niedziela, 10 sierpnia 2014

Eleven.

- Czemu tak długo idziemy? Przecież wasz dom jest w drugą stronę – odparłam z dezorientowaniem.
- Ten dom, to tylko przykrywka dla głupich Przyziemnych. Tylko tam nocujemy, gdy mamy jakieś akcje, a ogółem mieszkamy w krypcie.
- Krypta? Zakładam, że też jej Przyziemni nie widzą?
- Dokładnie – Louis pokiwał głową. – Na kryptę i na nas jest rzucony czar niewidzialności przez Adalberta, naszego takiego władcy, jeśli tak to mam ująć.
- A jeśli chcecie być widzialni z powrotem?
- Wystarczy powiedzieć finis invisibilis. Ogólnie oznacza to koniec niewidzialności, ale tłumaczenie tego nigdy nie będzie poprawne, jakie powinno być. By być niewidzialnym dla śmiertelników mówimy samo invisibilis.
- To dlaczego ludzie mnie widzą?
- Bo jesteś pół wampirem, który co jak co, ale się nie ukryje przed nami i ludźmi. Jedynym sposobem, abyś stała się stu procentowym łowcą jest dwu etapowa przemiana.
- Przemiana?
- Tak... Pierwszy etap to rzucenie zaklęcia nieśmiertelności, który w naszym przypadku jest odczuwany w mniejszym stopniu. U Ciebie nie obijając w bawełnę, będzie to o wiele, wiele gorsze.
- Co masz na myśli? – zapytałam cicho.
- U wampira wszystkie zmysły i emocje są wyostrzone, w tym ból. Jest on sto razy gorszy, niż u człowieka.
- Trzeba taką przemianę przechodzić?
- W Twoim przypadku? To nieuniknione – zadrżałam. Już w tamtym momencie mogłam sobie wyobrazić ból i cierpienie, jaki miał mnie czekać. – Przestraszyłem Cię trochę, co?
- Tylko troszeczkę – odparłam, patrząc pod nogi.
- Ej, nie będzie tak źle, będę przy Tobie. Będziesz mogła mnie bić, krzyczeć na mnie. Wtedy ten jedyny raz Ci na to pozwolę – Louis uśmiechnął się lekko, obejmując mnie niepewnie swoim ramieniem w pasie.
- Spokojnie, ja nie gryzę – zaśmiałam się cicho, choć i tak skłamałam.
- Prędzej bałem się tego, że mi przywalisz z liścia – Louis również się zaśmiał.
- Zabawne – prychnęłam, wywracając oczami. – Dzisiaj potrzebuję kogoś, kto jakoś pomoże mi się jakoś… oswoić z tym wszystkim. Mam kompletny mętlik w głowie, Louis i nie wiem co się ze mną dzieje.
- To są te emocje, o których tak Ci pieprzę na okrągło. Teraz po zabiciu tej kobiety, będziesz się tym przejmowała dwa razy bardziej, niż na przykład Mike lub Ava.
- A ty?
- Ja i tak zabijam na co dzień demony i wampiry, więc mi to dużej różnicy nie robi – wzruszył ramionami szatyn, a mną wstrząsnęło.
- Wampiry? – zapytałam, drżącym głosem.
- Hej, spokojnie, Ciebie nie tknę, okay? – Louis zatrzymał się i chwycił moją twarz w obie dłonie. Ten gest z jego strony wydał mi się uroczy i słodki, jak na niego przynajmniej. – Jesteś w połowie naszej rasy i zabijanie naszego człowieka według zasad grozi okrutną śmiercią. Poza tym… Ciebie nie potrafiłbym zabić, księżniczko – tutaj uśmiechnęłam się smutno. – Chodźmy, wszyscy już na nas czekają z obiadem. Niby Ava wzięła się za gotowanie, w co nie wierzę i muszę to zobaczyć.

***
- Mój Boże… To jest... – brakowało mi słów na widok krypty, przed którą stanęliśmy z Louisem kilkanaście minut później.
- Niesamowite? Ogromne?
- Trafiłeś w samą dziesiątkę – uśmiechnęłam się szeroko, oglądając kryptę. Była zbudowana z dwóch dużych wież z jakieś ciemnej cegły. Całe… monstrum, bo tego zwykłym budynkiem nazwać nie mogłam, otoczone było wysokim żywopłotem z kolczastymi różami. Brama wejściowa do krypty wyglądała mi na bardzo starą, tak jak i cała siedziba nocnych łowców. – Ile to ma lat?
- Od chuja – rzekł, wzdychając i otworzył mi bramę. – Panie przodem.
- Ale z Ciebie gentleman, oby tak dalej – pochwaliłam go, przechodząc przez bramę i ruszyłam prosto do krypty, oglądając wszystko w koło. W tym miejscu trawa była aż nadto zielona. Na trawniku stało również kilka płaczących wierzb i był mały stawek, gdzie pływały kaczki i żaby. Myślałam, że ta krypta będzie bardziej mroczna, ciemna i… zła, ale była przytulna. I szczerze mogłam tu mieszkać… do czego i tak byłam zmuszona.
- Jeszcze się napatrzysz na to wszystko, Lily, chodźmy – pośpieszył mnie Louis. Z westchnieniem otworzyłam ogromne drzwi do krypty. Widok w środku zwalił mnie z nóg. Był tak wykwintny, uroczysty i… piękny… To miejsce wyglądało cudownie. Zawsze gdy byłam młodsza marzyłam o takim „ zamku „. Kto by pomyślał, że dziecięce marzenia przeistoczą się w realizm?
- Lily, Bogu dzięki! – z moich rozmyślań wyrwał mnie pisk Avy, która biegła w moją stronę na ogromnych szpilkach. Ja o dziwo również rzuciłam się w jej w ramiona, jakbyśmy nie widziały się długie lata. – Przepraszam, że zostawiłam Cię tak bez żadnej wiadomości, ale moja wyprowadzka wyszła tak spontanicznie i…
- Nic nie szkodzi – weszłam jej w zdanie. – Jak widzisz, tak czy siak, tu jestem – uśmiechnęłam się lekko.
- Co ty wczoraj do diabła robiłaś w klubie dla gotów?! Gdy Cię zobaczyłam, myślałam, że mam zwidy! – krzyknęła lekko zdenerwowana. – Skąd w ogóle dowiedziałaś się o istnieniu Frenzy, co?
- Mike mi powiedział o tym miejscu, ale skąd miałam wiedzieć, że to wasza siedziba do zabijania… kogoś tam.
- To nie był ktoś tam, Lily! To był demon! Potępiony, który chciał Cię dopaść! – gdy to powiedziała, w jednej chwili zbladłam i poczułam jak robi mi się słabo. Zbyt dużo wrażeń jak na jeden dzień. Każdy na moim miejscu czułby się tak samo.
- Co? – zapytałam ją cicho.
- Ava, czasami powinnaś siedzieć cicho! – warknął w jej stronę Louis, spoglądając w moją stronę. – Lily, co Ci jest?
- Nie wiem… Ja… -  w jednej chwili straciłam grunt pod nogami i gdyby nie Louis, runęłabym na ziemię, porządnie sobie przy tym obijając każdą część ciała.
- Łoł, to nie wygląda dobrze – Louis położył mnie ziemię, podkładając mi pod głowę jego kurtkę. – Nasza Lily się odwodniła.
- Jak to możliwe? – spytała Ava Louisa, biorąc moją rękę i kreśląc na niej kółka kciukiem.
- Lily, jadłaś coś prócz krwi dzisiaj? – Louis opiekuńczo podniósł mnie do góry i położył na swoich kolanach.
- Skąd ona do cholery wytrzasnęła krew?! – ton Avy znowu się zmienił : tym razem była zszokowana.
- Lily? – Louis czekał nadal na moją odpowiedź.
- Nie… Mike przyniósł mi coś do jedzenia, ale nie zdążyłam tego ruszyć, bo zjawiłeś się ty – powiedziałam chrapliwie, czując znajome mi pieczenie w gardle. – O Boże, Louis… jestem głodna… - tym razem wycharczałam, czując nieprzyjemne uczucie kłów, które wydostały mi się na zewnątrz.
- Nie, nie jesteś głodna, Lily… Ava, zanieść te rzeczy do jej pokoju, dzisiaj śpi ze mną.
- Tylko nie zgrzeszcie, moi młodzi i głupi przyjaciele – odparła Ava, biorąc moją walizkę i zniknęła gdzieś na piętrze.
- Louis, ja potrzebuję krwi, teraz… - wysapałam, będąc na skraju żeby nie uderzyć czegoś, a w tym przypadku Louisa. Mocno zacisnęłam palce na jego koszulce i z narastającego pragnienia o mało mu jej nie porwałam.
- Nie potrzebujesz, musisz to opanować – Louis wziął mnie na ręce i szybkim krokiem przemierzał kryptę.
- Ja naprawdę… muszę… - załkałam, czując oprócz pragnienia, chęć rozpłakania się.
- Cśś… Dasz radę, maluchu. Oddychaj głęboko, spróbuj to w sobie uspokoić – mruknął do mojego ucha. Jego oddech przypadkowo owiał mój czuły punkt na szyi, przez co zadrżałam z przyjemności. Z trudem wypełniłam jego prośbę, ale nic to nie pomogło.
- Nie mogę już, Lou… - jęknęłam i zaczęłam mu się wyrywać, z czystego wampirzego instynktu. Louis jednak mocno mnie trzymał, wbijając boleśnie palce w moje ramiona. Choć byłam wampirem i nie powinnam czuć bólu, to akurat odczułam. – Louis, to boli…
- Przestań się szamotać, to przestanę – fuknął, wchodząc po gigantycznych, kręconych schodach.
- Chcę krwi! Mam ochotę ją z Ciebie wyssać, Louis! – szlochałam, ale Louis nie zwracał na to uwagi. Nim spostrzegłam, Lou z kopniaka otworzył drzwi prawdopodobnie do swojego pokoju. Jego sypialnia była… skromna i mroczna, czyli taka, jakiej się mogłam po nim spodziewać. Lou z niezwykłą delikatnością położył mnie na swoim łóżku, siadając od razu obok mnie. Zręcznie pozbył się mojej bluzy i rzucił ją gdzieś za siebie.
- Posłuchaj mnie, okay? – Louis spojrzał na mnie ze spokojem i… czułością. Tak, odnalazłam ją w jego wzroku. Skinęłam głową na tak. – Musisz zacisnąć zęby i to wszystko powstrzymać. Tak naprawdę nie chcesz tej krwi, bo piłaś ją rano. Musisz też jeść ludzkie jedzenie, o tym nie zapominaj. Żądza picia krwi nie może nad Tobą zapanować. Zrób coś dla mnie i weź kilka głębokich wdechów, bo patrzenie na Ciebie z kłami i sińcami pod oczyma nie należy do przyjemności.
- Idiota – parsknęłam, spełniając jego prośbę, patrząc prosto w jego oczy. Louis by mi pomóc, oddychał razem ze mną, trzymając moją dłoń, która też była cała sina i w żyłach. Ten widok spowodował, że mój oddech na powrót przyśpieszył.
- Nie patrz na to, Lily, uspokój się – szepnął Lou, zakrywając drugą dłonią moja rękę. Zamknęłam więc oczy i przez dobrą minutę brałam duże wdechy i wydechy. Spojrzenie Louisa na swój sposób przynosiło mi ukojenie, a chęć ugryzienia go odchodziła na boczny plan. – Widzisz? Jest już lepiej? – przytaknęłam. – Przynieść Ci coś do jedzenia, czy chcesz iść ze mną?
- Nie jestem głodna – skłamałam i w tej samej chwili mój brzuch głośno zaburczał. Louis się zaśmiał.
- Słychać właśnie. Za chwilę wracam, nie zdemoluj mi pokoju – uśmiechnął się lekko i wstał, opuszczając pokój. Powoli podniosłam się na własne nogi i ślamazarnym krokiem chodziłam po jego sypialni, oglądając ją. 

Panowała w niej straszna ciemność, mimo jednego okna, przez które dostawały promienie zachodzącego słońca. Nie mogłam dokładnie stwierdzić co się w pokoju znajdowało, lecz widziałam, że było zadbane. Louis pedant? Niemożliwe, a jednak.
Po drugiej stronie pokoju, stała duża szafka nocna, gdzie u jej szczytu stała masa zdjęć. Podeszłam tam i je obejrzałam. Na jednej z fotografii, widziałam Louisa z chłopakami i Avą, śmiejących się z piwem w ręku. Pewnie byli na jakiejś imprezie, bo cała szóstka była nieźle wstawiona. Uśmiechnęłam się na ten widok. Na drugim i trzecim zdjęciu widziałam szatyna z jakimiś dwiema małymi dziewczynkami, jedną trochę starszą i kobietę, która mocno go ściskała. Za pewne było to jego rodzeństwo i matka. Nigdy wcześniej mi o nich nie wspominał, ale wszyscy byli do siebie bardzo podobni. Na czwartej i ostatniej fotografii Louis był z jakąś dziewczyną. Śliczna była. Jej twarz była naprawdę urocza. Jej brązowe włosy kaskado opadały na ramiona, a gdy się uśmiechała, na jej policzkach tworzyły się lekkie dołeczki.
- Co ty robisz? – znienacka w pokoju zjawił się Louis z talerzem hot – dogów i piciem dla nas.
- Oglądałam zdjęcia – odparłam, podchodząc do niego. – Nie mówiłeś, że masz dziewczynę.
- Co? – spojrzał na mnie zaskoczony.
- Chyba nie powiesz mi, że tamta brunetka to nie Twoja dziewczyna – wskazałam na ich wspólne zdjęcie. W oczach Louisa zauważyłam gniew.
- Nie jest moją dziewczyną – warknął pod nosem, siadając na łóżku. – Eleanor… Była nią kilka lat temu, dopóki ona… - uciął.
- W porządku, nie było pytania – powiedziałam nie chcąc, by się męczył.
- Nie… Ona po prostu była perfidną szmatą i w dodatku była wampirem i to ona mnie ugryzła… - mimo woli spojrzałam na jego szyję, na której widniały dwie czerwone kropki.
- Co z nią się teraz dzieje? – zapytałam cicho i niepewnie.
- Nie żyje – powiedział bezpłciowo. – Grace ją zabiła, bo popełniła przestępstwo.
- Jakie?
- Wydała nas kilku swoim przyjaciołom. Na szczęście nie uwierzyli jej, bo kto uwierzyłby w to, że na tym świecie żyją nocni łowcy, pogromcy demonów i wampirów? – Louis parsknął. – Grace zabiła ją, kiedy nie było mnie w mieście.
- Tęsknisz za nią?
- Nie – odpowiedział natychmiast. W jego głosie wyczułam jad, złość i podenerwowanie. – Nawet to jest lepsze, że nie żyje. Nie mógłbym żyć z dziewczyną wampirem pod jednym dachem.
- A jakoś ze mną mieszkasz – uśmiechnęłam się kwaśno.
- Mówiłem Ci, że ty jesteś inna… Wyjątkowa – popatrzył na mnie już spokojniej. – Trudno mi Cię rozgryźć, wiesz? Zazwyczaj inne dziewczyny do mnie lgną, robią wszystko bym zwrócił na nie uwagę…
- Ja jestem owocem zakazanym – zaśmialiśmy się cicho.
- Czasami warto go… rozgryźć, co zamierzam zrobić… - Lou raptownie pochylił się w moją stronę, a ja zamarłam.
- Lou… - szepnęłam, odsuwając się od niego na kilka centymetrów. Louis westchnął głośno.
- Rozumiem, powoli, bez gwałtowności.
- Kminię, że Twoje flirciarskie ego nie może się powstrzymać, ale pohamuj się – Louis parsknął śmiechem.
- Jedzmy, potem Cię oprowadzę i wszystko sobie wyjaśnimy.
- Nareszcie.

***
- Możliwe jest to, że jutro po Twoich lekcjach przyjedziesz tutaj z Grace – oznajmił mi Louis, gdy chodziliśmy po krypcie i pokazywał mi każde pomieszczenia.
- Z Grace? Dlaczego? – zapytałam go.
- Uświadomi Cię o życiu wampira.
- Czy ona wie, że ja dzisiaj…
- Nie – Louis pokręcił głową. – I niech lepiej to zostanie naszą tajemnicą. Grace mimo tego, że jesteś nocnym łowcą, nie odpuściłaby Ci surowej kary.
- To zrozumiałe. Jestem potworem.
- Nie jesteś potworem… po prostu nie umiesz się kontrolować, tak jak dorosłe wampiry…
- Skończ mi o tym gadać i lepiej zacznij mnie wtajemniczać w to co wy, nocni łowcy robicie… jak żyjecie – zażądałam, zatrzymując się na środku korytarza.
- Po co? Do czego Ci to potrzebne?
- Jeśli mam być łowcą...
- Już nim jesteś - przypomniał mi.
- Dobra, dobra. Nie odwracaj kota ogonem. Obiecałeś mi, że gdy wypocznę, odpowiesz mi na moje pytania.
- Pamięć to Ty masz świetną - odparł z westchnieniem. - Co chcesz wiedzieć konkretnie?
- Najlepiej wszystko.
- Okej... Więc my, łowcy powstaliśmy wkrótce po tym kiedy pojawiły się wampiry, czyli nasz gatunek jest równie stary, co ich. Jego założycielem jest Adalbert, który według naszej teorii zamienił Cię w pół wampira, w pół anioła zanim się urodziłaś, lub któreś z Twoich rodziców ma w sobie geny i łowcy i wampa i poprosili aby zrobiono z Ciebie mieszańca.
- Że co? – zapytała zaskoczona.
- Pytania po wszystkim… - przymknęłam się i słuchałam dalej. - Więc w naszej krwi, według legendy, płynie krew Zeusa. Jesteśmy dzięki temu bardzo silni i jako jedyni potrafimy pokonać ostrozębnych i demony, lecz tak samo jak i oni, musimy przejść przemianę i jesteśmy dzięki temu nieśmiertelni, ale to wszystko już wiesz. Tylko Adalbert może rzucić czar nieśmiertelności lub ten, kto to potrafi, a jest ich bardzo niewielu w naszym środowisku
- Czary… To brzmi tak niesensownie…
- Ale jednak istnieją i mają się dobrze – Louis pokręcił oczami. – Gdyby nie one, nas by tu nie było.
- Kiedy Cię przemieniono?
- Dawno.
- A konkretniej?
- Z jakieś trzydzieści lat temu. Miałem wtedy dwadzieścia lat.
- Powiedz mi o tym więcej – poprosiłam, siadając na ziemi, opierając się plecami o ścianę. Louis dołączył do mnie kilka sekund później i zaczął mówić dalej.
- Naszą przemianę musi przeprowadzić ktoś doświadczony, gdyż w innym przypadku możemy umrzeć. Mnie zamieniła Grace, co ją bardzo osłabiło.
- Dlaczego?
- Używanie tak potężnych i silnych mocy jest naprawdę niebezpieczne. Podziwiam ją, że poświęciła mi swoje życie, by uczynić mnie nieśmiertelnym. Ja nie miałbym tyle odwagi, choć do tchórzliwych nie należę. To niesamowita kobieta, choć się nie lubimy.
- Mogła zginąć?
- Tak… To wysysa z nasz wszelkie siły jakie w sobie mamy i energię. Uczenie się takich rzeczy jest równie męczące, ale każdy łowca musi to przejść w trakcie szkolenia.
- Potrafisz coś wyczarować?
- Harrym Potterem to ja nie jest – Louis prychnął. – Kilka rzeczy potrafię zrobić, ale nie będę się tym chwalił.
- To kontynuuj – zachęciłam go.
- Łowcy są rasowymi zabójcami, ale to też wiesz. Ludzi chronimy, a odmieńców się pozbywamy.
 - To wasze motto? – strzeliłam z krzywym uśmiechem, który po chwili Louis odwzajemnił.
- Nie, ale natomiast przed bitwą się modlimy.
- Wierzycie w Boga?
- To nasz Pan i władca. Od dziecka kazano nam go wielbić i co wieczór musiałem odmawiać pacierz, ale teraz już tego nie robię.
- Czemu?
- Modlitwa jest dla cieniasów, takich jak Mike, bo on na świętoszka mi akurat wygląda – powiedział, a ja go ze śmiechem pacnęłam w ramię dłonią.
- A ty zawsze musisz być taki złośliwy, co?
- Co zrobisz, nic nie zrobisz – puścił mi oczko.
- Więc… U wampirów z modlitwą jest odwrotnie? Oni przecież wierzą w potępionych, tak? Bóg to zło, a piekło to niebo?
- Coś w stylu. I tak każdy z nas trafi do piekła, no chyba, że zahaczymy po drodze o czyściec.
- Opowiadaj dalej.
- Naprawdę Cię to tak interesuje? – pokiwałam głową, uśmiechając się lekko. – No dobrze… Na czym skończyłem?
- Na tym, że jesteście rasowymi zabójcami.
- No tak... Tak naprawdę tylko dlatego żyjemy. Dla zabijania i oczyszczenia ludzkości z dziwolągów. Chronimy śmiertelników, ratujemy takich jak Ty i tak w kółko. Nie wiem co ubzdurały sobie wampiry, ale my chcemy tylko, by na świecie było normalnie. To oni wyrządzają liczne szkody.
- Jak wyglądają początki łowców?
- Najpierw zapoznajemy go z szefem, a po pewnym czasie adaptacji zaczynamy go trenować, uczyć walki z wampirami i z tymi różnymi, a na końcu zostaje to najtrudniejsze.
- Czary.
- Tak, ale i nie każdy z nasz potrafi wyszkolić się w tej dziedzinie. Nieliczni mają taką zdolność, tak jak Gisel czy ja, ale przy niej jestem do niczego.
- A co jest po nauce czarów?
- Misje i bitwy, czyli to najprzyjemniejsze.
- Najprzyjemniejsze? - wykrztusiłam.
- Kiedyś to zrozumiesz. Na początku też miałem takie nastawienie do tego wszystkiego, ale zobaczysz, że życie łowcy nie jest takie złe. Czasem nawet mamy imprezy, te bardziej szalone po wygranych walkach.
- Nie chcę znać szczegółów - parsknęłam śmiechem. - A macie przynajmniej alkohol?
- Leje się litrami - Louis uśmiechnął się szeroko. - Ale zobaczysz to sama.
- Z pewnością.
- Chcesz coś jeszcze wiedzieć? Pytaj póki masz czas, bo potem zacznie się szkolenie.
- Każdy musi przejść przemianę?
- Bez wyjątku - potwierdził. - Nigdy nie widziałem śmiertelnego łowcy.
- A jak to będzie w moim przypadku, gdy jestem mieszańcem?
- Nie wiem - wzruszył ramionami. - Ale się dowiem, bo trzeba zamienić Cię najlepiej za kilka dni, choć pewnie się to przedłuży.
- Ale to chyba nie boli tak bardzo, jak mówiłeś mi to wcześniej?
- Zależy od człowieka, ale przy Tobie spodziewałbym się tego najgorszego.
- Podniosłeś mnie na duchu, nie powiem... - jęknęłam.
- A co chciałabyś usłyszeć? Że wszystko będzie dobrze i potrzymam Cię za rączkę?
- To już wolę to pierwsze.
- Brawo – zaśmiał się.
- Ile trwa wyszkalanie łowcy?
- Kilka dni. To krótki proces. Nim się obejrzysz, będziesz się uczyła czarów.
- A kto mnie będzie szkolił?
- Mogę ja, ale i tak będę wymagający, a z magią zapozna Cię z kolei nasz szef.
- Dlaczego Grace nazywacie swoim szefem?
- Bo… sam nie wiem – szatyn wzruszył ramionami. – Jest najstarsza z nas wszystkich i najbardziej doświadczona. Zresztą… ja jej nie nazywam swoim szefem, nie chcę zniżać do tego poziomu – parsknęłam śmiechem.
- Louis… - chłopak spojrzał się na mnie pytająco. – Jeśli na przykład, chciałabym zostać stu procentową łowczynią… Co się stanie z moim wewnętrznym wampirem?
- Chcesz to naprawdę usłyszeć? – odparł grobowym tonem.
- Chyba to zniosę – odparłam obojętnie.
- Aby stać się prawdziwym łowcą z krwi i kości… musiałbym zabić Twojego wewnętrznego wampira, czyli i w tym połowę Ciebie.
- C… Co?

- Będę musiał Cię zabić, Lily, abyś była jedną z nas. 


***********************

Bum! Kto się spodziewał takiego zakończenia? :D Podoba się wam? :D Uprzedzam was... To dopiero początek wrażeń xd Najlepsze rozdziały jeszcze są przed nami :D 

Teraz krótkie info co do komentarzy :D 

Kochani, nie wiem czy to kwestia wakacji, które jeszcze trwają, czy po prostu te opowiadanie jest słabe i nie mieści się w waszych wytycznych :P Miałam nadzieję, że taka wersja Louisa się wam spodoba i podpadnie do gustu, ale chyba najwyraźniej się pomyliłam i nie znam się na tym xD Zastanawiam się nad tymczasowym zawieszeniem bloga, ale jeszcze nic nie jest pewne... Póki co jestem trochę zawiedziona ilością komentarzy, bo myślałam, że blog musi się rozkręcić, ale... już nic nie wiem, serio. Kochani, komentujcie, o to was tylko proszę, bo to dla mnie dużo znaczy. Jeśli ktoś czytał Angry mojego autorstwa, to będzie wiedział, dlaczego tak bardzo proszę was o komentowanie ;)


16 komentarzy
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Nowy rozdział!! :* <3 

Komentujcie <3

K.


sobota, 9 sierpnia 2014

Ten.

Louis zacisnął zęby i z warknięciem odwrócił się w stronę tajemniczego, obejrzał go z pogardą i zamachnąwszy się nożem, wbił mu go pierw w brzuch, na co chłopak wrzasnął i padł na kolana, a następnie Lou poderżnął mu gardło.
Mój paniczny krzyk wydarł się z moich ust.

Muzyka ucichła. Wokół mnie nastała głucha cisza i czułam na sobie każdy wzrok imprezowicza w tym klubie. Nie zwracałam na to uwagi. Widziałam jedynie Louisa, który z niedowierzaniem i ze złością patrzył w moją stronę. Stojący za nim Ava i Zayn wytrzeszczyli na mnie oczy, a ich usta były wykrzywione w literze „ o „ .
- Lily, co się stało?! – znikąd pojawił się u mojego boku Mike, potrząsając lekko za ramiona. – Lily!?
- Nie widziałeś?! – zapytałam go nerwowo, patrząc to na niego, to na Louisa. Na podłodze wśród białego dymu wił się tajemniczy chłopak i umierał w męczarniach.
- Co, Lily? O czym ty mówisz!?

On naprawdę nic nie widział. Nikt nic nie widział, tylko ja. Czemu to wydawało mi się cholernie dziwne? 

Czy ja byłam wariatką?!

***
- Lily, co się tam z Tobą stało? Co ty widziałaś? – dopytywał się mnie Mike, gdy opuściliśmy klub, a raczej ja z niego wybiegłam.
- Serio nic nie widziałeś?! – odparłam nerwowo, szukając wzrokiem taksówki, która powoli nadjeżdżała.
- Może to przez ten gaz halucynogenny? On powoduje różne przewidzenia i… – powiedział, a ja pokręciłam głową.
- Nie mówmy o tym, wracajmy do akademiku!
- Ale Lily…
- Nie, Mike, powiedziałam coś – przerwałam mu ostro i wsiadłam do taksówki, która podjechała pod klub.
Marzyłam tylko o tym by znaleźć się w swoim pokoju i pójść od razu spać, by uniknąć konfrontacji z Avą, lub co gorsza : z Louisem.

***
Tak jak planowałam, od razu po przybyciu do pokoju akademickiego, wzięłam szybki prysznic i przebrawszy się w piżamę położyłam się do łóżka i zasnęłam. Jednak… czułam, że coś było nie tak. Jakbym była tylko ciałem, a dusza we mnie daleko stąd.

Rano wstałam wcześniej. Była niedziela i myślałam, że przynajmniej tego dnia odeśpię sobie stracone godziny. Po ocuceniu się, zdałam sobie sprawę, że łóżko Avy nie było nawet ruszone. Jedyne co się w pokoju zmieniło to to, że nie było jej bagażu.

- Jednak się wyprowadziła – wyszeptałam z trudem, czując suchość w gardle. Znowu byłam głodna, a to nie dobrze. Miałam ochotę na krew, a nie wiedziałam skąd ją wziąć. Wygramoliłam się spod kołdry i wstałam, podchodząc do okna, otwierając je na oścież. Od razu zaatakowało mnie świeże powietrze i zapach… czegoś kuszącego i smacznego. 

Odetchnęłam głęboko i poszłam do łazienki, opierając się rękoma o umywalkę. Pod moimi oczami widniały znajome mi sinofioletowe cienie z żyłami, a spod moich ust wystawały białe kły. Mój oddech przyśpieszył i naprawdę pragnęłam posmakować krwi człowieka. Charknęłam głośno i wpadłam na pomysł. Może był i głupi, ale mógł mi pomóc jakoś przetrwać.

***
- Przepraszam Panią, wie Pani gdzie jest bank krwi? – zapytałam starszą kobietę, gdy zaledwie piętnaście minut później opuściłam swój pokój i wyszłam z akademika w poszukiwaniu stacji krwiodactwa. Jeśli w tym mieście były wampiry, bank krwi również musiał w nim być. Innej opcji nie było.
- Wiesz gdzie jest DeathGroov, słoneczko? – zapytała mnie starsza Pani cicho. Wkurzało mnie to i co raz bardziej odczuwałam głód. Do głowy przyszedł mi kolejny pomysł, który mógł być kijowy i pewnie miał taki być.
- Tak – uśmiechnęłam się grzecznie, by mi zaufała.
Zaufanie to podstawa, prawda? Szczególnie u starszych ludzi, bo są cholernie podejrzliwi.
- To słońce, wystarczy skręcić w pustą alejkę i jesteś na miejscu.
- A może zaprowadziła by mnie tam Pani? Jestem nowa w mieście i jeszcze nie jestem obeznana w terenie - powiedziałam, zgrywając głupią.
- Mam chwilkę wolnego czasu... w porządku, pójdę tam z tobą - staruszka uśmiechnęła się lekko.

Gdyby wiedziała, jakie miałam prawdziwe zamiary, nie byłaby taka uradowana,  że sama się wpędza do grobu.

Nie chciałam jej krzywdzić,  ale moja dzika natura mnie do tego zmuszała u potrzebowałam krwi, i to natychmiast. Na pomoc Louisa nie miałam co liczyć, zwłaszcza po tym, co wczoraj zobaczyłam w klubie. Louis był mordercą, a mnie pouczał, że nie mam zabijać? Palant.

- Po co kochanie wybierasz się do krwiodactwa? - spytała kobieta, patrząc na mnie z zainteresowaniem.
Cholera, o tym nie pomyślałam.
- Idę, by... oddać krew - odparłam po chwili zastanowienia. Piątka, Lily!
- Oddać krew? To takie szlachetne! - stwierdziła z uznaniem.
- Od zawsze kochałam pomagać innym, mama mnie tego nauczyła i tak mi to zostało - kłamałam dalej, choć tego nie lubiłam. Ta kobieta była naprawdę sympatyczna. Aż żal było mi jej zabijać.
Rozejrzałam się wokół siebie i na moje szczęście nikogo nie było. Mogłam działać szybko i bez świadków. 
- Jak się Pani nazywa? - zapytałam, zatrzymując się na środku chodnika i wbiłam w nią swój wygłodniały wzrok.
- Deborah - odparła, a chwilę później jej oczy się rozszerzyły ze strachu. - Dziecko, Twoje oczy...
- Mam nadzieję, że wybaczy Pani mi mój czyn, ale... jestem koszmarnie głodna - odparłam, charcząc na końcu zdania i rzuciłam się na kobietę, wbijając w nią swoje kły i wysysałam łapczywie z niej krew, zaspokajając swoje potrzeby. Kobieta wiła się pode mną przez dobrą chwilę, lecz potem jej ciało osłabło i w końcu przestała się ruszać. Jęczałam z radości, czując jak jej ciepła krew spływała wzdłuż mojego podrażnionego gardła.

Gdy napoiłam się do samego końca, oderwałam się od żyły kobiety i biorąc ją na ręce ( tu muszę przyznać, że zaskoczyła mnie ta siła, którą posiadałam w sobie w tamtej chwili ) i zaniosłam ją w miejsce, które znalazłam podczas drogi : opuszczony dom, który był mocno spalony, a obok niego stała ledwo trzymająca się na ziemi niewielka szopa. Szybko do niej weszłam i rzuciłam kobietę na ziemię. Widok jej takiej leżącej i... martwej, rozrywało mi serce
.
- Przepraszam - wyszeptałam drżącym głosem i w wampirzym tempie znikłam stamtąd, biegnąc do akademiku.

***
- Lily, żyjesz? - po południu wpadł do mnie Mike z hamburgerem, frytkami i kawą dla mnie. To było miłe, że po tym, jak wczoraj go w drodze powrotnej kompletnie olałam, przyszedł do mnie, by coś zjeść. Uroczy gest z jego strony.
- Ledwo, ale żyję - odparłam cicho, wierzgając się pod kołdrą, aby zrobić mu trochę miejsca na moim łóżku. Mike usiadł na nim i podał mi papierową torbę z jedzeniem. Owszem, miałam ogromne wyrzuty sumienia przez to, co zrobiłam tego dnia rano i nie mogłam uwierzyć, że straciłam nad sobą kontrolę i nie opanowałam swojego cholernego pragnienia. Lecz z drugiej strony, jak miałam sobie z tym poradzić, gdy byłam cholernym wampirem i nikt nie pomagał mi w nie zabijaniu ludzi?
- Nie wyglądasz zbyt dobrze - stwierdził Mike, jedząc swojego burgera, dokładnie go przeżuwając.
- Bo i tak się czuję - jęknęłam zdesperowana, a na język cisnęło mi się wytłumaczenie mojego podenerwowanego stanu - Nie wypiłam grama alkoholu, a czuję się tak, jakby ktoś mnie porządnie spił - mówiąc to, niezgrabnie wygrzebałam się z łóżka i podeszłam do otwartego na oścież okna.
- Wczoraj bardzo dziwnie się zachowywałaś, wiesz? Chwilami mnie przerażałaś - powiedział szatyn, obserwując mnie. Dlaczego to ciągle robił? Przecież nie zamierzałam kurwa wyskoczyć okna jak jakaś psychopatka! - Widziałaś rzeczy, których nikt inny nie widział... to było... dziwne - odparł z ociąganiem.
- Też nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi - wzruszyłam ramionami i wyjrzałam od niechcenia przez okno.

Na widok tego, co zobaczyłam, zmiękły mi kolana i to w dosłownym w tym sensie słowa znaczeniu.

Na trawniku przez akademikiem stał Louis we własnej osobie w tym samym stroju, co miał na sobie dzień wcześniej, nawet spod jego kurtki zauważyłam coś błyszczącego i ostrego. Louis przyszedł do mnie, a raczej po mnie, widząc jego poważną minę i napiętą szczękę. Bo na pewno nie zjawił się tu, aby porozmawiać ze mną o nowym menu w DeathGroov.
- Nie wierzę... - wyszeptałam do siebie, lecz powiedziałam to na tyle głośno, aby usłyszał to Mike.
- Co się stało? - zapytał mnie wstając i stanął u mojego boku. Nic mu nie odpowiedziałam, tylko ciągle patrzyłam się na jego stężałą twarz. Mike zdezorientowany wyjrzał przez okno. - Na kogo się tak patrzysz?
- Zaraz wrócę - mruknęłam do niego, zabrałam swoją bluzę z szafki i wybiegłam z pokoju, kierując się do wyjścia z akademiku. Louis zaskoczył mnie tym, że czekał już na schodach na piętrze. Gdy mnie zobaczył, jego ręka wystrzeliła w moją stronę i mocno chwyciła za nadgarstek, niemal mi go miażdżąc, i nas oboje zamknął w schowku na miotły. Od razu przypomniałam sobie dzień, w którym zaatakowała mnie Rosalie i Louis zamknął ją w identycznym schowku, tyle, że w uniwersytecie.
- Kto by pomyślał, że taka grzeczna dziewczynka jak ty zjawi się klubie dla gotów - stwierdził Louis niskim tonem, patrząc na mnie wrogo. Nigdy tak mnie nie traktował i to było dla mnie nowością.
- Dlaczego widziałam was tylko ja i nikt więcej? - zadałam mu pytanie, próbując nie drżeć ze strachu przez jego obecność.
- Od początku wiedziałem, że nie jesteś Przyziemną, Lily Anderson - odparł poważnie, chwytając moją lewą rękę, odzianą w bluzkę na dług rękaw i podwinął materiał do łokcia. - Od kiedy zobaczyłem to znamię wiedziałem, że jesteś inna, niż wszyscy inni.
- O czym ty pieprzysz, Tomlinson? - zbił mnie z pantałyku. Czułam się zagubiona tą ciągłą niewiedzą.
- Czy ten Twój Mike nic nie mówił Ci na temat wampirów i tych, co ich załatwiają? O tych zajebistych nocnych łowcach? - Lou spojrzał na mnie lekko rozbawiony i poirytowany. Czy ten chłopak kiedykolwiek zachowywał się normalnie?
- No i co moja sytuacja ma do tego?
- Tylko nocni łowcy widzą nocnych łowców, gdy są pod zasłoną i ludzie nie mogą nas zobaczyć - wyjaśnił mi po krótce. Ja nadal nie rozumiałam i Louis to zauważył. - Boże, dziewczyno, nie kminisz tych wszystkich faktów?
Wtedy zdałam sobie sprawę. To o tym mówił mi Mike wczoraj w parku.

- No Nocni Łowcy, nie słyszałaś? – pokręciłam przecząco głową z głupim uśmiechem. – Nocni Łowcy, Ci co mają w żyłach krew Zeusa? – ponownie zaprzeczyłam. – Oni są jedynymi ludźmi, którzy mogą pokonać wampiry i inne stworzenia pozaziemskie.
- Są tu takie?
- Niby tak, ale ich nigdy nie widziałem – wzruszył ramionami i powrócił do tematu. – W Nocnych Łowcach najdziwniejsze jest to, że Przyziemni, czyli my, ich nie widzą.
- To tak jakby niewidzialność?
- Dokładnie. Legenda głosi, że gdzieś w tym mieście mają swoją siedzibę, ale nikt jej nigdy nie widział. Łowcy polują na wampiry szczególnie w nocy, nie chcą, aby zostali przyłapani przez ludzi na tym, co robią.
- Ale mówiłeś, że ludzie nie widzą nocnych łowców – odparłam, patrząc na niego pytająco.
- No tak, ale za pewno w nocy tak jakby wracają do świata widzialnych i załatwiają wampiry.

- O mój Boże... - wydukałam, patrząc otępiała na Louisa. - Ty... ty... nim jesteś... Jesteś nocnym łowcą... i ja... nim jestem... Boże, to nie może być prawdą...
- Ale jednak. Jesteś mieszańcem pieprzonego wampa i nocnego łowcy, choć nazywają nas aniołami.
- Aniołami?! - prychnęłam lekceważąco. - Zabiłeś wczoraj człowieka!
- To nie był człowiek, Lily... To był potępiony i zagrażał nam. Klub dla gotów wydawał się nam idealnym miejscem do załatwienia jego parszywej gęby... ale kto się spodziewał, że spotkamy tam akurat Ciebie? Jakim cudem w ogóle się tam znalazłaś, Lily? Mówiłem Ci, żebyś nie wychodziła po zmroku, bo może Ci grozić ogromne niebezpieczeństwo!
- Od kiedy o tym wiesz? - warknęłam, przypierając go do ściany. Byłam ostro na niego wkurzona, a bliskość naszych ciał nie pomagała mi w tym. Byłam na niego mocno wkurwiona i miałam ochotę oderwać mu głowę.
- O czym?
- Że jestem jakimś pojebanym mieszańcem. Wampir i anioł w jednym... to absurd - parsknęłam.
- Lily uspokój się, tracisz kontrolę… - Louis mówił spokojnie i z opanowaniem.
- Gówno mnie to obchodzi! Przez to cholerne pragnienie zabiłam niczemu winną kobietę, Louis! – palnęłam, a on zbladł.
- Co. Zrobiłaś? – zapytał, wymawiając każde słowo dobitnie i ostro.
- Spokojnie, to była stara kobieta, a ja byłam naprawdę spragniona Louis… Cholernie mocno potrzebowałam krwi – powiedziałam i znienacka po moich policzkach pociekły łzy. – Nigdy nie wierzyłam, że to powiem, ale pomóż mi… Nie chcę zabijać ludzi, bo tak mój wewnętrzny wampir tego chcę… Ja już nie mogę tak żyć…
- Cśśś… Spokojnie – Louis przyciągnął mnie do siebie i delikatnie przytulił, głaszcząc dłonią dolną część moich pleców. Zły Louis znikł, pojawił się ten spokojny i normalny. – Wszystko będzie dobrze, pomogę Ci. Pamiętasz, obiecałem Ci to kilka dni temu.
- Nie będę zabijać ludzi? – spytałam go z nadzieją, patrząc w jego piękne oczy. Intensywność ich koloru powalała mnie.
- Nie, nauczę Cię tego. Jestem nocnym łowcą Lily i jako on będę Cię chronił, narażając własne życie – rzekł, a jego twarz znalazła się bardzo blisko mojej. Mój oddech w jednej chwili przyśpieszył. – I przy okazji rozgryzę ten owoc zakazany – uśmiechnęłam się lekko.
- Dziękuję Ci, Louis. Tak chamsko Cię potraktowałam, a ty nadal chcesz mi pomagać. Tego nie rozumiem – odparłam z mętlikiem w głowie.
- Ponieważ Cię lubię, Anderson i chętnie wprowadzę Cię w świat nocnych łowców.
- Opowiesz mi o tym wszystkim, tym razem bez tajemnic?
- Tak – pokiwał głową.
- Obiecujesz? – upewniłam się.
- Obiecuję, a teraz musisz gdzieś ze mną iść – powiedział.
- Pewnie masz na myśli tą sławną przeprowadzkę do was, prawda?
- Wiesz, że to jest konieczne, Lily. Musisz być z nami w jednym budynku, abyśmy się mogli Tobą zajmować…
- W porządku – przerwałam mu.
- Co?
- Ufam Ci Lou. Wierzę, że chcesz dla mnie dobrze – odparłam, rumieniąc się delikatnie. Ale… dlaczego?
- Miło mi jest to w końcu usłyszeć od Ciebie – mruknął, parskając śmiechem. – A teraz chodźmy wygonić Mike’a.
- O nie nie, ja idę, ty zostajesz. Podejrzewam coś, że nie będzie zachwycony na Twój widok – szepnęłam, odsuwając się od niego.
- I tak mnie nie zobaczy, zapomniałaś? – podniósł swoje brwi pytająco do góry.
- No tak, udajmy, że zapomniałam – prychnęłam i wyszłam ze schowka, rozglądając się czy nikogo nie było. Na szczęście jakaś grupka ludzi wychodziła z akademika, zatrzaskując za sobą drzwi. Odetchnąwszy z ulgą z Louisem u boku, poszliśmy do mojego pokoju, gdzie o dziwo Mike’a nie było. – Gdzie on polazł?
- Czyżby obraził się, że go zostawiłaś? – Louis posłał mi krzywy uśmiech. Walnęłam go w ramię i zauważyłam na swojej kołdrze małą karteczkę, zapełnioną niechlujnym pismem. Wzięłam ją do swoich dłoni i odczytałam treść szeptem.
- Musiałem wyjść, dostałem pilny telefon, zobaczymy się na zajęciach…
- Przynajmniej mamy jeden problem z głowy – Louis westchnął i położył się na łóżku, które kiedyś zajmowała Ava. – Jezu, czuć, że spała tu Ava. Za dużo waniliowych perfum i lakieru do włosów – Louis odkaszlnął i wstał. Ja natomiast wszystkie swoje rzeczy spakowałam do walizki, a książki i zeszyty do swojej torby. – Gotowa? – pokiwałam głową. Louis zabrał ode mnie walizkę i opuściliśmy pomieszczenie i moje złe wspomnienia.


Od teraz miałam zacząć wszystko z czystą kartą.





********************

No kto się tego wszystkiego spodziewał? :D Nasza Lily może wpaść w ogromne kłopoty, czyż nie? :P A Louis... zostaje Louisem :D xD

Kochani, według ankiety najbardziej lubianą przez was parą zostali Lily i Louis, mogłam się tego spodziewać :D O dziwo drugie miejsce zajęli Ava z Zaynem, a ostatnie Lily z Mikiem :D Dziękuję za oddane głosy :)

Następny rozdział w poniedziałek :D 



16 komentarzy
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Nowy rozdział!! :* <3

Komentujcie <3

K.

czwartek, 7 sierpnia 2014

Nine.

Sobota? To był już weekend?

Te wszystkie wydarzenia odebrały mi rachubę czasu i kompletnie zapomniałam o tej imprezie, tylko nie chciałam tego pokazać przy Mike’u. Tak czy inaczej, w końcu mogłam zapomnieć o Louisie, wampirach, demonach i jakiś tam Nocnych Łowcach.

Ale póki co dopiero była trzynasta i strasznie się nudziłam. Mogłam poprosić Mike’a, aby nie szedł na ten parszywy angielski, ale wpadłam na to dopiero wtedy, gdy chłopak już wchodził do szkoły i uśmiechnął się do mnie uroczo na pożegnanie. Lubiłam Mike’a. Mimo tego, co mówił Louis, nadal uważałam, że chłopak z lokami był zabawny i miły, ale bałam się, że po odkryciu prawdy nasze relacje zniszczą się i rozpadnie się na milion kawałków. Mieć takiego przyjaciela jak Mike to cud. Czułam, że to nie będzie zwykła znajomość, kończąca się na dwóch naszych spotkaniach. Mike był dużym przeciwieństwem Louisa. Louis był prostakiem, chamem i chwilami kompletnym dupkiem.

Cholera, po jakiego ja porównywałam Mike’a i Louisa, jeśli ich obu nie znałam zbyt dobrze?

Chujowa sprawa.

- Lily! – w oddali zauważyłam Avę, która wychodziła z akademika i kierowała się w moją stronę szybkim krokiem. Po jej minie widziałam, że coś ja trapiło.
- Co jest, Ava? – zapytałam ją udając, że nic nie zauważyłam.
- Czy Ciebie Louis też się pytał o przeprowadzkę do niego i reszty chłopaków? – odpowiedziała pytaniem, uważnie na mnie patrząc.
- Pytał – pokiwałam głową, wstając z ławki.
- I co o tym myślisz?
- Odmówiłam mu – odparłam nijako, wzruszając obojętnie ramionami.
- Nie chcesz z nimi mieszkać? – zdziwiła się.
- Nie, z obcymi chłopakami?
- Wolałabym to, niż spać w akademiku, w którym w każdej chwili mogą mnie zabić podczas snu – rzekła, zakładając ręce na piersiach. Strój dziewczyny był dziś wyjątkowo skromny, jak na nią. Miała na sobie wyrwane na całych nogach czerwone spodnie, wysokie czarne wojskowe buty i gorset wiązany z przodu w tym samym kolorze co obuwie. Jej włosy były rozpuszczone i wyprostowane, ale wplątane w nie były kolorowe pasma doczepek. Makijaż… pozostał jednak mocno gotycki. - Wiem o co chcesz zapytać Ava i mówię nie. Jak chcesz, możesz się do nich przeprowadzić, a ja zostanę tu.
- Serio, mieszkanie z piątką ciasteczek nie zachęca Cię?
- Raczej z czwórką – poprawiłam ją, a na jej twarzy zauważyłam lekki rumieniec. – Widziałam Cię wczoraj rano z Zaynem… Wyglądaliście naprawdę słodko.
- Wiem, bo to jest właśnie Zayn. On cały jest słodki i uroczy i w ogóle jest wspaniały – Ava się uśmiechnęła.
- Dlaczego nie chcecie być razem?
- Kto tak powiedział? – Ava poruszała zabawnie brwiami, na co parsknęłam śmiechem.
- Zayn pasuje do Ciebie, bo oboje nie wyglądacie mi na grzecznych i grzesznych.
- Masz rację – tym razem Ava się zaśmiała. – Ej, ty odwracasz moją uwagę! – pisnęła, w końcu sobie to uświadamiając.
- Szybka jesteś, brawo – prychnęłam.
- Nie namówię Cię na przeprowadzkę, prawda? – pokręciłam głową. – No proszę Cię, Lily! Zrób to dla mnie!
- Nie, Ava. Może gdybym nie była tym, kim jestem, to inaczej by to wszystko wyglądało…
- Tym bardziej cała paczka powinna się trzymać razem. Pomożemy Ci to przetrwać i…
- Nie, Ava – uśmiechnęłam się smutno. – Wolę żyć w samotności i być skupiona na nauce, z tego powodu na przykład tu przyjechałam, prawda?
- Shalley zrozumie, dlaczego nie chodzisz na zajęcia… Zresztą, uwielbia Cię kobieta i nawija na okrągło o Tobie.
- Wiesz, jestem wampirem, nie trudno o mnie nie gadać, gdy jestem tą pieprzoną nowonarodzoną, czy jak to tam się zwie. Poza tym : sama sobie poradzę, Ava i nie potrzebuję niczyjej pomocy, szczególnie…
- Louisa, tak? – podniosła zagadkowo brew z szelmowskim uśmiechem. – Myślisz, że nie widzę, jak na siebie oboje działacie?
- Mam go gdzieś, zresztą on mnie też. Wczoraj go o tym uświadomiłam i kazałam nie wchodzić mu mi w drogę.
- Dziewczyno, ty masz w ogóle serce, że odrzucasz zaloty samego Louisa Tomlinsona?! – pisnęła, udając wzburzoną.
- A kim on jest do cholery, że mam go od razu lubić? Zachowuje się jak zwykły prostak, który mógłby mieć każdą dziewczynę.
- Nigdy taki nie był, dziewczyny same do niego legną, ale on ma je szczerze w dupie – powiedziała Ava, próbując nadal mnie przekonać.
- Wniosek jest taki, że Louis nawet nie wiedząc o tym, jest maszyną do wyrywania lasek, czy tego by chciał, czy nie. I powiem Ci jeszcze raz : nigdzie się stąd nie ruszam – po wyrażeniu swojej opinii, odwróciłam się na pięcie i udałam do akademika, gdzie spędziłam resztę godzin, które dzieliły mnie od mojej feralnej imprezy.

***
- Co. To. Jest? – zapytałam Mike’a, gdy przekroczyliśmy próg nieznanego dla mnie lokalu. Panowała w nim kompletna cisza, a naprzeciwko nas stała niewielka scena, gdzie znajdował się jakiś ciapowaty chłopak, recytujący wiersze. – Wieczór poetycki, serio? Klub ze striptizem byłby lepszy, niż to.
- Dają tu dobrą kawę, a on – wskazał na recytatora. – Jest dodatkiem, którego sam nie znoszę.
- Dobrze wiedzieć – odparłam, patrząc na to wszystko kompletnie zbita z tropu.
- Idź zajmij dla nas miejsca, ja idę zamówić coś dla nas.
- Okay – pokiwałam głową i ruszyłam w głąb salki, w poszukiwaniu jakiś przyzwoitych miejsc. Ludzi nie było tu wielu, ale ze względu na wielkość lokalu, która nie powalała na kolana, prawie wszystkie fotele były zajęte przez dorosłych szczególnie. Takich jak ja i Mike było tu nie wielu. – Po prostu super – jęknęłam pod nosem i poprawiając rękawy swojej kremowej kurtki wzrokiem odszukałam wolny stolik. Prawie, że na palcach pokonałam połowę lokalu i usiadłam na jednym z foteli, które o dziwo, okazały się dość wygodne. Rozsiadłam się na nim wygodnie i czekałam, aż ten koszmar się skończy.
- Proszę, księżniczko – znikąd pojawił się Mike, stawiając na stoliku moją kawę, a swoją trzymał w drugiej dłoni.
- Dzięki – uśmiechnęłam się lekko i również wzięłam swoją kawę do rąk i zaczęłam powoli ją sączyć. – Mm, przynajmniej jeden pożytek z tego miejsca… Dobra kawa.
- Mówiłem – Mike zajął miejsce w drugim fotelu, tuż obok mojego i spróbował się skupić na chłopaku, który pierdolił bez ładu i składu. Raz pieprzył o miłości, potem o uchu.
- Nie przeżyję tego – westchnęłam zrezygnowana. – Co ma miłość do ucha?
- Sam nie wiem, ale przynajmniej teraz wiem, jak łatwo zasnąć – Mike ziewnął cicho i skulił się w fotelu.
- Jak długo mamy tu siedzieć do przyjazdu taksówki?
- Czterdzieści minut – odparł Mike, spoglądając na mnie.
- Och, Boże… - stęknęłam, na co parsknął śmiechem.
- Dasz radę. Wolałbym wieczór poetycki, niż chodzenie teraz po mieście z obawą, że ktoś mnie dziabnie w żyłę – stwierdził szeptem. No tak… wampiry wciąż pozostawały tajemnicą, jak mogłam o tym zapomnieć?
- Racja – zgodziłam się z nim. Przez następne dwadzieścia minut zamieniliśmy ze sobą kilka słów, czekając aż ta cholerna taksówka w końcu się zjawi. To wszystko ciągnęło się w nieskończoność, co mnie bardziej męczyło, niż pytanie Figinns mnie na historii.
- Cholera, ja też już nie mogę tego słuchać, chcesz jeszcze jedną kawę? – zapytał mnie Mike, nie wytrzymując tej nudy. Co za cienias.
- Z chęcią – pokiwałam głową. Mike wstał i pomaszerował z naszymi kubkami do barku, który stał niedaleko naszego stolika. Spoglądnęłam w jego stronę i od razu w moje oczy rzuciła się dziewczyna, która patrzyła na chłopaka z maślanymi oczami i tępym uśmiechem. Mike powiedział jej ciche cześć, patrząc na nią na kilka sekund, potem odwrócił wzrok na scenę, a ona wciąż nie spuszczała z niego wzroku. Zaśmiałam się, siadając prosto i czekając, aż Mike wróci. Z nudów, które mnie ogarniały, wyjęłam sobie notatnik ze swojej torby i zaczęłam bazgrać jakieś rysunki na jego pierwszej stronie. Nigdy nie byłam za specjalnie uzdolniona plastycznie, ale lubiłam to robić. Za pewne kilka kursów z rysunku i byłabym mistrzem w tej dziedzinie. Bo póki co umiałam narysować patyczaka ze zbyt dużo za dużą głową.
- Jesteś tak zdesperowana, żeby rysować? – usłyszałam nad sobą pytanie Mike’a.
- Zapomniałam wziąć ze sobą telefonu – odparłam, nawet nie zerkając na niego, tylko skupiłam się na malowaniu jakiś kresek. Może potraktowałam go chamsko, ale jakimś cudem nie mogłam oderwać się od wykonywanej czynności.
- Czyli jednak jesteś zdesperowana – stwierdził, zajmując miejsce w fotelu i przyglądał się mi. – Co malujesz?
- Nie wiem nawet – przyznałam, wzruszając ramionami. – Tak jakoś mnie natchnęło.
- Ten Twój długopis jest jakiś niewidzialny, dla agentów FBI czy coś?
- Dlaczego niby? – spojrzałam na niego zbita z pantałyku.
- Bo nic na tej kartce nie widzę – powiedział, zerkając na mój zeszyt. Zrobiłam to samo. Ja jednak coś tam widziałam. Był to jakiś znak, który bardzo kojarzyłam, lecz nie wiedziałam skąd. Przyjrzałam się mu bardziej i zdałam sobie sprawę, że to była moja blizna z dzieciństwa na nadgarstku. Popatrzyłam i na nią, potem z powrotem na rysunek. Wyglądały identycznie. – Ziemia do Lily!
- Hm? – potrząsnęłam głową i przeniosłam swój wzrok na chłopaka.
- Coś się stało? Jakoś zbladłaś…
- Nie, nic mi nie jest – uśmiechnęłam się lekko na dowód, że nic mi nie dolega. – Jednak długopis mi się skończył i tego nie zauważyłam, mój błąd – zachichotałam głupio, okłamując go. Nie lubiłam tego robić, ale w tej chwili byłam do tego zmuszona, bo do cholery nie wiedziałam, co się ze mną działo. – Może wypijmy szybko kawę i idźmy na taksówkę? Chyba nie zostało wiele czasu do jej przyjazdu – zmieniłam temat widząc, że chciał go dalej drążyć. Mike tylko pokiwał głową i skupił swoje spojrzenie na scenie.

Na szczęście.

***
- Ten klub… wow – zdołałam z siebie tylko tyle wykrztusić, bo nic innego w stanie nie byłam. Klub „Frenzy” był chyba najbardziej zadbanym i odjechanym budynkiem w całym mieście, jak na klub dla gotów i zapewne jako jedyny w tej dziurze. Ze środka dobiegała do mnie mocne techno, które chwilami krzywdziło moje delikatne bębenki. – Nie mówiłeś mi, że to jest takie…
- Zajebiste? Przepraszam, zapomniałem o tym wspomnieć – odparł Mike, śmiejąc się cicho. Swój wzrok przeniosłam na imprezowiczy. Przy nich wyglądałam cholernie nijako i nudno. Oni ubrani w ultra gotyckie ubrania z mnóstwem żelastwa i kolców, a ja w zwykłe rurki, biały luźny T-Shirt i kurtkę. Mike zresztą też niezbyt się wyróżniał, choć on wszystkie ubrania tego dnia miał w kolorze czarnym.

Nad naszymi głowami, a raczej nad głową ochroniarza widniał podłużny szyld o wyrazistych, jasnych kolorach, na którym pisało Frenzy, a „ y „ było zakończone ozdobnym zawijasem.
Jednak coś z tym szyldem było nie tak.

Nie minęła nawet chwila, a napis Frenzy znikł, a pojawił się na nim znak z mojego nadgarstka. Już po raz setny spojrzałam na swoją rękę i dokładnie zanalizowałam swoje znamię. Nie różniło się ono niczym nadzwyczajnym. Trochę przypominało mi ono gwiazdę żydowską, ale było to odrobinę za krzywe jak na gwiazdę, lecz jednak jakieś podobieństwo w tym było.
Raptownie poczułam jak ktoś mnie odpycha od Mike’a i toruje sobie drogę. Tą osobą okazał się być jak jakiś napakowany, wysoki byczek z czarnymi włosami na żelu. Niestety, nie widziałam jego twarzy, bo był odwrócony do mnie plecami.  

- Ej, uważaj! – powiedziałam z pogardą. Chłopak odwrócił się w moją stronę i spojrzał na mnie z niedowierzaniem… białymi oczami. Soczewki? Cholera, przerażał.

- Do kogo ty mówisz, Lily? – zapytał mnie Mike zakłopotany.
- Ehm… - chłopak, który stał przede mną, pokręcił przecząco głową. – Do nikogo, myślałam, że ktoś mnie popchnął, ale straciłam tylko równowagę.
- Już myślałem, że masz jakieś zwidy lub coś – zaśmiał się cicho, a ja tylko głupio uśmiechnęłam. Nie, wcale nie widzę jakiś dziwnych stworzeń, a on nie. – Możemy podejść do tego ochroniarza?
- Po co?
- Chcę zapytać co oznacza ten symbol na szyldzie – wskazałam na napis klubu i ruszyłam ku klubowi. Drogę pokonałam w niecałą minutę i nim spostrzegłam, stałam przy ochroniarzu. – Ehm, chciałam zapytać Pana co to za symbol jest na tym szyldzie. Wiem Pan może? – odezwałam się do niego, lekko zawstydzona. Ochroniarz był podobny do reszty klubowiczów : był niskim, niezbyt dobrze zbudowanym gotem i miał ogromnego, czerwonego irokeza na szczycie głowy.
Ochroniarz obejrzał się za siebie i spojrzał się na szyld.
- Jaki symbol? – spytał mnie niskim głosem.
- Właśnie, jaki symbol, Lily? – zadał mi to samo pytanie Mike, patrząc na szyld. W tym samym momencie tajemniczy chłopak, który mnie popchnął, zatrzymał się przy strażniku i stał przez kilka sekund nieruchomo, dopóki nie szepnął mu coś na ucho, a ochroniarz spojrzał się na mnie zaciekawiony i zszedł mi z drogi. Posłałam Mike’owi delikatny uśmiech i biorąc go za rękę, oczywiście nieświadomie, weszliśmy do klubu.

***
Mocne techno. Pełno tańczących gotów. Wiele alkoholu i narkotyków. Gazy halucynogenne. Masa dziwnych… ludzi, jeśli zasługują na takie miano.

To było Frenzy, a w Los Angeles takie kluby były rzadko spotykane.

Co ja pierdolę, nigdy takiego na oczy nie widziałam. 

Z trudem przedzierałam się z Mikiem przez tańczący tłum, by dotrzeć do baru. W między czasie próbowałam jakoś naśladować ruchy gotów, ale niezbyt mi to wychodziło, więc zostałam przy seksownym ruchu biodrem i szelmowskim uśmiechu.

Idiotko, to nie jest Funky Buddah, tylko dyskoteka dla gotów.

- Lily, chcesz drinka?! – krzyk Mike’a z trudem przedarł się przez głośną muzykę.
- Tak! – odkrzyknęłam, tańcząc tak, jak robiło się to w LA. Czułam się nawet dobrze. Przynajmniej nikt nie patrzył na mnie krzywo i z drwiną, wręcz przeciwnie : niektórzy goci zawieszali na mnie wzrok na kilka sekund, potem patrzyli już w inne miejsce. Ja natomiast próbowałam wypatrzeć wśród tym tłumie tajemniczego chłopaka, który tak bardzo mnie zaintrygował. Te jego oczy… przerażały, a jednocześnie hipnotyzowały mnie. Było coś w nich magnetycznego i przyciągającego. Z drugiej strony wiedziałam, że od takiego gościa powinnam się trzymać z daleka i nie potrzebnie się narażać, szczególnie gdy w każdej chwili mogłam kogoś zaatakować i pozbawić życia w ciągu dwóch sekund, a to już mogło się mniej spodobać Louisowi…

Dlaczego myślałam o nim w trakcie tak zajebistej imprezy? Czy on musiał mną tak bardzo manipulować? Palant.

W końcu go znalazłam. Tajemniczy chłopak siedział przy barze i… patrzył się na mnie, nawet nie mrugając. Wydawało mi się to bardzo dziwne, lecz ja udałam, że tego nie zauważyłam, odgarnęłam swoje włosy do tyłu na plecy i lekko się do niego uśmiechnęłam. On jednak chwilę później spoglądał na coś, co było za mną, a konkretnie nad moją głową. Również tam spojrzałam i nie mogłam dowierzyć własnym oczom.

Na piętrze stała Ava ubrana w czerwoną, obcisłą suknię do ziemi, włosy miała elegancko zaczesane na bok, bez żadnych sztucznych pasem kolorowych włosów, na rękach miała wiele złotych bransolet, a na jej twarzy prawie nie widziałam makijażu. Ona… wyglądała naturalnie, jak na dziewczynę przystało. Prawie nie poznałam mojej współlokatorki, ale gdyby nie ten jej typowy sztuczny i wymuszony uśmiech, nie zwróciłabym na ową dziewczynę uwagi.
Ava uśmiechnęła się do tajemniczego chłopaka zadziornie i delikatnie skinęła głową w prawą stronę, w głąb lokalu, gdzie i tam po sekundzie zniknęła. Tajemniczy odszedł od baru i zgrabnie wymijał każdą tańczącą osobę, włączając w to mnie. Moja ciekawość wzięła górę i ruszyłam za nim.

Moje pierwsze pytanie jakie nasunęło mi się na język było takie, dlaczego w ogóle Ava jest w klubie dla gotów? Owszem, na co dzień wyglądała jak got, ale zdecydowanie nie przypominała mi ona takiego, jacy byli w tym klubie!

W końcu chłopak podszedł do Avy i coś szepnął jej na ucho. Nie mogłam nic usłyszeć, to było najdziwniejsze. Myślałam, że wampiry miały wyostrzony słuch i zdołam wyłapać kilka słów z ich rozmowy. Drugą przeszkodzą była metalowa siatka, która oddzielała mnie od Sali dla VIP. Za pewne bez problemu mogłam ją rozerwać na strzępy, ale nie chciałam zwracać na siebie zbytniej uwagi.

Mimo wszystko oglądałam, co wyprawia Ava. Po tym co zobaczyłam myślałam, że jej uczucia wobec Zayna nie są szczere i prawdziwe. Ava kurczowo przytulała się do tajemniczego chłopaka, a on obsypywał jej białą szyję cnotliwymi pocałunkami i lekko obejmował ją w talii. Nie spodziewałabym się po nim takiej delikatności. Nie wyglądał na takiego, co traktuje kobietę z szacunkiem. Lecz mina Avy mówiła wszystko : nie chciała tego. Jej twarz wykrzywiała się w grymas, gdy tylko usta chłopaka dotykały jej ciała. Nie wiedziałam, czy mam jej pomóc, czy zawołać kogoś, aby wezwał policję, bo nadzwyczajnie w świecie bałam się o moją współlokatorkę. Wyglądała na twardą laskę, ale zdecydowanie nią nie była.
W pewnym momencie coś się zmieniło… Nie, nie ona, tylko jej bransoleta… Ona zaczęła się ruszać, albo to przez ten gaz halucynogenny miałam zwidy. Przetarłam oczy ze zdziwienia i obraz przede mną się nie zmienił. Bransoleta przemieniała się w srebrnego węża, który był co raz dłuższy i dłuższy, a zamiast pyska, miał ostrego kolca. W następnej minucie Ava mocno chwyciła chłopaka, odwracając go, a wąż sam owinął się wokół jego szyi, dusząc go. Zakryłam dłonią usta, nie wierząc w to co widzę. Na dodatek znikąd pojawił się u boku Avy Zayn i trzymał tajemniczego chłopaka mocno za ramiona, by mu się nie wyrywał, co za pewne było trudne dla mulata, bo tajemniczy był od niego z dwa razy większy. Rozejrzałam się po klubie, czy ktoś widzi to samo, co ja, ale każdy był zajęty sobą i shotami.

Lecz to nie było moje jedyne zaskoczenie tego wieczory, który na sto procent miał przejść do historii.

Trzecią i zarazem ostatnią osobą, którą najmniej się tu spodziewałam, był...

- Louis – wyszeptałam pod nosem.

Szatyn wyglądał inaczej, niż widziałam go zaledwie wczoraj. Po jego słodkiej i flirciarskiej minie nie było nawet śladu. Jego oczy biły nienawiścią, a usta były wykrzywione w groźnym grymasie. Lou ubrany był w obcisłe, czarne skórzane spodnie, ciężkie buty, obcisły ciemnoszary T-Shirt, a na ramiona miał zarzuconą skórzaną kurtkę z kapturem na jego włosach, a na dłoniach miał rękawiczki bez palców, w których trzymał…

Nóż. Ogromniasty nóż, podobny do tych z rodziny Serafickich.

Louis zacisnął zęby i z warknięciem odwrócił się w stronę tajemniczego, obejrzał go z pogardą i zamachnąwszy się nożem, wbił mu go pierw w brzuch, na co chłopak wrzasnął i padł na kolana, a następnie Lou poderżnął mu gardło.


Mój paniczny krzyk wykradł się z moich ust.




**************************

Ba dum, tsy... Kto się tego spodziewał? :D Pewnie wszyscy Ci, co oglądali Dary Anioła :D XD

Kochani, odbiegnę od tematu? Mamy tu jakiś fanów książki 50 twarzy Greya? :D Bo ja ostatnio przeczytałam całą trylogię w dwa dni i.... o cholera, to było mocne :D 

I kogo moi kochani widzicie w roli Mike'a? Bo ja szczerze po raz pierwszy mam pustkę przy nim :D Dawajcie swoje pomysły w komentarzach :D

Następny rozdział w sobotę! :D Jeśli będą komentarze, a tak na pewno będzie :D


15 komentarzy
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Nowy rozdział!! :* <3

Komentujcie <3

K.