wtorek, 5 sierpnia 2014

Eight.

Ten rozdział dedykuję mojej Gawlickiej, bez której moja motywacja spadła by do zera i że dzięki niej mogę często się pośmiać! Ona już wie dlaczego xD Kocham Cie, szmato :* <3

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


- Jezu… Louis, ona nie żyje! – powiedziałam zdławionym głosem, patrząc jak chłopak bierze bezwładne ciało Rosalie i wsadza je do schowka na miotły.
- Żyje, tak łatwo się jej nie pozbędziemy – odparł, wzdychając ciężko, gdy rzucił dziewczynę w stertę szmat i tego, co używają sprzątaczki i zamknął drzwi.  Zapach był obrzydliwy, więc jej w ogóle nie zazdrościłam.
- Jak to… Żyje? – wydukałam z trudem.
- Najwyraźniej nie zauważyłaś, że Hunington należy do tych pijących krew, co nie? – Louis spojrzał na mnie lekko rozbawiony.
- Co, ale ona przed chwilą… chciała mnie zabić, bo właśnie nim jestem!
- Zasada numer jeden : nigdy nie słuchaj Rosalie Hunington, bo skończysz w piachu, a teraz chodźmy stąd, nim ktoś nas zauważy – po tych słowach chwycił moją dłoń i wybiegliśmy ze szkoły.
To uczucie… Gdy Jego dłoń była na mojej, było… dziwne. Nie dość, że była ona delikatna to jeszcze bardzo przyjemna… Stop! Czy to był jakiś kolejny z aspektów wampira, czy coś?
Po wyjściu ze szkoły od razu puściłam jego rękę, będąc trochę tym… zawstydzona, nawet.
- Co teraz robimy, maluchu? – zapytał mnie, gdy szliśmy na parking.
- Mówiłam Ci już o maluchu, Lou.
- Lou? Już dostałem od Ciebie pieszczotliwą ksywkę? Urocze!
- Przestań, to jest przecież skrót od Twojego imienia!
- Dobra, dobra. Wiem to – uśmiechnął się złośliwie, wyprzedzając mnie dużymi krokami.
- Palant – odparłam.
- Słyszałem!

***
- Gdzie jedziemy? – zapytałam Louisa, gdy już dobrą godzinę jechaliśmy jego autem i za pewne już dawno wyjechaliśmy z miasta śmierci.
- Zdajesz sobie sprawę, że zadałaś mi to pytanie chyba już z dziesiąty raz? – Lou spojrzał na mnie kątem oka, trochę rozbawiony i zirytowany.
- Skąd mam wiedzieć, czy nie chcesz mnie zgwałcić? – palnęłam i od razu zarumieniłam się jak piwonia. Tak… ja to potrafię jednak myśleć, brawa dla mnie.
- Kuszące, ale odmówię, wiesz? Jakoś nie chcę zostać ugryziony po raz kolejny przez wampira.
- Po raz kolejny? – zmarszczyłam brwi i zauważyłam na jego szyi bardzo widoczny ślad ugryzienia. No tak… pytałam go o nie już raz i tłumaczył, że zaatakował go pies. – Kto Ci to zrobił, Louis?
- Lily…
- Nie, Tomlinson, mam dosyć oszukiwania mnie, okay? – przerwałam mu podenerwowana. Louis w tej samej chwili zatrzymał auto.
- Jesteśmy – odparł, zmieniając temat. Wyjrzałam przez okno.
Byliśmy potocznie mówiąc na kolejnym zadupiu, tym razem z lasem. Cóż za odmiana po tym, jak przeprowadziłam się do miasta pełnego kochanych wampirków!
- Gdzie nas wywiozłeś?
- Nie widzisz lasu i tej pięknej natury? Wy dziewczyny powinniście to lubić.
- W Los Angeles nie ma lasów – powiedziałam z cichym śmiechem.
- To sobie kurwa wyobraź palmy i będzie ten sam efekt – westchnął głęboko i wysiadł z auta, po chwili otwierając drzwi od mojej strony.
- Co za gentleman.
- Pierw flirciarz, potem palant teraz gentleman? Zdecyduj się kobieto! – zaśmiał się.
- Kto bogatemu zabroni żyć w luksusie, co?
- Co to ma do rzeczy?
- Nie wiem, nasunęło mi się to na język, okay? – jęknęłam zdesperowana, opuszczając pojazd. Chciałam to zrobić z gracją, lecz moje nogi jak zwykle mając to w zwyczaju, zaplątały się w dziwny sposób i potknęłam się. Przed spotkaniem z betonem uchronił mnie Louis, który w ostatniej chwili mnie złapał i uchronił przed upadkiem. Jego ręce były ściśle owinięte wokół moich ramion, a twarz znajdowała się niebezpiecznie blisko mojej. Wzięłam głęboki wdech, tym samym wdychając nosem przyjemny zapach jego wody kolońskiej. Przymknęłam delikatnie oczy i spojrzałam w jego tęczówki, które błyszczały znakiem zapytania.
- Te Twoje niebieskie oczęta chcą się do mnie dobrać, widzę to – odparł z lekkim uśmiechem.
- Dobrać? Z dobranocki się urwałeś? – parsknęłam śmiechem, chcąc stanąć samodzielnie na nogach, lecz Louis mnie powstrzymał.
- Czyżby ten owoc zakazany, nie był już taki zakazany jak na początku? – zapytał mnie głębokim tonem.
- Sam sobie odpowiedz na to pytanie – szepnęłam, czując się na serio nie zręcznie. Bliskość Louisa mnie krępowała, przez co się zawstydzałam.
W końcu otrząsając się, oderwałam ręce z jego ciała i stanęłam twardo na ziemi.
- Może chodźmy? – zaproponował Louis, głupio się uśmiechając. – Czeka nas przynajmniej godzinna droga przez las – i ruszył przed siebie, zostawiając mnie w tyle.
- Godzinna?! Ty żarty sobie robisz?! – wykrzyknęłam, a on tylko się zaśmiał. – Palant, dupek!
- I flirciarz, tego zapomniałaś dodać!

***
- Dłużej iść chyba nie można! – powiedziałam, sapiąc głośno. Takie chodzenie nie było fajne, wręcz przeciwnie : było do bani.
- Wampir i taka słaba? – Louis spojrzał na mnie, puszczając przy okazji oczko.  Czemu on musiał być taki irytujący?! Działał mi na nerwy, przez co chwilami miałam rozwalić wszystko, co mnie otaczało!
- Gdybym chciała, to bez trudu wyrwałabym to pieprzone drzewo i Cię nim zdzieliła!
- Cholera, tak, jednak wampir – westchnął i przyśpieszył.
- No weź! Nie mam już siły, Lou!
- Wziąć Cię na ręce, księżniczko? – zapytał, uśmiechając się zadziornie. Boże, czemu on musiał się tak uroczo uśmiechać?
- Wampira? – popatrzyłam na niego na wpół smutno, na wpół wyzywająco. Louis zatrzymał się i zawrócił w moją stronę. – Hej, hej! Ja tylko żartowałam! – zaśmiałam się, ale on to wziął na poważnie. Louis jak siłacz chwycił mnie i podniósł, przerzucając przez swoje ramię tak, że wysiałam twarzą do jego pleców i…

Witaj seksowny tyłeczku.

- Gapisz się na moją dupę, prawda? – odezwał się po jakiś pięciu minutach ciszy.
- Nie, no coś ty… - zająknęłam się i spróbowałam nie zwymiotować od tego kołysania głową do dołu. – Louis, postaw mnie na ziemię… nie dobrze mi…
- Pierw każesz mi brać Cię na ręce…
- Nic takiego nie mówiłam – przerwałam mu.
- Ale nie protestowałaś, prawda? – z niechęcią pokiwałam głową. – No właśnie, więc teraz nie marudź i jak się zamkniesz, będziemy na miejscu za pięć minut – jego srogi ton powodował u mnie dreszcze.
- Jesteś chamem, wiesz?
- Chyba lepiej chamem, niż chamem pacyfistą, co?
- Przestań się wymądrzać, okay?
- A ty najlepiej odzywać – warknął i przyśpieszył. Wiedziałam, że marzył o tym, by w końcu mnie postawić i resztę drogi pokonać samemu, ale w końcu go do tego prowokowałam. Nie raz moja przyjaciółka, Bells była na mnie za to wkurwiona, ale nic nie mogłam na to poradzić. Moja matka była taka sama, ojciec też… Wszystko poszło w cholernych genach.

Jeśli już mówimy o genach… czy moja matka wie o naszych pseudo wampirzych korzeniach? Czy ona wiedziała, kim naprawdę jestem? I czym ona może być?

To wszystko wydawało mi się takie pogmatwane… wampiry w dwudziestym pierwszym wieku… to było śmieszne i niedorzeczne. To przecież nie był pieprzony Zmierzch, tylko prawdziwe życie! Według opowieści wampiry były krwiożerczymi stworzeniami, pragnące jedynie bólu innych i picia krwi… Czy też miałam taka być.

Ale było jedno, ale, którego w ogóle nie rozumiałam i nie potrafiłam sobie sama na nie odpowiedzieć.

- Louis, postaw mnie na ziemię – powiedziałam poważnie, może nawet zbyt jak na mnie. Chłopak tym razem się mnie posłuchał i po sekundzie moje stopy dotknęły trawy. Poprawiłam swoją kurtkę, która obciągnęła mi się odrobinę do góry i spojrzałam na chłopaka, który mi się przypatrywał.
- Widzę, że masz pytanie.
- Jeśli jestem wampirem…
- Bo jesteś – potwierdził Lou.
- Omińmy tą kwestię – machnęłam ręką. – Wampiry… nie żyją.
- To chyba rzecz oczywista – Lou wywrócił oczami.
- No tak… to jakim cudem moje serce bije i się męczę, gdy jestem nieśmiertelną? Dlaczego w moich żyłach płynie normalnie krew i oddycham, jak każdy normalny człowiek?
Mina Louisa mówiła wszystko : nie chciał mi nic na ten temat mówić, ale musiał. Chciałam w końcu wyjaśnień, po to tu z nim przyjechałam : Po prawdę na swój temat.
- Wiedziałem, że o to się w końcu zapytasz… - Louis westchnął głęboko i spuścił swój wzrok na ziemię. – Jest wiele rzeczy, o których powinienem Ci powiedzieć, Lily, ale… to nie jest takie łatwe, jak to Ci się wydaje…
- Proszę, powiedz mi – podeszłam do niego i tym razem to ja spróbowałam wykorzystać swój urok. Chwyciłam go za rękę i spojrzałam na niego spod swoich długich, czarnych rzęs. Lou zerknął na nasze splątane dłonie, które po chwili rozdzielił.
- To jest coś w stylu tego, jak żywot wampira. Nic nikomu nie możesz powiedzieć, chyba, że ta sama osoba pozna prawdę.
- Dlaczego wy wszyscy jesteście tak tajemniczy? Wkurza mnie to! – powiedziałam podniesionym głosem, wznosząc ręce do góry by pokazać mu moje zdenerwowanie. – To jest cholernie stresujące. Jestem tym wampirem, a nic o tym nie wiem! Skąd to coś wzięło się w mojej rodzinie, czy moja matka jest tym samym… potworem jak ja?
- Nie jesteś potworem, Lily – odparł spokojnie Louis, o dziwo. Louis i spokój w takim momencie? Nie, tu coś nie grało. – Nie każdy wampir jest chamskim dupkiem czy wampirzą suką… Po prostu musisz nauczyć się kontrolować swoje pragnienie jako nowonarodzona i emocje, którymi możesz w każdej chwili wybuchnąć. Uwierz mi, wiem co mówię, bo znałem kilku wampirów.
- I co teraz się z nimi stało? – zapytałam obojętnie.
- Nie żyją – szepnął Louis pod nosem. Zesztywniałam i jak robot przeczesałam swoją dłonią włosy, które spadły mi na twarz.
- No właśnie… To znaczy, że ja też mogę w każdej chwili zginąć – rzekłam, płaczliwym tonem. Tak, miałam ochotę się rozpłakać. Dawno tego nie robiłam i te wampirze emocje, o których tak Louis trąbił, rosły we mnie i rosły. Chciałam w końcu, aby to we mnie wszystko pękło i rozleciało się na milion kawałków.
- Nie zginiesz – odparł Louis pewnie, patrząc na mnie z zawziętością w oczach. – Nic Ci się nie stanie, jak będziesz się mnie słuchać.
- Tak i co mam zrobić dalej?! Jeśli Huninghton znowu mnie napadnie, a Ciebie nie będzie? Albo najdzie mnie w akademiku?
- Proste, zamieszkaj z Avą w naszym domu…
- Proszę Cię! Ty myślisz, że by to zadziało? Poza tym, uczniowie uniwerku nie mogą mieszkać poza akademikiem.
- Zapomniałaś, że Shalley to dyrektorka tej szkoły? – Louis podniósł pytająco brew.
- Shalley nie zbyt mnie lubi. Najchętniej to by pewnie wyrzuciła mnie z miasta na zbity pysk.
- Mi mówiła co innego, Lily.
- Ona kazała mi Cię unikać tego samego dnia, kiedy tu przyjechałam! Najwyraźniej Cię okłamała!
- Wtedy nie wiedziała, że jesteś wampirem! – fuknął, podchodząc do mnie bliżej i nasze ciała znajdowały się naprawdę blisko siebie. – Wiesz co jej powiedziałem? Że się Tobą zaopiekuję i pomogę w tym całym bagnie. Więc teraz Ci to powiem prosto w twarz…
- Nie, Louis. Ty nie mówisz mi wielu rzeczy, nic o Tobie nie wiem przez co nabieram w tym wszystkim wątpliwości.
- Jakich wątpliwości?
- Czy ten mój przyjazd do miasta da mi jakieś korzyści, a tym bardziej ta nasza znajomość. Powinniśmy zapomnieć o tym, że w ogóle się poznaliśmy wtedy na ulicy i odprowadziłeś mnie do akademiku. To się w ogóle nie powinno wydarzyć i dobrze o tym wiesz.
- Lily, nie wiesz co mówisz…
- Louis, odwieź mnie do akademika – zażądałam dobitnie. – A po przyjedźcie obiecaj mi, że się nie spotkamy i nie będziemy sobie wchodzić w drogę.
- W porządku – Louis wzruszył ramionami.
- Co? – zapytałam zdziwiona.
- Zrobimy tak, jak ty tego chcesz, ale wiedz, że zawsze możesz do mnie przyjść i poprosić o wszystko – rzekł… smutno?
- Możemy iść?
- Jasne.

***
- Co ty taka przybita? – zapytał mnie Mike, gdy dorwał mnie w parku, gdy siedziałam na ławce następnego dnia. Może i byłam trochę „ przybita „ jak to określił, ale nie tak bardzo, jak to za pewno miał na myśli.
- Ja? Zdaje Ci się – uśmiechnęłam się na jego widok i zrobiłam mu trochę miejsca.
- Mam nadzieję, że te wyjście do klubu w sobotę jest nadal aktualne – odparł wesoło.
- Jest, jest. Mam dosyć tego przeklętego tygodnia i szczególnie Panny Figinns – powiedziałam ze śmiechem.
- No właśnie, co to była za akcja na historii? Przez Ciebie teraz Figinns męczy nas wejściówkami z dat z całej historii.
- Moja wina? – zapytałam go zaskoczona.
- Żartuję przecież – Mike ponownie się do mnie uśmiechnął i odpowiedziałam mu tym samym. – A przed klubem idziemy na kawę lub…
- Tylko nie kawa! – przerwałam mu nagle i ostro.
- Spokojnie, miałem na myśli inny lokal niż DeathGroov. Wiem, że próbujesz unikać Louisa widzę to.
- Aż tak bardzo to rzuca się w oczy?
- Cholernie – zgodził się ze mną.
- Oh… Dobrze wiedzieć – wzruszyłam ramionami i na mój język nasunęło mi się pytanie. – Pomożesz mi w czymś?
- Mam nadzieję, że nie w matematyce, bo leżę i kwiczę w tej kwestii – stwierdził, śmiejąc się.
- Nie, nie – parsknęłam śmiechem. – To raczej pytanie.
- Wal śmiało – zachęcił mnie.
- Wiesz coś o wampirach w tym mieście? – walnęłam z grubej rury, a Mike spoważniał w jednej chwili. Bingo! – Bo nie wierzę, że nic o tym nie wiesz.
- Coś tam wiem, ale na serio nie wiele, resztę to może z filmów.
- Mów co wiesz.
- Więc… Wampiry piją krew.
- Amerykę odkryłeś! – ponownie się zaśmiałam.
- Wiem – Mike się uśmiechnął. – No to oprócz tego, że piją krew, to na pewno są nieśmiertelne… do czasu, jeśli ktoś nie wbije mu kołka w serce, albo nie oderwie głowy. Ze Zmierzchu wyniosłem też, że istnieją wampiry wegetarianie.
- Widziałeś już wampira w tym mieście?
- Żeby to raz… Mieszkam tu od roku i zdążyłem poznać je na tyle, żeby je omijać szerokim łukiem.
- Dlaczego?
- To chyba oczywiste i jasne jak słońce, one zabijają, to wystarczy! Mam nadzieję, że oni w końcu się ich pozbędą.
- Oni? Kto to? – zapytałam go zdezorientowana.
- No Nocni Łowcy, nie słyszałaś? – pokręciłam przecząco głową z głupim uśmiechem. – Nocni Łowcy, Ci co mają w żyłach krew Zeusa? – ponownie zaprzeczyłam. – Oni są jedynymi ludźmi, którzy mogą pokonać wampiry i inne stworzenia pozaziemskie.
- Są tu takie?
- Niby tak, ale ich nigdy nie widziałem – wzruszył ramionami i powrócił do tematu. – W Nocnych Łowcach najdziwniejsze jest to, że Przyziemni, czyli my, ich nie widzą.
- To tak jakby niewidzialność?
- Dokładnie. Legenda głosi, że gdzieś w tym mieście mają swoją siedzibę, ale nikt jej nigdy nie widział. Łowcy polują na wampiry szczególnie w nocy, nie chcą, aby zostali przyłapani przez ludzi na tym, co robią.
- Ale mówiłeś, że ludzie nie widzą nocnych łowców – odparłam, patrząc na niego pytająco.
- No tak, ale za pewno w nocy tak jakby wracają do świata widzialnych i załatwiają wampiry.
- Dlaczego oni są zawsze niewidzialni?
- Prawdopodobnie nie chcą, aby ich życie wyszło na jaw, bo to mogłoby zabić Przyziemnych, gdyż ich wielki pseudo władca, Adalbert z radą nie pochwalają, gdy ludzie chodzą im w paradę no i pewnie nie przeżyli by widoku demona, który chciał by ich zabić.
- Demona?
- Przeklęci, prościej mówiąc. Zabiją wszystko, co się rusza.
- Skąd one się wzięły.
- To jest zupełnie już inna historia, na którą niestety już nie mam czasu, bo śpieszę się na angielski – powiedział, patrząc na swój zegarek w telefonie. – Wpadnę po Ciebie o ósmej.
- Co?
- Dzisiaj sobota, czyż nie?  



***************************

No to już kolejny rozdział za nami! :D W następnym będzie się DUŻO działo i gwarantuje huśtawkę emocji :D 

Next rozdział za dwa dni, tak jak zawsze, jeśli będą komentarze oczywiście :**




15 komentarzy
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Nowy rozdział!! :* <3


Komentujcie <3

K.



niedziela, 3 sierpnia 2014

Seven.

- Pobudka, Lily – czyiś szept dotarł do moich uszu, wyrywając mnie z głębokiego snu. Jęknęłam, zakrywając się kołdrą, a twarz poduszką, by ponownie choć na chwilę nie wracać do tej pieprzonej rzeczywistości. – Wstawiaj maluch – zaśmiał się ten sam głos i poczułam jak próbuje mnie odwrócić do siebie twarzą. Wiedziałam, że był to Louis, bo on był tak bardzo uparty, w przeciwieństwie do reszty jego przyjaciół. – Jeśli dzisiaj nie chcesz iść do szkoły, wystarczyło powiedzieć. Spałbym tylko dwie i pół godziny dłużej i wcale nie mam do Ciebie o to żalu – wyczułam w jego tonie sarkazm.
-  Mogłam pójść na piechotę, poza tym, sam zaproponowałeś, że mnie podwieziesz - spojrzałam na niego, przewracając się na drugi bok.
- Mój błąd – wywrócił teatralnie oczami. – Zbieraj się, zostało Ci pół godziny do pierwszego wykładu.
- Żartujesz?! – w jednej chwili wyskoczyłam z łóżka, porwałam w drodze swoje ubrania z fotela, który leżał po drugiej stronie pokoju i pobiegłam do łazienki. W tempie ekspresowym załatwiłam swoje potrzeby fizjologiczne, umalowałam się, umyłam twarz oraz zęby, ubrałam i uczesałam swoje włosy w schludnego, wysokiego kuca i wyszłam zdyszana z pomieszczenia. Louis czekał na mnie rozbawiony, siedząc na podłodze okrytej dywanem i oparty plecami o ścianę. Wtedy mogłam zobaczyć, jak wyglądał. Tego dnia jego strój składał się z czarnych rurek, obcisłego granatowego T-Shirtu, skórzanej kurtki i ciężkich butów.

O to styl Miasta Śmierci, chyba powinnam w końcu nadążyć za ich trendami i pójść z Avą na zakupy.

- Czego się śmiejesz? – zapytałam patrząc na to, jak głupio się uśmiecha i co chwila parska śmiechem.
- Z tego, że tak łatwo jest Ci wkręcić kit – odparł, uśmiechając się szeroko, wstając.
- Niby jaki?
- Jest szósta rano… - wtedy do mnie dotarło.
- Ty palancie, obudziłeś mnie dwie godziny wcześniej… Zabiję Cię, zabiję – skoczyłam ze śmiechem w jego stronę i biłam go pięściami w klatkę. Louis zwinnie unikał moich ciosów.
- Hola, hola, księżniczko – Louis nagle poderwał mnie z ziemi i zamknął w mocnym uścisku, niosąc przez cały korytarz. Śmiałam się jak głupia i biłam jego plecy w nadziei, że mnie puści. W trakcie gdy przechodziliśmy przez hol, drzwi od jednego pokoju były otwarte. Wiadomo, ciekawość to pierwszy stopień do piekła, więc gdy Louis mnie niósł wychyliłam się odrobinę do przodu i zauważyłam, że w pokoju śpi Zayn… z Avą. Byli przytuleni do siebie ściśle, a on miał twarz schowaną w jej czarnych włosach. Natomiast ona miała buzię wtuloną w jego tors i rękoma opatulała jego tułów. Wyglądali uroczo.
- Czy oni…?
- Nie wiem – powiedział mi Louis, wiedząc o co chodzi i patrząc w to samo miejsce, co ja. – Im ciągle się zmienia, jak kobiecie w ciąży, ale coś ich łączy.
- To widać – potrząsnęłam głową.
- Dobra, zostawmy ich samych, nim zrobię się rozczulający i chodźmy na śniadanie, bo stygnie – parsknął Lou, chwytając moje ramię i zeszliśmy na dół do kuchni, gdzie pachniało jajecznicą i świeżo zaparzoną kawą.
- Zrobiłeś śniadanie? – zapytałam go, będąc mile zaskoczona.
- No cóż, trzeba robić dobre wrażenie na gościach, prawda?
- No tak, ale po Tobie bym się tego nie spodziewała – przyznałam, patrząc na niego z chytrym uśmieszkiem.
- Ja też, ale byłem już bardzo głodny, a ty nie wstawałaś…
- Dobra, nie tłumacz się, i tak wiem swoje – weszłam mu w zdanie, śmiejąc się pod nosem i zasiadłam przy stole, zabierając się do jedzenia jajecznicy. – Louis, to jest zjadliwe! – odparłam z pełną buzią.
- Przepraszam, zapomniałem otruć – uśmiechnął się krzywo, siadając obok mnie i również jedząc.
- Ale z Ciebie żartowniś – burknęłam pod nosem, pochłaniając całą zawartość talerza w niecałe pięć minut.
- Widzę, że chyba naprawdę byłaś głodna – Louis się zaśmiał, a potem spoważniał. – Albo to coś innego… Lily, ty odczuwasz pragnienie na krew?
- Nnie – mruknęłam zmieszana jego nagłym pytaniem.
- Nie krępuj się mnie, jakby coś, mogę Ci łatwo skołować krew zwierzęcą, albo ze stacji Krwiodactwa.
- Nie… Nie jestem w tym sensie głodna. Jestem głodna normalnie, czyli po ludzku… głodna… Czy to nie jest dziwne?
- Tak samo jak składnia tego zdania? To tak - skrzywił się. Ten chłopak kochał się ze mną naigrywać! Nie znosiłam tego i to doprowadzało mnie do białej gorączki.

Lecz musiałam się kontrolować. Byłam wampirem, musiałam trzymać swoje emocje na wodzach, inaczej mogło się to skończyć tragicznie, a nie zamierzałam rozwalić Louisowi mieszkania, albo pozbawić go głowy.

Chociaż… To miałoby swoje zalety… Interesująca myśl, piątka Lily!

***
- Jesteśmy – oznajmił, gdy zatrzymał się swoim Mercedesem pod uniwersytetem. Kręciło się wokół niego sporo ludzi, a wśród nich dopatrzyłam się i Rosalie Hunington ze swoją resztą elity. W jednym momencie napięłam się jak struna i wstrzymałam oddech. – Lily, wszystko w porządku?
- Tak, tak – odparłam na jednym oddechu i gdy chciałam wysiadać, uścisk dłoni Louisa na moim ramieniu mnie powstrzymał i z powrotem wciągnął mnie do pojazdu.
- Czyżby? Może mam Cię odprowadzić? – widziałam w jego oczach rozbawienie.
- Boże, Louis, nie mam cholernych pięciu lat! Poradzę sobie – powiedziałam lekko zdenerwowana i w środku zaczęłam się cała gotować. Opanowanie, Lily… Bądź spokojna, a nic się nie stanie. Spróbowałam przystosować się do swojego cichego głosiku i zacznie się rozluźniłam.
- Ach, już wiem… - Louis wypatrzył się w tłumie tych odpowiednich osób. – Rosalie Hunington i zgraja szmat. Nic nowego, każdy się ich na początku boi.
- Ty też się bałeś?
- Ja? Tak, oczywiście – prychnął lekceważąco. – Nie masz się czego bać, tylko kurwa akurat jakiś pustych i lewych lasek z miasta śmierci. Aż drżę ze strachu.
- Ava mówiła co innego o nich.
- Bo Ava nie jest mną. Ja się ich nie boję, a one mnie wręcz przeciwnie : działam na nie jak kołek na wampira, maluchu.
- Jeśli jeszcze raz nazwiesz mnie maluchem, to rozwalę tego Twojego nieskazitelnego Mercedesa – splunęłam i wysiadłam z auta, a następnie zabrałam swoja torbę z tylnego siedzenia samochodu. Gdy już chciałam ruszyć w głąb szkoły, usłyszałam, że silnik Louisa zgasł i chłopak zatrzaskuje drzwi od strony kierowcy oraz zamyka auto. – Co ty robisz?
- Nie widzisz? Odprowadzam Cię, bo jestem na tyle uprzejmy – prychnął Lou i wziął ode mnie torbę i zarzucił ją na swoje ramię.

Gentleman, nie powiem.

- No kogo my tu widzimy… - nim zdążyłam odezwać się do Louisa z kolejną prośbą o to, aby zdradził mi coś o moim nowym życiu, Rosalie stanęła przed z nami z założonymi rękoma i uśmiechając się do nas zdzirowato. Hunington miała na sobie różową mini spódniczkę, sięgającą jej do połowy ud, biały, krótki T-Shirt do pępka na długi rękaw i czarne szpilki z platformą.

No nie wiem, czy to była ten szmaciarski strój był ze smakiem i klasą, jak to opisywała Shalley kilka dni temu, omawiając mi durne zasady uniwersytetu. No tak… Zapomniałam : Hunington i jej te niby „ przywileje „ o których mówiła mi Ava. Jak mogłam o tym zapomnieć?

- Louis Tomlinson we własnej osobie. Wyprzystojniałeś, Louis – Rosalie uśmiechnęła się do niego flirciarsko.
Że co proszę?
- Nie, to ty po prostu dorosłaś do tego, aby mi to w końcu powiedzieć – odgryzł się jej Louis, prychając.
- Jak ja mówię, że chłopak jest przystojny, to tak jest – odparła nonszalancko. – A gdy ktoś nie pasuje do tego miasta, też to mówię – tu spojrzała się na mnie. Szmata. Zdzira. Suka. Cały pakiet VIP. – Nie miałeś się kim zainteresować, tylko tą nową przybłędą z Los Angeles?
- Ej, wypraszam to sobie, szmato – burknęłam w jej stronę, przez co na jej twarzy zauważyłam gniew.
- Jak mnie nazwałaś, Anderson? – warknęła, idąc w moją stronę, lecz powstrzymał ją Louis.
- Nawet nie zaczynaj, Hunington. To nie Twoja liga, abyś się do niej zaczynała.
- Nie moja liga? Ha, dobre sobie! – zaśmiała się gorzko. – Co ona taka mała, rudowłosa osiemnastolatka może mi zrobić, co? Co najwyżej może mi buty czyścić.
- Niech te Twoje przyjaciółeczki zniżają się do tego poziomu, bo widzę po nich, że by to zrobiły, gdybyś im kazała – syknęłam, marszcząc czoło.
Opanowanie, Lily. Opanowanie.
- Jeśli nas nie znasz, to nie mów o nas takich rzeczy, suko.
- A taka nie jest prawda? Nawet gdy podpaliłaś im włosy w siódmej klasie, nadal łaziły za Tobą jak głupie szczeniaki, bo myślały, że stracą nadęty autorytet – powiedział nijako Louis, gromiąc ją swoim wzorkiem. Widziałam, że nie tylko mnie jego wzrok onieśmielał i dosłownie : Rosalie malała przy nim.
- Nic, a nic nie zmieniłeś się Tomlinson. Nadal jesteś tak samo chamski i brak Ci szacunku do tych z wyższych sfer.
- Wyższe sfery, mówisz… Uważaj, aby Twoje autko przypadkiem nie znikło z tych wyższych sfer – uśmiechnął się złośliwie i chwytając moje ramię, przeszliśmy obok nich, kierując się do szkoły.
- Jak bardzo jej nie znosisz? – spytałam go ze śmiechem.
- Kurwa, najchętniej bym ją zajebał.

***
- Powtórka dat z całej historii, to właśnie w niej uwielbiam moi kochani, wiecie  o tym?! – powiedziała radośnie Panna Figinns, trzymając w rękach książkę od historii. Panna Figinns była według z opinii uczniów uczących się tu dłużej, starym, wrednym babskiem, która na każdym kroku próbowała udowodnić, że jest najlepsza z całego personelu nauczycieli.

Aha, na pewno.

Klasa zawtórowała jej sztucznie. Rozejrzałam się po niej z lekkim uśmiechem. Przez sekundę poczułam się jak w gimnazjum wśród niedojrzałych nastolatków, a nie na studiach z dorosłymi i poważnymi ludźmi. Wśród nich zauważyłam Avę, która wesoło mi pomachała z drugiego końca Sali wykładowczej. Była przesadnie radosna. Może próbowała ponownie się do mnie zbliżyć?

- Więc zaczynajmy… Druga wojna światowa zakończyła się w… - i cisza na Sali, na co wszyscy zareagowali ponownym śmiechem. – Nikt nie wie? Panna Turner? – Figinns spojrzała się na jakąś dziewczynę, siedzącą ławkę dalej ode mnie, a ta pokręciła tylko głową. – W 1945 roku, dla Twojej informacji, dziękuję, że wiedziałaś. To teraz… Pearl Harbor… Tym razem niech będzie Panna… Fray.
- Hm…? – Ava popatrzyła na niego jak na idiotę.
- Pearl Harbor, Panno Fray.
- Ahm… - Avie zabrakło języka w gębie.
- 7 grudnia 1941 roku – odpowiedziałam za nią, nim zdążyłam ugryźć się w język. Wszyscy spojrzeli na mnie kątem oka. Cholera, właśnie tego chciałam uniknąć. Zainteresowanie klasy… Ugh, zgroza.
- Dziękuję, Panno Fray – powiedziała do mnie Figinns, na co wszyscy, włącznie ze mną się zaśmiali.
- Do usług o każdej porze – odparłam, uśmiechając się słodko i sztucznie.
- Bardzo dobrze – skomentowała tylko, po czym zadała kolejne pytanie – Upadek Muru Berlińskiego.
- 1989 rok, Pani Figinns – ponownie zabrałam głos, będąc już pewna siebie. Figinns patrzyła się na mnie jak Ava na nią, chwilę temu. – Mam bardzo dobrą pamięć do dat, proszę Pani.
- Naprawdę? – skinęłam głową. – Jak dobrą? – wzruszyłam ramionami. – Wystarczy, że podasz datę… Akt o Prawach Obywatelskich.
- 1964 rok.
- Zamordowanie Johna F. Kennedy’ego?
- 1963 rok.
- Martina Luthera Kinga?
- 1968 rok.
- Lincolna?
- 1865.
- Roe kontra Wade.
- 1973 rok – odpowiedziałam po raz kolejny ze śmiechem widząc, jak bardzo zacięty wyraz twarzy miała Higinns.
- Brown kontra Komisja Szkolna?
- 1954 rok.
- Bitwa pod Gettysburgiem?
- 1863 rok.
- Wojna koreańska?
- Od 1950 do 1953, Panno Higinns – uśmiechnęłam się jeszcze szerzej.
- Ha, wojna zakończyła się w 1952! – oznajmiła zwycięsko i gdy chciała zmienić temat, ja zabrałam glos.
- Ahm… W rzeczywistości to był 1953 rok, proszę Pani – powiedziałam pewnie, tak samo się na nią patrząc. Klasie wyrwał się krótkie parsknięcie śmiechu, a Higinns spojrzała na mnie ponownie, oblizując swoją dolną wargę i myśląc nad czymś intensywnie.
- Niech ktoś to sprawdzi – rzekła Higinns srogo. – Szybko!
- To był… 1953 rok, proszę Pani!– usłyszałam czyiś głos z głębi Sali. Higinns przygryzła tą wargę, którą przed chwilą oblizywała, a klasa zaczęła mi bić brawo. Spojrzałam na Avę, która dodatkowo gwizdnęła i się śmiała.

Higinns przez chwilę posyłała mi zabójcze spojrzenie srogiego nauczyciela, a potem wzięła głęboki wdech i…

- Zacznijmy nowy temat, raz raz!

***
- O. Mój. Boże! W końcu ktoś uciszył to babsko! Gratulację, Anderson! Od dzisiaj ty pomagasz mi na sprawdzianach! – Ava znalazła mnie po lekcji na stołówce i dosiadła się do stolika, który zajmowałam.
- To było nic – odparłam, wzruszając ramionami. – Jestem na rozszerzonej matematyce i mam po  prostu zdolność do szybkiego zapamiętywania dat.
- To już wszystko jest wiadome. Nie dość, że wampir to jeszcze Einstein!
- Cii! – klepnęłam ją w ramię, uciszając i rozejrzałam się wokół siebie, czy nikt nas nie podsłuchiwał. Na szczęście, żaden z ciekawskich uczniów nie kręcił koło mojego stolika. – Ava, jakoś nie chcę, aby ktoś się o tym dowiedział, wiesz?
- Luz, Lily, prędzej czy później i tak każdy się o tym dowie.
- Że co? Nikt nie może się o tym dowiedzieć, Ava. Louis nie mówił wyraźnie? Oni mogą mnie zabić za tego wampira z wczoraj i przy okazji Ciebie, bo byłaś świadkiem i nic z tym nie zrobiłaś – ostatnie zdanie powiedziałam do niej szeptem, ale dobitnie.
- Lily, nie musisz za każdym razem słuchać Louisa, on i tak pieprzy same farmazony, aby Cię tylko postraszyć i żebyś w końcu zaczęła się kontrolować.
- Akurat to co mówił, brzmiał śmiertelnie poważnie – stwierdziłam.
- Dziewczyno, to miasto to same ostro zębne chuje. Jeden tą czy we w tą nie zrobi zbytniej różnicy, Lily! A tym bardziej, że jesteś tym tak zwanym nowonarodzonym wampirem, to masz taryfę ulgową.
- Też tak mówiłaś, gdy Shalley zabiła Twoją siostrę? – Ava zesztywniała i w końcu nabrała powagi.
- Halley zasłużyła na śmierć. Ona nie zrobiła tego, co ty. Ta dziewczyna wyrządziła jedną masową rzeź w tym mieście. Kochałam ją, dopóki tego nie zrobiłam. Widziałam ją ostatni raz, gdy sama Shalley ją zabierała z naszego rodzinnego domu. Halley była tak agresywna, że o mało co nie oderwała głowy Grace… To był straszny widok, ale jak widać, nie specjalnie za nią tęsknie i mnie obchodzi. Niech smaży się szmata w piekle – warknęła pod sam koniec i zajęła się jedzeniem swojej sałatki z sosem śmietanowym. Atmosfera wokół nas zagęściła się i zrobiło się niezbyt przyjemnie.
- Spadam do kawiarni – oznajmiłam, wstając od stolika i szybko zebrałam swoje rzeczy.
- Po co? – zapytała mnie Ava nijako.
- Bo już na przykład skończyłam lekcje? – powiedziałam z cichym śmiechem. Nie zawtórowała mi. – Dobra, widzimy się w akademiku, tak?
- Tak – uśmiechnęła się lekko w moją stronę. Był to wymuszony uśmiech, ale udałam, że tego nie widziałam. – Na razie.
- Pa – wyszłam ze stołówki i z powrotem weszłam do szkoły, kierując się do wyjścia. Budynek był dziwnie pusty i to mnie zaniepokoiło. Odkąd tu byłam, panowała w nim istna wrzawa, nikogo nie brakowało, teraz co najwyżej słyszałam stłumione śmiechy z podwórka.

Nerwowo poprawiłam swoją torbę wiszącą na ramieniu i szybkim krokiem przemierzałam korytarz uniwersytetu, nie oglądając się za siebie. Czułam się jak w horrorze. Gdyby miał to być typowy scenariusz, zaraz powinnam usłyszeć jakiś zgrzyt, a ja zapytam „ Czy ktoś tu jest? „

Tak, bo kurwa sprawca mi odpowie, że jest tuż za rogiem. W cuda to ja nie wierzyłam.

Mój oddech trochę przyśpieszył, a serce zaczęło dudnić w mojej piersi.

- Boisz się, Anderson? – usłyszałam za swoimi plecami damski głos. Machinalnie odwróciłam się w tamtą stronę i przed sobą ujrzałam Rosalie… z nożem w ręku.
Ja pierdolę.
- Wiesz… Myślałam, że ta Lily Anderson o której tak wszyscy nawijają jest trochę inna… podobna do nas i mogłaby być z nami w grupie… Ale się pomyliłam – jej słodki ton na chwilę mnie zmylił, ale wiedziałam do czego zmierza : suka chciała mnie zabić. Nie było żadnych świadków i o to właśnie jej chodziło. – Jesteś kolejnym, pieprzonym wampem, którego trzeba zlikwidować.
- Skąd ty wiesz…?
- Skąd? Mogłaś się bardziej ukrywać ze swoim zdenerwowaniem wczoraj. Miałaś ochotę mnie chapnąć, co? Chciałaś się napić z żyły?
- Przestań – warknęłam, czując, jak traciłam panowanie nad sobą. Próbowałam brać głębokie wdechy, ale kończyło się na tym, że wychodziły z tego tylko charknięcia.
- No dawaj! Ugryź mnie! Wiem, że chcesz! – podjudzała mnie z dzikim uśmiechem i chwyciła nóż za rękojeść. – No nie krępuj się!
Następnie wszystko potoczyło się w tempie ekspresowym. Znikąd ktoś pojawił się obok Rosalie i… skręcił jej kark. Z moich ust wyrwał się cichy krzyk, stłumiony przez dłoń, którą zasłoniłam swoje usta. Gdy ujrzałam twarz sprawcy, zatkało mnie.
- Louis… - jęknęłam patrząc, jak Rosalie leżała na podłodze, nie ruszając się. 

Chłopak podniósł głowę i spojrzał na mnie czarnymi oczami.

- Wiedziałem, że zwolnienie się z pracy wcześniej wyjdzie mi kiedyś na korzyść.




******************************

Witam was z upalny, letni dzień! Oby takie dni był kiedyś Mieście Śmierci, czyż nie? Bo czuję, że chłód wita tam na co dzień, przynosząc ze sobą strach :D

Jak wam się podobał rozdział? Kolejne niespodzianki, fakty i próby zabójstwa :D Będzie tego jeszcze więcej w następnych rozdziałach, jeśli będzie limit komentarzy, oczywiście! :D Kocham was. xx

I jeśli będziecie się starać, rozdziały będę wstawiała co DWA DNI! Muszę mieć jeszcze pisanie następnych, abym miała rozdziały na przód :D Póki co mam prawie 14 rozdziałów, więc jestem z siedmioma rozdziałami na przodzie :D 




14 komentarzy
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Nowy rozdział!! :* <3

Komentujcie <3

K.

piątek, 1 sierpnia 2014

Six.

Obserwowałam wampira z szeroko otwartymi oczami i cała drżałam ze strachu. Owszem, sama nim byłam, ale co ja mogłam z tym zrobić? Czy wampira mogłam zabić tak samo jak człowieka?
Nie zdążyłam odpowiedzieć sobie na to pytanie, bo wampir wtargnął do pokoju, zamykając za sobą drzwi na zamek. Byłyśmy przegrane z góry.
- Co takie cnotki robią w akademiku? – zapytał, idąc w naszą stronę powoli, na co my cofnęłyśmy na drugi kraniec pokoju, pod samo okno. Wampir tylko gorzko się zaśmiał. – Boicie się mnie? Nie zrobię wam krzywdy.
- Pieprz się, Derec – syknęła Ava, a ja spojrzałam na nią zszokowana.
- Znasz go? – zapytałam ją szeptem, lecz ona nie odpowiedziała.
- Nic, a nic się nie zmieniłaś, Avo Fray. Nadal tak samo dzika i buntownicza, jaką ostatni raz Cię widziałem – wampir przyjrzał się z zaciekawieniem mojej współlokatorce.
- Ava, o co tu chodzi? – spytałam ja ponownie, bardziej nerwowo.
- Wspominałam Ci, że w tym mieście grasują wampiry?
- Nie – pokręciłam przecząco głową.
- To teraz już wiesz, witaj w Mieście Śmierci, Lily Anderson – powiedział za nią Derec, uśmiechając się do mnie. – Rosalie nie mówiła, że jesteś taka ładna.
- Wiedziałam, że to sprawka tej perfidnej szmaty – fuknęła Ava, zaciskając dłonie w pięści. – Gdy ją spotkam, wyrwę jej te czarne kudły z tego jebanego łba…
- Oj, nie przesadzaj Ava, dawno się nie widzieliśmy, trzeba to nadrobić prawda?
- Skąd się znacie? – zapytałam głośniej.
- To on mnie prawie porwał, Lily. To go nasłała na mnie Hunington.
- I zrobiła to ponownie, lecz tym razem dam Ci spokój Fray… Przyszedłem do Lily – wampir spojrzał na mnie z tajemniczymi ognikami w oczach. Zmroziło mnie.
- Zostaw ją, Derec. Ona nic jej nie zrobiła.
- Dostałem inne informacje, Ava i nie waż się jej nawet chronić, bo to nic nie da. Muszę wypełnić swoje zadanie.
- Co konkretnie?
- Muszę ją… zabić – zamarłam w miejscu.
- Nie… Derec nie możesz tego zrobić… ona jest tu nowa, nie masz takiego prawa… Shalley masz od dawna na pieńku, chcesz z nią jeszcze bardziej zadzierać?
- To byłby dobry powód do tego, aby się na niej zemścić, że zabiła Alice… - na dźwięk imienia tajemniczej dziewczyny, Ava spoważniała. – Nie pamiętasz, jak zabiła Twoją siostrę za to, że była wampirem?
- Ava, to prawda? – zapytałam ją z plączącym się językiem.
- Derec, wiesz, że ona złamała prawo i ja nic nie mogłam na to poradzić. To był okres gdy Shalley zabijała wampiry, teraz tak nie jest.
- Akurat, wczoraj widziałem jak jednego zabijała z nich! Na oczach rady starszych! Jak ona może krzywdzić naszych braci i siostry?
- Wampiry to złe stworzenia i dobrze o tym wiesz! Sam nie chciałeś nim być! – krzyknęła.
- Nikt nie chce marnować swojego życia na cholerny wampiryzm i zabijać ludzi z ciągłego niepochamowanego pragnienia! Nikt z nas nie prosił się o bycie wampirem, Ava! Ty nie prosiłaś się by być…
- Dosyć – przerwała mu, z zaciśniętymi zębami. Po delikatnej Avie nie było nawet śladu : widziałam w niej teraz lwicę, która chroniła mnie. – Wyjdź stąd i zostaw nas w spokoju, Derec.
- Jeśli mają się pozbyć nas wszystkich, więc co przeżycie takiej durnej nastolatki jak Anderson wam pomoże? – w mgnieniu oka Derec znalazł się przy mnie i zacisnął mocno ręce wokół mojej szyi. Pisnęłam głośno i zacisnęłam palce na jego ręce, próbując ją oderwać. – Nie wierzgaj się tak mała, to mniej zaboli.
Poczułam jak adrenalina we mnie rośnie i rośnie. Siła raptownie zebrała się we mnie w dużych ilościach i no i przede wszystkim chęć przeżycia tego starcia. Spojrzałam na Avę, która patrzyła na mnie z ogromnym zdziwieniem.
- Lily, Twoje… - brakowało jej słów, a ja pokręciłam głową, by przestała mówić. Uciszyła się posłusznie.
 W jednej chwili wysunęły się moje kły i z łatwością wyszarpałam z objęć wampira i wbiłam się w jego szyję. Do moich uszu dotarł jego wrzask i tak jak ja chwilę wcześniej, próbował się mi wyrwać. Z głośnym charknięciem chwyciłam jego kark i go skręciłam, przez co padł na ziemię z rozszarpanym gardłem. Nie wiedziałam dużo o wampirach, lecz tą jedna rzecz zapamiętałam z filmów : to nie wystarczyło, aby go kompletnie uśmiercić. Rozejrzałam się nerwowo po pokoju w poszukiwaniu czegoś, co mogłabym zniszczyć. I natknęłam się na to : drewniany karnisz do firanek.
- Ava, stań na parapet i zdejmij ten karnisz – poprosiłam ją ochrypłym głosem i dotknęłam się po twarzy. Tak jak myślałam, miałam na niej krew tego wampira. Ta była inna, niż tamtej dziewczyny z kawiarni… Ta miała bardziej gorzki smak i z trudem ją przełykałam. Swoje dłonie również miałam w jego krwi, jak i całą bluzkę. W tym czasie co się oglądałam, Ava zdjęła dla mnie karnisz i podała mi go. Wzięłam go i jednym szarpnięciem wyrwałam z niego firankę, a następnie drewno połamałam na pół. Jedną część rzuciłam na drugi kraniec pokoju, a drugim ostatecznie dobiłam wampira, wbijając mu to w serce. Wampir na moment się ożywił, by ostatni raz na mnie spojrzeć i cały zsiniał i znieruchomiał.
Dopiero wtedy wzięłam porządny wdech i wydech i wszystko do mnie dotarło.
Zabiłam wampira.
Ava zobaczyła mnie w prawdziwym obliczu.
Zabiłam wampira… Cholera jasna.
- Lily… Proszę, powiedz, że to co zobaczyłam, nie jest prawdą… Ty nie możesz nim być… nie możesz – szeptała nerwowo, łapiąc się za swoje czarne włosy.
- Ava, ja… nawet nie wiem jak to się stało…
- Jak nie wiesz? Jak mogłaś nie wiedzieć, że jesteś wampirem, Lily?! – ponownie krzyknęła.
- Więc Louis Ci nie mówił, prawda?
- Najwyraźniej nie! – wyrzuciła ręce w powietrze, aby podkreślić swoje zdenerwowanie, lecz… na jej twarzy malowało się coś, co mnie nie przekonało w stu procentach. Tak jakby… sztuczna maska.
- Kłamiesz, Ava – stwierdziłam z przekonaniem.
- Co?
- Kłamiesz mnie. Ty musisz coś o tym wszystkim wiedzieć!
- Dziewczyno, ja nienawidzę wampirów! Jak ja teraz mam na Ciebie patrzeć, gdy tak bardzo Cię polubiłam, huh? Myślałam, że chociaż raz spotkałam w tym mieście kogoś normalnego, ale ta chujnia musiała spotkać i Ciebie! – mówiła, cicho szlochając.
- Proszę Cię… nie płacz… - gdy zrobiłam krok w przód, mimochodem plecami do ściany jeszcze mocniej
- Nie podchodź do mnie – mruknęła, siadając na podłodze. – Boże… to dlatego Louis kazał mi Cię pilnować…
- Słucham? Po jakiego wała miałaś mnie pilnować? – tym razem ja zapytałam z lekkim szokiem.
- Po takiego, że Louis się o Ciebie martwił! Nie mógł Cię pilnować w dzień, bo pracuje. Poprosił mnie, abym miała na Ciebie oko… Skąd ja miałam wiedzieć, że miałam pilnować Cię od tego, byś kogoś nie ugryzła?! Mój Boże… ty jesteś pieprzonym wampirem!
- Ava…
- Nim usiądziesz przy mnie lub zaczniesz próbować cokolwiek tłumaczyć, umyj się pierw, bo wyglądasz jak pół nieszczęścia, a ja… muszę zadzwonić po Louisa.
- Po co? – na wieść o spotkaniu z chłopakiem, ciśnienie mi podskoczyło.
- Musimy jakoś chyba się pozbyć chciała, co nie? Nie mam zamiaru spać w jednym pokoju z prawie, że rozczłonkowanym wampem.
- No tak… W porządku, niech będzie.
- I wiesz, że musisz z nim pogadać o tym… wszystkim.
- Jak będę miała humor, bo póki co… jestem wkurwiona i cała we krwi – rzekłam i zamknęłam się w łazience.

***
- Gdzie ona jest? – usłyszałam jego głos, gdy miałam zamiar wyjść z łazienki po ogarnięciu się i wrzuceniu brudnych ubrań do pralki. Louis był wkurzony. A nawet bardzo bardzo wkurzony.
- Louis, spokojnie…
- Jak mam być spokojny, jeśli Lily zabiła wampira?! I to w dodatku w pokoju akademickim? Tutaj w każdej chwili mógł ktoś wejść!
- On zamknął drzwi, gdy tylko tu wszedł – odparła, mówiąc oczywiście o Derecu. – Ona… nim jest? Jest wampirem, Louis?
- To skomplikowane, Ava… - odparł zmieszany.
- Dlaczego nic o tym nie wiem?! Mogłabym jej jakoś pomóc, czy coś!
- Ava, ty nienawidzisz wampirów i najchętniej każdego byś z tego miasta wykastrowała. Więc, jaki był sens w tym, abym cokolwiek o tym Ci mówił?
- Bo Lily to jedyna z najnormalniejszych dziewczyn, jakie tu spotkałam! Nie chcę, aby była jak każdy, inny popierdolony wampir! Ona nie pasuje do tego świata.
- Wiem to, ale jeśli już w nim jest, musisz wiedzieć, że ona potrzebuje naszej pomocy, bo sama sobie nie poradzi – powiedział i oprócz tego usłyszałam, jak coś szura po podłodze. – Zayn, zabierz go do samochodu i niech Harry wywiezie do lasu i spali. Nikt nie może się o tym dowiedzieć, nawet Grace.
- Zrozumiano, szefie – rzekł Zayn i wyczułam w jego głosie odrobinę drwiny i śmiechu.
- Jeśli jeszcze raz tak do mnie powiesz, to Ci przywalę w ten piękny, mulaci ryjek – zagroził mu, lecz wiedziałam, że był to żart.
- Oj no przestań! Nie znasz się na kawałach, stary. Zluzuj gacie i daj sobie siana lub coś.
- Idź już, nim sam Cię stąd wykopię, bro – odparł niskim tonem i Zayn ze śmiechem opuścił pokój, zatrzaskując za sobą drzwi. – Więc, gdzie ona jest, Ava?
- W łazience. Ona nie wyglądała najlepiej…
- Rozumiem – wyczułam, że kiwa głową i patrzy w stronę drzwi, za którymi się znajdowałam. – Pośpiesz się, Lily! Mamy poważną rozmowę do przeprowadzenia albo wyważę te drzwi i sam Cię stamtąd wyciągnę!
- Daj kobiecie się ogarnąć! – odkrzyknęłam, przeglądając się w lustrze i poprawiając swoje brązowe włosy.
- Nie ma na to czasu, rozmowa jest ważniejsza, wyłaź! – wywróciłam oczami i wyszłam niepewnie z łazienki. Jego i jej wzrok od razu spoczął na mnie. Ona wyglądała tak, jakby miała ochotę wybiec z tego pokoju, a Louis… skopać mi dupę za to, co zrobiłam.
Normalka.
- Mówiłem Ci, a ty mnie nie posłuchałaś. Tomlinson to debil prawda?
- Nigdy tak nie powiedziałam – mruknęłam.
- Ale tak myślisz, bo widzę to po Twojej twarzy. Boże, Lily, czy ty wiesz, co zrobiłaś?
- Uratowałam sobie i Avie dupsko, taka odpowiedź wystarczy?
- Naraziłaś siebie i ją na śmierć! Ty wiesz jaka kara grozi w tym mieście za zabicie wampira, tym bardziej jeśli ma opiekuna z rady starszych?
- Jeśli ma opiekuna?
- Zbędny szczegół – Louis machnął ręką. – Siadaj, Lily – chłopak wskazał ręką na moje łóżko. Przysiadłam na jego krańcu i wlepiłam wzrok w podłogę. – To co się tutaj wydarzyło, powinienem powiedzieć Shalley, wiesz o tym? – pokiwałam głową. – Świetnie, przynajmniej w jednym się zgadzamy… Po drugie, to jest już Twój drugi przypadek, gdy kogoś gryziesz…
- Louis, to nie było tak! – zaprotestowałam z jękiem.
- A jak? Powiedz mi – zażądał.
- On chciał mnie zabić, bo tak chciała Rosalie Hunington. Zadowolony? Masz całą prawdę – odparłam sfrustrowana.
- Rosalie Hunington? Nie widziałem jej cały rok, myślałem, że się w końcu wyprowadziła.
- Też tak myślałam – zabrała głos Ava. – Ale dzisiaj nasza Lily miała z nią mały incydent.
- Jaki incydent? – Louis ponownie przeniósł na mnie swój ciekawski wzrok.
- Wylałam na nią kawę, nic wielkiego.
- Niestety, ale ona z czegoś zrobi coś, maluchu. Radziłbym Ci je unikać na uczelni i od razu po zajęciach maszerować albo tutaj, albo do kawiarni lub w ostateczności do mnie do domu.
- Jezu, to tylko kawa, będzie ona tak z tego powodu dramatyzować?
- Niestety tak. Poza tym, ty jesteś w centrum uwagi, a ona nie. Nie lubi, gdy jest na drugim miejscu, bo według niej, rządzi tym miastem, bo je ojczulek jest tutaj burmistrzem.
- Serio?
- Tak, to ten sukinsyn wprowadził zakaz parkowania przed szkołą tylko dlatego, aby jego córeczka miała wolny parking dla siebie i jej sztucznych przyjaciółeczek – parsknęła Ava. – Zero sprawiedliwości.
- Zmieniamy temat – zauważył Lou. – Lily, tym razem mnie posłuchaj dobrze? Próbuję Ci pomóc najlepiej jak potrafię, mieszkam tu od lat i znam wampiry lepiej, niż własną rodzinę. Uwierz mi, pomogę Ci to przetrwać, dopóki nie zaczniesz się kontrolować… Patrz na mnie, gdy do Ciebie mówię – Louis ukląkł przede mną i chwycił mój podbródek swoim palcem. Wtedy byłam zmuszona patrzeć w jego oczy, bo gdyby nie to, nawet kątem oka bym na niego nie zerknęła.
Tak, byłam suką. W dodatku wampirzycą. Z kłami. Radziłabym mu uważać.
- Życie wampira nie jest proste, Lily. To jest ciągła walka o życie, nie ważne czy jesteś tu, czy w Los Angeles. Miałaś szczęście, że dopiero aktywowałaś się tu, a nie tam…
- Jak aktywowała? – przerwała mu Ava.
- Powiem Ci o tym później – spojrzał na nią, a ona kiwnęła głową, a ten powrócił do mnie. – Wiem, że chciałaś ratować siebie i Avę, ale za zabicie wampira grozi kara śmierci, Lily, a tego chyba nie chcemy, prawda?
- Prawda – przytaknęłam z niechęcią.
- Świetnie, to już dwie rzeczy, w których się zgadzamy. To jakiś postęp.
- Zależy dla kogo – burknęłam.
- Dobra, dobra, ty też musisz odrobinę wyluzować, to i ja się trochę zluzuję i wtedy się dogadamy.
- Świat do odważnych należy – wzruszyłam ramionami.
- Dlaczego jesteś taka nie miła? Próbuję z Tobą normalnie rozmawiać, a ty mnie nadzwyczajnie w świecie ignorujesz – odparł i widziałam po nim, że to mu nie odpowiadało.
- Zachowuję się tak tylko dlatego, że nic mi nie mówicie. Oboje – tu też rzuciłam krótkie spojrzenie do Avy. Ta tylko spuściła swój wzrok na dłonie. – No właśnie. Skąd ja mam te wszystkie zaniki pamięci, Louis? To jest zabawne, bo ja nic prawie stąd nie pamiętam, odkąd tu przyjechałam!
- Obiecałem, ze Ci wszystko wytłumaczę, tak? Zrobię to, gdy będziesz gotowa.
- Ale ja jestem gotowa – odparłam cicho.
- Nie, nie jesteś.
- Skąd możesz to wiedzieć?
- Po prostu to widzę. Jesteś jeszcze tym wszystkim zagubiona i… zniesmaczona, prawda? – nie odpowiedziałam mu. – Sama widzisz. Jutro po swoich zajęciach przyjdź do mnie do pracy i wezmę sobie wolne i gdzieś Cię zabiorę.
- Chyba nie chcesz mnie…?
- Nie, nic z tych rzeczy! Ja należę do tej normalnej, nie pieprzniętej społeczności – zaśmiał się cicho, przez co ja również się uśmiechnęłam. – Znalazłem to miejsce, które z chęcią Ci pokażę, dobrze? – kiwnęłam głową. – Ava, może zanocujesz u nas z Lily? Będzie to chyba lepsze, niż spanie w pokoju, gdzie zabito wampira, prawda? – zapytał Avę i popatrzył na nią.
- Tak, w chuj lepsze – Ava poderwała się z podłogi i jednym susłem pokonała pokój i spakowała swoje rzeczy do czarnej torby podróżnej.
- A czy ja mam coś do powiedzenia? – spytałam go, wciąż pogrążona w jego oczach.
- Niezbyt – uśmiechnął się krzywo. – Uwierz mi, u nas tej nocy będzie Ci lepiej.
- Dziwnie to zabrzmiało – parsknęłam śmiechem.
- A mówią, że to ja jestem zboczony.
- Bo tak jest! – krzyknęła Ava.
- Cii, to miało być tajemnicą, Fray!

***
- Głodna? – zapytał mnie jakiś chłopak, gdy siedziałam sama w kuchni w domu Louisa i jego przyjaciół. Myślałam, że był to Harry lub Zayn, lecz to był jakiś blondyn o niebieskich oczach i irlandzkim akcencie. W przeciwieństwie do innych, był ubrany w jasne ubrania i był mega wesoły, co mnie choć trochę rozpogodziło, bo już nie mogłam znieść tego mroku wokół siebie.
- Nie, dzięki – uśmiechnęłam się lekko i wróciłam do bawienia się zakrętką od wody, którą dał mi Louis.
- Jestem Niall Horan, najprzystojniejszy członek tego domu – Niall usiadł obok mnie na krześle.
- Cóż za samouwielbienie, brawo – pochwaliłam go.
- Taki jestem. Przynajmniej nie jestem Louisem, nie wytrzymałbym w jego ciele nawet godziny – zaśmialiśmy się krótko. – Sporo o Tobie słyszałem, wiesz?
- Domyślam się – westchnęłam, spoglądając na niego katem oka.
- Na serio zabiłaś starszego od siebie wampira?
- O to ja – odparłam, udając uradowaną.
- Zobaczysz, może życie wampira nie będzie takie złe, jak się to wydaje.
- Tak bycie w ciągłym pragnieniu i chęć zabijania ludzi mnie nie kręci – powiedziałam z przekąsem.
- Poradzisz sobie. Mój brat, Greg, też jest wampirem i żyje już wiele lat.
- Twój brat to wampir? – pokiwał głową. – Jak go… przemienili?
- To była konieczność. Greg miał chore serce i mało brakowało, aby umarł. Więc…
- Mów dalej – zachęciłam go, raptem się ożywiając. – Chciałabym dowiedzieć się jak najwięcej, Niall. Nie chcę żyć w ciągłej niewiedzy.
- Wiem, o tym, ale… to jest bardzo… dziwne. Sam po części tego nie rozumiem…
- Powiedz mi, proszę – położyłam rękę na jego ramieniu, przez co się uśmiechnął.
- Widzę, że nie tylko Louis jest takim flirciarzem.
- On to robi specjalnie, ja nieświadomie – uśmiechnęłam się zawadiacko.
- Sory, ale ode mnie nic nie wyciągniesz, mała. Pogadaj z Louisem.
- Myślisz, że mi powie? – prychnęłam.
- Słyszałaś o czymś takim jak „ proszę „ ? Zawsze pomaga.
- No nie wiem, czy zadziała w przypadku Tomlinsona.
- Czasami warto próbować.
- Nie wiem, Niall… On mi wielu rzeczy nie mówi, zresztą jak każdy z was… Jak mam wam zaufać, gdy siedzicie cicho?
- Na niektóre pytania sama sobie niedługo odpowiesz – powiedział z przekonaniem i wstał. – Chodź, pokażę Ci, który pokój będzie Twój.

***
Leżąc już którąś godzinę w łóżku i nie mogąc zasnąć, usłyszałam ciche pukanie do drzwi mojego „ nowego pokoju „ . Wstałam z łóżka i ociężale podeszłam do drzwi, otwierając je.
- Hej, Louis – szepnęłam, zaspanym głosem. Chłopak ubrany był w zwykły, szary dres i biały podkoszulek, który podkreślał jego umięśnione, opalone ramiona. W dodatku jego włosy były rozczochrane, co tylko dodawało mu większego seksapilu.
- Nie obudziłem? – zapytał, oblatując mnie swoim wzrokiem i lekko się uśmiechnął. No tak… Miałam na sobie jego jedną z koszulek i bieliznę. Ten widok dawał dużo to wyobraźni. Zarumieniłam się jak piwonia i spróbowałam ukryć ten fakt swoimi włosami i delikatnie obciągnęłam koszulkę w dół, by przynajmniej zakryła ona połowę moich ud. – Ciekawa kreacja, powinnaś częściej pożyczać moje ubrania.
- Nie, nie obudziłeś mnie – zignorowałam jego komentarz, odpowiadając mu kąśliwie. – Co chcesz?
- Wiesz, pomyślałem, że nie spisz… I ja uratować mógłbym Cię uratować od nudy i patrzenia na ten obrzydliwy sufit.
- Pomyślałeś genialnie, ale co z tym zrobisz? – oparłam się nonszalancko o framugę drzwi i patrzyłam na niego wyczekująco.
- Dlatego przyszedłem – uśmiechnął się złośliwie, wchodząc do środka i zamknął za sobą drzwi, co bardzo mnie zdziwiło.
- Co ty… - nie pozwolono mi dokończyć, bo Louis znalazł się tak niebezpiecznie blisko mnie, że niemal czułam jego oddech na swojej szyi, słyszałam bicie jego serca i szybkie tętno. No tak… byłam wampirem, miałam takie zdolności, chyba. – Louis?
- Dlaczego traktujesz mnie tak nie miło, Lily? Ciągle próbuję Cię rozgryźć, a ty za każdym razem zaskakujesz mnie czymś nowym.
- Najsmaczniejszy jest owoc zakazany, czyż nie? – zapytałam go, czując jak cała się napinam… lecz nie w ten negatywny sposób, a pozytywny… Drań próbował mnie oczarować.
- W rzeczy samej, maluchu – mruknął uśmiechając się delikatnie i jego palce dotknęły mojego policzka.
- Nie jestem maluchem, Tomlinson.
- Trudno mi Cię tak nie nazywać… Jesteś taka malutka – zaśmiał się cicho. Taka niestety była prawda. Byłam strasznie niska, szczególnie przy nim. Ledwo dosięgałam mu do ramienia. – Ale co małe, to słodkie.
- Znowu flirtujesz – parsknęłam śmiechem.
- Przeszkadza Ci to? Wystarczy tylko słowo, a przestanę – Louis swoją drugą dłonią chwycił moją lewą rękę i przyjrzał się jej, jakby to coś znaczyło.
- To przestań, dobrze? Nie czuję się… komfortowo – odparłam zmieszana.
- A ja wręcz przeciwnie – w ciemności, która panowała w pokoju, zauważyłam, że znowu ponownie szeroko się uśmiecha.
- Louis! – powiedziałam głośno, ale nie na tyle, by obudzić reszty domowników.
- No już w porządku. Odsuwam się – Louis puścił moją rękę i odszedł ode mnie na kilka kroków. – Odwiozę Cię jutro do szkoły, pasuje Ci to?
- Będzie Ci się tak chciało rano wstawać?
- Mam poranną zmianę w Groovie, i tak nie mam wyboru – westchnął zrezygnowany. – Dobra, zostawiam Cię, nim pozwiesz mnie o molestowanie – zaśmialiśmy się oboje i gdy otworzył drzwi i miał wyjść, odwrócił się jeszcze w moją stronę na chwilkę. – Ale zapamiętam to.
- Co?
- Że najsmaczniejszy jest owoc zakazany.


***************
***********

Cholera, chociaż czytam ten rozdział po raz setny, końcówka niezwykle mnie zachęca do dalszego pisania i rozgryzienia tego owocu :D Brzmię jak Louis, prawda? :D

Jak się wam podobał rozdział? Spodziewaliście się tego wszystkiego? I tego, że Lily ulegnie Louisowi? Czekam na wasze opinie w komentarzach! :D


14 komentarzy
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Nowy rozdział!! :* <3

Komentujcie <3

K.