zauważył moją reakcję, ale położyłam palec na jego ustach i wytężyłam słuch.

- Gdzie ona jest, Grace? – spytał czyiś głos, męski. Był dobitny i głośny. – Chcę się z nią zobaczyć – nie miałam wątpliwości, że mówią właśnie o mnie.
- Ale ja Ci na to nie pozwalam, Arrenie – moje serce się zatrzymało i cała zesztywniała.

Arren tu był… On tu był… O Mój Boże...

- Wiesz, że Twoje nikczemny ton już na mnie nie działa, Grace. Chcę ją zobaczyć, a jeśli nie, rozwalę to przyjęcie w drobny mak – zagroził.
- Jest tutaj blisko 60 nocnych łowców, w tym kilku Twoich dawnych sprzymierzeńców, zrobiłbyś to tylko po to, aby zobaczyć się z Lilianą?
- Mam do tego takie prawo i mi tego nie zabronisz – warknął ostrzegawczo.
- A ty mi nie będziesz groził, tym bardziej w moim Mieście, Arren. Albo zrobisz to co Ci każę, albo Adalbert złoży Ci wizytę – syknięcia Grace były bardzo niepokojące. Grace broniąca mnie? Tak, to było bardzo dziwne.
- Masz takiego mieszańca i nie chcesz się nim chwalić? To obłęd – odezwał się kobiecy poirytowany głos. Skądś go kojarzyłam, ale nie mogłam rozpoznać. Kolejna dziwna rzecz.
- Nic to Tobie do tego – przymknął ją Arren. – Przyprowadź ją, albo sam po nią pójdę i zabawa się z jej ukrywaniem skończy.
- A ja jako założycielka tego miasta, każę Ci opuścić to miasto w ciągu dnia, inaczej moja anielska cierpliwość co do Ciebie się skończy, Arrenie.
- Nie pozwolisz mi porozmawiać z własną córką, Grace?

Świat zatrzymał mi się przed oczami. Spojrzałam na Louisa otępiała, z trudem powstrzymując od płaczu. Już nie słuchałam ich rozmowy, nie wierząc w ani jego słowo. Nie… nie mogłam być jego córką! To niemożliwe! Mój ojciec za pewne jeszcze siedział w swoim warsztacie i naprawiał samochody! Arren nie mógł nim być… Nie, nie, nie…
- Lily, co się dzieje? – Louis chwycił mnie za ramiona, zaniepokojony.
- Zabierz mnie stąd, jak najszybciej – powiedziałam na bezdechu.
- Powiedz mi pierw! Muszę wiedzieć – zażądał Louis. – Zrobiłaś się blada…
- Proszę, chodźmy na górę nim on…
- On co? – za swoimi plecami usłyszałam ten mrożący krew w żyłach głos. Poczułam jak Louisa mięśnie napinają się, a ja omal nie wychodzę z siebie ze strachu, tym razem nie z gniewu.
- Louis, chodźmy – syknęłam, biorąc go za rękę, ale Arren znowu mnie powstrzymał.
- Nie porozmawiasz ze mną? – wydawał się rozbawiony.
- Co najwyżej możesz mnie pocałować w gdzieś! – krzyknęłam, nie mogąc się powstrzymać i odwróciłam się.
Tak dokładnie wyobrażałam sobie Shaun’a Ralf’a Honses’a. Był niewysokim, ciemnowłosym mężczyzną, o gęstym zaroście, lecz nie wyglądał jak święty Mikołaj. Ten zarost dodawał mu diabolicznego wizerunku. Jego oczy były czarne jak węgiel i malinowe duże usta. Miał masywną szyję, a jego mięśnie zakryte były czarnym T-Shirtem i obcisłą skórzaną kurtką. Chyba tak samo jak ojciec Louisa, nie podzielał świątecznego nastroju, który dla mnie runął kilka chwil wcześniej.
- Lily, idź do głównej Sali, natychmiast – mówi Louis, mierząc zabójczym wzrokiem Arrena.
- Nie, nie. Ona tu zostaje – fuknął w jego stronę Arren.
- Nie każ mi nawet rozkazywać – wysyczał Louis, pochylając się delikatnie do przodu.
- Czego chcesz? – zapytałam go równie wrogo.
- Wyrosłaś, Liliano – rzekł spokojniej, przyglądając mi się. Louis posłał mi pytające spojrzenie, lecz nie zwróciłam na niego uwagi. – Minęło 18 lat…
- O czym on mówi? – odezwał się skonsternowany Louis.
- Twoja matka bała się mnie. Pierw wskoczyła mi do łóżka, a potem uciekła, gdy była… z Tobą w ciąży. Miała ze mną jak w niebie, a wolała się szwendać po różnych Amerykańskich stanach.
- Lily wiesz coś o tym? – wycedził Louis. Pokręciłam natychmiast głową.
- Nie możesz być moim ojcem – mówię z przekonaniem, kręcąc głową. – Nie jesteśmy nawet do siebie podobni.
- Masz w sobie moją krew, Liliano – Arren podszedł do mnie i chwycił za rękę. Wzdrygnęłam mocno pod wpływem jego dotyku. – Mnie nie musisz się bać, jestem Twoim ojcem, jesteś Liliana Honses.
- Nie! – wyrwałam dłoń z jego uścisku. – Jestem Lily Anderson, moim ojcem jest Barney Anderson, nie Ty – podkreśliłam jadowicie „ty”, spluwając.
- Jak myślisz, dlaczego matka ukrywała przed Tobą prawdę całe życie? Bała Ci powiedzieć, że Twoim ojcem jest legendarny założyciel rasy mieszanej i najsilniejszy nocny łowca na świecie.
- Z tym najsilniejszym to ty trochę przesadziłeś – prychnął Louis lekceważąco.
- Pozwoliłem Ci się odezwać, Tomlinson? Czy ty przypadkiem nie miałeś dziewczyny, Eleanor? – Louis stężał. – Och, zapomniałem, Grace ją zabiła, bo była wampirem, których tak nienawidzisz. Jaki cudem jesteś z Lilianą, jeśli w połowie nim jest?
- Właśnie, Arren, w połowie – rzekł poważnie Louis. – Do Eleanor nic nie czułem, była dla mnie nikim i wiem, że ona też była przy mnie, by być chronioną. Niech się smaży w piekle.
- Ale, żeby brać się za mieszańca, nocny łowco?
- Zazdrościsz, szmaciarzu? – Arren zaśmiał się drwiąco.
- Wy Tomlinsonowie zawsze tacy byliście. Jak palniecie, to potem żałujecie tych słów.
- Jestem inny, niż to sobie wyobrażasz.
- Może i tak, ale ja wiem, jaka jest moja córka – Arren spojrzał na mnie niby czule.
- Nie nazywaj mnie nią. Moja matka musiała mieć powód, by od Ciebie uciec.
- Prawda jest taka, że ze mną, miała o wiele lepsze życie, niż kiedykolwiek wcześniej. Miała przy mnie wszystko, a zostawiając mnie, straciła na zawsze moje serce, które ją kochało.
- Chciała mnie chronić – warknęłam.
- Może i tak, ale prędzej czy później i tak bym Cię znalazł.
- I znalazłeś, coś jeszcze? Mógłbyś odlecieć już na swoim demonie z stamtąd, skąd przyleciałeś?
- Musisz pierw jeszcze kogoś poznać.
- Kogo? – parsknęłam, zakładając ramiona na piersiach.
- Swoją siostrę – zamarłam. Louis również podzielił ze mną mój szok. – Córko… - Jego ręka wysunęła się w lewą stronę, która była nieoświetlona, lecz ja wszystko doskonale widziałam. Z ciemności wyłoniła się wysoka, zgrabna postać o ciemnych, falowanych włosach i znajomym, złowieszczym uśmiechu.

- Eleanor.



*************************

No to jest koniec 1 części! :D Spodziewaliście się takiego zakończenia? :D Jak myślicie, co przyniesie nam druga część? :D



24 komentarze
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Nowy rozdział!! :* <3

Komentujcie <3

Katie.