piątek, 1 sierpnia 2014

Six.

Obserwowałam wampira z szeroko otwartymi oczami i cała drżałam ze strachu. Owszem, sama nim byłam, ale co ja mogłam z tym zrobić? Czy wampira mogłam zabić tak samo jak człowieka?
Nie zdążyłam odpowiedzieć sobie na to pytanie, bo wampir wtargnął do pokoju, zamykając za sobą drzwi na zamek. Byłyśmy przegrane z góry.
- Co takie cnotki robią w akademiku? – zapytał, idąc w naszą stronę powoli, na co my cofnęłyśmy na drugi kraniec pokoju, pod samo okno. Wampir tylko gorzko się zaśmiał. – Boicie się mnie? Nie zrobię wam krzywdy.
- Pieprz się, Derec – syknęła Ava, a ja spojrzałam na nią zszokowana.
- Znasz go? – zapytałam ją szeptem, lecz ona nie odpowiedziała.
- Nic, a nic się nie zmieniłaś, Avo Fray. Nadal tak samo dzika i buntownicza, jaką ostatni raz Cię widziałem – wampir przyjrzał się z zaciekawieniem mojej współlokatorce.
- Ava, o co tu chodzi? – spytałam ja ponownie, bardziej nerwowo.
- Wspominałam Ci, że w tym mieście grasują wampiry?
- Nie – pokręciłam przecząco głową.
- To teraz już wiesz, witaj w Mieście Śmierci, Lily Anderson – powiedział za nią Derec, uśmiechając się do mnie. – Rosalie nie mówiła, że jesteś taka ładna.
- Wiedziałam, że to sprawka tej perfidnej szmaty – fuknęła Ava, zaciskając dłonie w pięści. – Gdy ją spotkam, wyrwę jej te czarne kudły z tego jebanego łba…
- Oj, nie przesadzaj Ava, dawno się nie widzieliśmy, trzeba to nadrobić prawda?
- Skąd się znacie? – zapytałam głośniej.
- To on mnie prawie porwał, Lily. To go nasłała na mnie Hunington.
- I zrobiła to ponownie, lecz tym razem dam Ci spokój Fray… Przyszedłem do Lily – wampir spojrzał na mnie z tajemniczymi ognikami w oczach. Zmroziło mnie.
- Zostaw ją, Derec. Ona nic jej nie zrobiła.
- Dostałem inne informacje, Ava i nie waż się jej nawet chronić, bo to nic nie da. Muszę wypełnić swoje zadanie.
- Co konkretnie?
- Muszę ją… zabić – zamarłam w miejscu.
- Nie… Derec nie możesz tego zrobić… ona jest tu nowa, nie masz takiego prawa… Shalley masz od dawna na pieńku, chcesz z nią jeszcze bardziej zadzierać?
- To byłby dobry powód do tego, aby się na niej zemścić, że zabiła Alice… - na dźwięk imienia tajemniczej dziewczyny, Ava spoważniała. – Nie pamiętasz, jak zabiła Twoją siostrę za to, że była wampirem?
- Ava, to prawda? – zapytałam ją z plączącym się językiem.
- Derec, wiesz, że ona złamała prawo i ja nic nie mogłam na to poradzić. To był okres gdy Shalley zabijała wampiry, teraz tak nie jest.
- Akurat, wczoraj widziałem jak jednego zabijała z nich! Na oczach rady starszych! Jak ona może krzywdzić naszych braci i siostry?
- Wampiry to złe stworzenia i dobrze o tym wiesz! Sam nie chciałeś nim być! – krzyknęła.
- Nikt nie chce marnować swojego życia na cholerny wampiryzm i zabijać ludzi z ciągłego niepochamowanego pragnienia! Nikt z nas nie prosił się o bycie wampirem, Ava! Ty nie prosiłaś się by być…
- Dosyć – przerwała mu, z zaciśniętymi zębami. Po delikatnej Avie nie było nawet śladu : widziałam w niej teraz lwicę, która chroniła mnie. – Wyjdź stąd i zostaw nas w spokoju, Derec.
- Jeśli mają się pozbyć nas wszystkich, więc co przeżycie takiej durnej nastolatki jak Anderson wam pomoże? – w mgnieniu oka Derec znalazł się przy mnie i zacisnął mocno ręce wokół mojej szyi. Pisnęłam głośno i zacisnęłam palce na jego ręce, próbując ją oderwać. – Nie wierzgaj się tak mała, to mniej zaboli.
Poczułam jak adrenalina we mnie rośnie i rośnie. Siła raptownie zebrała się we mnie w dużych ilościach i no i przede wszystkim chęć przeżycia tego starcia. Spojrzałam na Avę, która patrzyła na mnie z ogromnym zdziwieniem.
- Lily, Twoje… - brakowało jej słów, a ja pokręciłam głową, by przestała mówić. Uciszyła się posłusznie.
 W jednej chwili wysunęły się moje kły i z łatwością wyszarpałam z objęć wampira i wbiłam się w jego szyję. Do moich uszu dotarł jego wrzask i tak jak ja chwilę wcześniej, próbował się mi wyrwać. Z głośnym charknięciem chwyciłam jego kark i go skręciłam, przez co padł na ziemię z rozszarpanym gardłem. Nie wiedziałam dużo o wampirach, lecz tą jedna rzecz zapamiętałam z filmów : to nie wystarczyło, aby go kompletnie uśmiercić. Rozejrzałam się nerwowo po pokoju w poszukiwaniu czegoś, co mogłabym zniszczyć. I natknęłam się na to : drewniany karnisz do firanek.
- Ava, stań na parapet i zdejmij ten karnisz – poprosiłam ją ochrypłym głosem i dotknęłam się po twarzy. Tak jak myślałam, miałam na niej krew tego wampira. Ta była inna, niż tamtej dziewczyny z kawiarni… Ta miała bardziej gorzki smak i z trudem ją przełykałam. Swoje dłonie również miałam w jego krwi, jak i całą bluzkę. W tym czasie co się oglądałam, Ava zdjęła dla mnie karnisz i podała mi go. Wzięłam go i jednym szarpnięciem wyrwałam z niego firankę, a następnie drewno połamałam na pół. Jedną część rzuciłam na drugi kraniec pokoju, a drugim ostatecznie dobiłam wampira, wbijając mu to w serce. Wampir na moment się ożywił, by ostatni raz na mnie spojrzeć i cały zsiniał i znieruchomiał.
Dopiero wtedy wzięłam porządny wdech i wydech i wszystko do mnie dotarło.
Zabiłam wampira.
Ava zobaczyła mnie w prawdziwym obliczu.
Zabiłam wampira… Cholera jasna.
- Lily… Proszę, powiedz, że to co zobaczyłam, nie jest prawdą… Ty nie możesz nim być… nie możesz – szeptała nerwowo, łapiąc się za swoje czarne włosy.
- Ava, ja… nawet nie wiem jak to się stało…
- Jak nie wiesz? Jak mogłaś nie wiedzieć, że jesteś wampirem, Lily?! – ponownie krzyknęła.
- Więc Louis Ci nie mówił, prawda?
- Najwyraźniej nie! – wyrzuciła ręce w powietrze, aby podkreślić swoje zdenerwowanie, lecz… na jej twarzy malowało się coś, co mnie nie przekonało w stu procentach. Tak jakby… sztuczna maska.
- Kłamiesz, Ava – stwierdziłam z przekonaniem.
- Co?
- Kłamiesz mnie. Ty musisz coś o tym wszystkim wiedzieć!
- Dziewczyno, ja nienawidzę wampirów! Jak ja teraz mam na Ciebie patrzeć, gdy tak bardzo Cię polubiłam, huh? Myślałam, że chociaż raz spotkałam w tym mieście kogoś normalnego, ale ta chujnia musiała spotkać i Ciebie! – mówiła, cicho szlochając.
- Proszę Cię… nie płacz… - gdy zrobiłam krok w przód, mimochodem plecami do ściany jeszcze mocniej
- Nie podchodź do mnie – mruknęła, siadając na podłodze. – Boże… to dlatego Louis kazał mi Cię pilnować…
- Słucham? Po jakiego wała miałaś mnie pilnować? – tym razem ja zapytałam z lekkim szokiem.
- Po takiego, że Louis się o Ciebie martwił! Nie mógł Cię pilnować w dzień, bo pracuje. Poprosił mnie, abym miała na Ciebie oko… Skąd ja miałam wiedzieć, że miałam pilnować Cię od tego, byś kogoś nie ugryzła?! Mój Boże… ty jesteś pieprzonym wampirem!
- Ava…
- Nim usiądziesz przy mnie lub zaczniesz próbować cokolwiek tłumaczyć, umyj się pierw, bo wyglądasz jak pół nieszczęścia, a ja… muszę zadzwonić po Louisa.
- Po co? – na wieść o spotkaniu z chłopakiem, ciśnienie mi podskoczyło.
- Musimy jakoś chyba się pozbyć chciała, co nie? Nie mam zamiaru spać w jednym pokoju z prawie, że rozczłonkowanym wampem.
- No tak… W porządku, niech będzie.
- I wiesz, że musisz z nim pogadać o tym… wszystkim.
- Jak będę miała humor, bo póki co… jestem wkurwiona i cała we krwi – rzekłam i zamknęłam się w łazience.

***
- Gdzie ona jest? – usłyszałam jego głos, gdy miałam zamiar wyjść z łazienki po ogarnięciu się i wrzuceniu brudnych ubrań do pralki. Louis był wkurzony. A nawet bardzo bardzo wkurzony.
- Louis, spokojnie…
- Jak mam być spokojny, jeśli Lily zabiła wampira?! I to w dodatku w pokoju akademickim? Tutaj w każdej chwili mógł ktoś wejść!
- On zamknął drzwi, gdy tylko tu wszedł – odparła, mówiąc oczywiście o Derecu. – Ona… nim jest? Jest wampirem, Louis?
- To skomplikowane, Ava… - odparł zmieszany.
- Dlaczego nic o tym nie wiem?! Mogłabym jej jakoś pomóc, czy coś!
- Ava, ty nienawidzisz wampirów i najchętniej każdego byś z tego miasta wykastrowała. Więc, jaki był sens w tym, abym cokolwiek o tym Ci mówił?
- Bo Lily to jedyna z najnormalniejszych dziewczyn, jakie tu spotkałam! Nie chcę, aby była jak każdy, inny popierdolony wampir! Ona nie pasuje do tego świata.
- Wiem to, ale jeśli już w nim jest, musisz wiedzieć, że ona potrzebuje naszej pomocy, bo sama sobie nie poradzi – powiedział i oprócz tego usłyszałam, jak coś szura po podłodze. – Zayn, zabierz go do samochodu i niech Harry wywiezie do lasu i spali. Nikt nie może się o tym dowiedzieć, nawet Grace.
- Zrozumiano, szefie – rzekł Zayn i wyczułam w jego głosie odrobinę drwiny i śmiechu.
- Jeśli jeszcze raz tak do mnie powiesz, to Ci przywalę w ten piękny, mulaci ryjek – zagroził mu, lecz wiedziałam, że był to żart.
- Oj no przestań! Nie znasz się na kawałach, stary. Zluzuj gacie i daj sobie siana lub coś.
- Idź już, nim sam Cię stąd wykopię, bro – odparł niskim tonem i Zayn ze śmiechem opuścił pokój, zatrzaskując za sobą drzwi. – Więc, gdzie ona jest, Ava?
- W łazience. Ona nie wyglądała najlepiej…
- Rozumiem – wyczułam, że kiwa głową i patrzy w stronę drzwi, za którymi się znajdowałam. – Pośpiesz się, Lily! Mamy poważną rozmowę do przeprowadzenia albo wyważę te drzwi i sam Cię stamtąd wyciągnę!
- Daj kobiecie się ogarnąć! – odkrzyknęłam, przeglądając się w lustrze i poprawiając swoje brązowe włosy.
- Nie ma na to czasu, rozmowa jest ważniejsza, wyłaź! – wywróciłam oczami i wyszłam niepewnie z łazienki. Jego i jej wzrok od razu spoczął na mnie. Ona wyglądała tak, jakby miała ochotę wybiec z tego pokoju, a Louis… skopać mi dupę za to, co zrobiłam.
Normalka.
- Mówiłem Ci, a ty mnie nie posłuchałaś. Tomlinson to debil prawda?
- Nigdy tak nie powiedziałam – mruknęłam.
- Ale tak myślisz, bo widzę to po Twojej twarzy. Boże, Lily, czy ty wiesz, co zrobiłaś?
- Uratowałam sobie i Avie dupsko, taka odpowiedź wystarczy?
- Naraziłaś siebie i ją na śmierć! Ty wiesz jaka kara grozi w tym mieście za zabicie wampira, tym bardziej jeśli ma opiekuna z rady starszych?
- Jeśli ma opiekuna?
- Zbędny szczegół – Louis machnął ręką. – Siadaj, Lily – chłopak wskazał ręką na moje łóżko. Przysiadłam na jego krańcu i wlepiłam wzrok w podłogę. – To co się tutaj wydarzyło, powinienem powiedzieć Shalley, wiesz o tym? – pokiwałam głową. – Świetnie, przynajmniej w jednym się zgadzamy… Po drugie, to jest już Twój drugi przypadek, gdy kogoś gryziesz…
- Louis, to nie było tak! – zaprotestowałam z jękiem.
- A jak? Powiedz mi – zażądał.
- On chciał mnie zabić, bo tak chciała Rosalie Hunington. Zadowolony? Masz całą prawdę – odparłam sfrustrowana.
- Rosalie Hunington? Nie widziałem jej cały rok, myślałem, że się w końcu wyprowadziła.
- Też tak myślałam – zabrała głos Ava. – Ale dzisiaj nasza Lily miała z nią mały incydent.
- Jaki incydent? – Louis ponownie przeniósł na mnie swój ciekawski wzrok.
- Wylałam na nią kawę, nic wielkiego.
- Niestety, ale ona z czegoś zrobi coś, maluchu. Radziłbym Ci je unikać na uczelni i od razu po zajęciach maszerować albo tutaj, albo do kawiarni lub w ostateczności do mnie do domu.
- Jezu, to tylko kawa, będzie ona tak z tego powodu dramatyzować?
- Niestety tak. Poza tym, ty jesteś w centrum uwagi, a ona nie. Nie lubi, gdy jest na drugim miejscu, bo według niej, rządzi tym miastem, bo je ojczulek jest tutaj burmistrzem.
- Serio?
- Tak, to ten sukinsyn wprowadził zakaz parkowania przed szkołą tylko dlatego, aby jego córeczka miała wolny parking dla siebie i jej sztucznych przyjaciółeczek – parsknęła Ava. – Zero sprawiedliwości.
- Zmieniamy temat – zauważył Lou. – Lily, tym razem mnie posłuchaj dobrze? Próbuję Ci pomóc najlepiej jak potrafię, mieszkam tu od lat i znam wampiry lepiej, niż własną rodzinę. Uwierz mi, pomogę Ci to przetrwać, dopóki nie zaczniesz się kontrolować… Patrz na mnie, gdy do Ciebie mówię – Louis ukląkł przede mną i chwycił mój podbródek swoim palcem. Wtedy byłam zmuszona patrzeć w jego oczy, bo gdyby nie to, nawet kątem oka bym na niego nie zerknęła.
Tak, byłam suką. W dodatku wampirzycą. Z kłami. Radziłabym mu uważać.
- Życie wampira nie jest proste, Lily. To jest ciągła walka o życie, nie ważne czy jesteś tu, czy w Los Angeles. Miałaś szczęście, że dopiero aktywowałaś się tu, a nie tam…
- Jak aktywowała? – przerwała mu Ava.
- Powiem Ci o tym później – spojrzał na nią, a ona kiwnęła głową, a ten powrócił do mnie. – Wiem, że chciałaś ratować siebie i Avę, ale za zabicie wampira grozi kara śmierci, Lily, a tego chyba nie chcemy, prawda?
- Prawda – przytaknęłam z niechęcią.
- Świetnie, to już dwie rzeczy, w których się zgadzamy. To jakiś postęp.
- Zależy dla kogo – burknęłam.
- Dobra, dobra, ty też musisz odrobinę wyluzować, to i ja się trochę zluzuję i wtedy się dogadamy.
- Świat do odważnych należy – wzruszyłam ramionami.
- Dlaczego jesteś taka nie miła? Próbuję z Tobą normalnie rozmawiać, a ty mnie nadzwyczajnie w świecie ignorujesz – odparł i widziałam po nim, że to mu nie odpowiadało.
- Zachowuję się tak tylko dlatego, że nic mi nie mówicie. Oboje – tu też rzuciłam krótkie spojrzenie do Avy. Ta tylko spuściła swój wzrok na dłonie. – No właśnie. Skąd ja mam te wszystkie zaniki pamięci, Louis? To jest zabawne, bo ja nic prawie stąd nie pamiętam, odkąd tu przyjechałam!
- Obiecałem, ze Ci wszystko wytłumaczę, tak? Zrobię to, gdy będziesz gotowa.
- Ale ja jestem gotowa – odparłam cicho.
- Nie, nie jesteś.
- Skąd możesz to wiedzieć?
- Po prostu to widzę. Jesteś jeszcze tym wszystkim zagubiona i… zniesmaczona, prawda? – nie odpowiedziałam mu. – Sama widzisz. Jutro po swoich zajęciach przyjdź do mnie do pracy i wezmę sobie wolne i gdzieś Cię zabiorę.
- Chyba nie chcesz mnie…?
- Nie, nic z tych rzeczy! Ja należę do tej normalnej, nie pieprzniętej społeczności – zaśmiał się cicho, przez co ja również się uśmiechnęłam. – Znalazłem to miejsce, które z chęcią Ci pokażę, dobrze? – kiwnęłam głową. – Ava, może zanocujesz u nas z Lily? Będzie to chyba lepsze, niż spanie w pokoju, gdzie zabito wampira, prawda? – zapytał Avę i popatrzył na nią.
- Tak, w chuj lepsze – Ava poderwała się z podłogi i jednym susłem pokonała pokój i spakowała swoje rzeczy do czarnej torby podróżnej.
- A czy ja mam coś do powiedzenia? – spytałam go, wciąż pogrążona w jego oczach.
- Niezbyt – uśmiechnął się krzywo. – Uwierz mi, u nas tej nocy będzie Ci lepiej.
- Dziwnie to zabrzmiało – parsknęłam śmiechem.
- A mówią, że to ja jestem zboczony.
- Bo tak jest! – krzyknęła Ava.
- Cii, to miało być tajemnicą, Fray!

***
- Głodna? – zapytał mnie jakiś chłopak, gdy siedziałam sama w kuchni w domu Louisa i jego przyjaciół. Myślałam, że był to Harry lub Zayn, lecz to był jakiś blondyn o niebieskich oczach i irlandzkim akcencie. W przeciwieństwie do innych, był ubrany w jasne ubrania i był mega wesoły, co mnie choć trochę rozpogodziło, bo już nie mogłam znieść tego mroku wokół siebie.
- Nie, dzięki – uśmiechnęłam się lekko i wróciłam do bawienia się zakrętką od wody, którą dał mi Louis.
- Jestem Niall Horan, najprzystojniejszy członek tego domu – Niall usiadł obok mnie na krześle.
- Cóż za samouwielbienie, brawo – pochwaliłam go.
- Taki jestem. Przynajmniej nie jestem Louisem, nie wytrzymałbym w jego ciele nawet godziny – zaśmialiśmy się krótko. – Sporo o Tobie słyszałem, wiesz?
- Domyślam się – westchnęłam, spoglądając na niego katem oka.
- Na serio zabiłaś starszego od siebie wampira?
- O to ja – odparłam, udając uradowaną.
- Zobaczysz, może życie wampira nie będzie takie złe, jak się to wydaje.
- Tak bycie w ciągłym pragnieniu i chęć zabijania ludzi mnie nie kręci – powiedziałam z przekąsem.
- Poradzisz sobie. Mój brat, Greg, też jest wampirem i żyje już wiele lat.
- Twój brat to wampir? – pokiwał głową. – Jak go… przemienili?
- To była konieczność. Greg miał chore serce i mało brakowało, aby umarł. Więc…
- Mów dalej – zachęciłam go, raptem się ożywiając. – Chciałabym dowiedzieć się jak najwięcej, Niall. Nie chcę żyć w ciągłej niewiedzy.
- Wiem, o tym, ale… to jest bardzo… dziwne. Sam po części tego nie rozumiem…
- Powiedz mi, proszę – położyłam rękę na jego ramieniu, przez co się uśmiechnął.
- Widzę, że nie tylko Louis jest takim flirciarzem.
- On to robi specjalnie, ja nieświadomie – uśmiechnęłam się zawadiacko.
- Sory, ale ode mnie nic nie wyciągniesz, mała. Pogadaj z Louisem.
- Myślisz, że mi powie? – prychnęłam.
- Słyszałaś o czymś takim jak „ proszę „ ? Zawsze pomaga.
- No nie wiem, czy zadziała w przypadku Tomlinsona.
- Czasami warto próbować.
- Nie wiem, Niall… On mi wielu rzeczy nie mówi, zresztą jak każdy z was… Jak mam wam zaufać, gdy siedzicie cicho?
- Na niektóre pytania sama sobie niedługo odpowiesz – powiedział z przekonaniem i wstał. – Chodź, pokażę Ci, który pokój będzie Twój.

***
Leżąc już którąś godzinę w łóżku i nie mogąc zasnąć, usłyszałam ciche pukanie do drzwi mojego „ nowego pokoju „ . Wstałam z łóżka i ociężale podeszłam do drzwi, otwierając je.
- Hej, Louis – szepnęłam, zaspanym głosem. Chłopak ubrany był w zwykły, szary dres i biały podkoszulek, który podkreślał jego umięśnione, opalone ramiona. W dodatku jego włosy były rozczochrane, co tylko dodawało mu większego seksapilu.
- Nie obudziłem? – zapytał, oblatując mnie swoim wzrokiem i lekko się uśmiechnął. No tak… Miałam na sobie jego jedną z koszulek i bieliznę. Ten widok dawał dużo to wyobraźni. Zarumieniłam się jak piwonia i spróbowałam ukryć ten fakt swoimi włosami i delikatnie obciągnęłam koszulkę w dół, by przynajmniej zakryła ona połowę moich ud. – Ciekawa kreacja, powinnaś częściej pożyczać moje ubrania.
- Nie, nie obudziłeś mnie – zignorowałam jego komentarz, odpowiadając mu kąśliwie. – Co chcesz?
- Wiesz, pomyślałem, że nie spisz… I ja uratować mógłbym Cię uratować od nudy i patrzenia na ten obrzydliwy sufit.
- Pomyślałeś genialnie, ale co z tym zrobisz? – oparłam się nonszalancko o framugę drzwi i patrzyłam na niego wyczekująco.
- Dlatego przyszedłem – uśmiechnął się złośliwie, wchodząc do środka i zamknął za sobą drzwi, co bardzo mnie zdziwiło.
- Co ty… - nie pozwolono mi dokończyć, bo Louis znalazł się tak niebezpiecznie blisko mnie, że niemal czułam jego oddech na swojej szyi, słyszałam bicie jego serca i szybkie tętno. No tak… byłam wampirem, miałam takie zdolności, chyba. – Louis?
- Dlaczego traktujesz mnie tak nie miło, Lily? Ciągle próbuję Cię rozgryźć, a ty za każdym razem zaskakujesz mnie czymś nowym.
- Najsmaczniejszy jest owoc zakazany, czyż nie? – zapytałam go, czując jak cała się napinam… lecz nie w ten negatywny sposób, a pozytywny… Drań próbował mnie oczarować.
- W rzeczy samej, maluchu – mruknął uśmiechając się delikatnie i jego palce dotknęły mojego policzka.
- Nie jestem maluchem, Tomlinson.
- Trudno mi Cię tak nie nazywać… Jesteś taka malutka – zaśmiał się cicho. Taka niestety była prawda. Byłam strasznie niska, szczególnie przy nim. Ledwo dosięgałam mu do ramienia. – Ale co małe, to słodkie.
- Znowu flirtujesz – parsknęłam śmiechem.
- Przeszkadza Ci to? Wystarczy tylko słowo, a przestanę – Louis swoją drugą dłonią chwycił moją lewą rękę i przyjrzał się jej, jakby to coś znaczyło.
- To przestań, dobrze? Nie czuję się… komfortowo – odparłam zmieszana.
- A ja wręcz przeciwnie – w ciemności, która panowała w pokoju, zauważyłam, że znowu ponownie szeroko się uśmiecha.
- Louis! – powiedziałam głośno, ale nie na tyle, by obudzić reszty domowników.
- No już w porządku. Odsuwam się – Louis puścił moją rękę i odszedł ode mnie na kilka kroków. – Odwiozę Cię jutro do szkoły, pasuje Ci to?
- Będzie Ci się tak chciało rano wstawać?
- Mam poranną zmianę w Groovie, i tak nie mam wyboru – westchnął zrezygnowany. – Dobra, zostawiam Cię, nim pozwiesz mnie o molestowanie – zaśmialiśmy się oboje i gdy otworzył drzwi i miał wyjść, odwrócił się jeszcze w moją stronę na chwilkę. – Ale zapamiętam to.
- Co?
- Że najsmaczniejszy jest owoc zakazany.


***************
***********

Cholera, chociaż czytam ten rozdział po raz setny, końcówka niezwykle mnie zachęca do dalszego pisania i rozgryzienia tego owocu :D Brzmię jak Louis, prawda? :D

Jak się wam podobał rozdział? Spodziewaliście się tego wszystkiego? I tego, że Lily ulegnie Louisowi? Czekam na wasze opinie w komentarzach! :D


14 komentarzy
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Nowy rozdział!! :* <3

Komentujcie <3

K.

czwartek, 31 lipca 2014

Five.

- Wiedziałam, po prostu wiedziałam, że się spóźnię! – pisnęłam, zbierając jak najszybciej książki potrzebne na dzisiejszy dzień do torby i wybiegłam z pokoju, kierując się do budynku obok na pierwszą lekcję, do której zostały mi dokładnie dwie i pół minuty. Nienawidziłam spóźnień, szczególnie pierwszego dnia!

Praktycznie to był drugi, ale poprzedniego dnia mnie nie było, więc to był mój pierwszy.

Przemierzałam całe podwórko sprintem i gdy tylko miałam wpaść do szkoły, wpadłam na jakąś dziewczynę i jej „ przyjaciółki „ przy okazji wylewając na nią moją kawę, którą dostałam od Avy, prosto na jej wydekoltowaną bluzkę. Otępiała odsunęła się ode mnie, dotykając po swojej mokrej bluzce. Była ona niską czarnowłosą typową suką, o nieskazitelnej cerze i figurze modelki. Mogłam się założyć, że jej iQ jest niższe, od tego, które ma w sobie pies lub świnka morska.

- Patrz jak łazisz, idiotko! – krzyknęła piskliwie, co bardziej mnie rozbawiło, niż zmartwiło. Na moją twarz mimowolnie wkradł się lekki uśmiech, ale szybko zdołałam go ukryć, nim go zauważyła.
- Sory, śpieszę się na zajęcia – powiedziałam zwyczajnym, obojętnym tonem.
- Gówno mnie to obchodzi, uwaliłaś mnie kawą, zdziro! – spojrzała na mnie z błyskawicami w oczach. A mnie podskoczyło ciśnienie.
- Tylko nie zdzira, okay? – warknęłam, chcąc przejść przez nie, ale jej ręka na moim ramieniu mnie powstrzymała. Przypatrywała mi się jakąś minutę, dopóki na jej porcelanową twarz wkradł się złowieszczy uśmiech.
- To ty… Lily Anderson, laska z Los Angeles… to tobą jara się cała uczelnia – odparła.
- Nie powiedziałabym – prychnęłam, strzepując jej rękę z swojego ciała.
- To o Tobie ciągle gadają, a nie o mnie – syknęła, diametralnie zmieniając humor, jaki miała chwilę temu.
- Mówi się trudno – wzruszyłam ramionami, ponownie chcąc je wyminąć, ale i tym razem mi się nie udało. – Czego chcesz?
- Czego? Abyś już nigdy nie wpadała mi w drogę Anderson, bo to może się źle dla Ciebie skończyć – odparła jadowicie.
- Skończyłaś? – spytałam ją, zaciskając swoje dłonie w pięści. W jednej chwili poczułam, jak robię się… głodna.
- Cholera, co Ci jest z oczami dziewczyno? – zapytała mnie, odsuwając się na jakieś dobre dwa metry ode mnie. Odwróciłam się do nich plecami i odetchnęłam kilka razy, by opanować w sobie wewnętrznego wampira.
- Nie Twój interes – charknęłam, idąc do budynku. Tym razem mi nie przeszkodziły i pozwoliły odejść.

***
Jakimś cudem zdążyłam na lekcję, ale na niej byłam ciągle rozkojarzona. Mało brakowało, aby odkryły, kim naprawdę jestem, bo nie wierzyłam w to, że nie wiedzą o istnieniu wampirów  w tym mieście. Sądząc po nich, szczególnie po tej czarnulce niezbyt mnie polubiły i mogły donieść na mnie do odpowiednich ludzi.

Godziny leciały bardzo szybko i po skończonych zajęciach, szybko pokierowałam się do akademiku. Przy wyjściu ponownie wpadłam na kogoś, na szczęście nie na te dziewczyny z samego rana, uderzając go mocno z barku. Tym razem był to chłopak… niczego sobie. Był z dwie głowy ode mnie wyższy, lekko umięśniony, lecz jego twarz miała wciąż dziecinne rysy, co dodatkowo podkreślały burza brązowych loków, jakie miał Harry. Ubrany był w spodnie khaki, czarny T-Shirt, białą kurtkę i trampki. Tak, wyglądał dziecinnie i lansersko, ale do tego można było przywyknąć, jeśli mieszkało się w LA i takich spotykałam tam kilkadziesiąt razy dziennie.

- Przepraszam, nie zauważyłam Cię – odparłam cicho, uśmiechając się delikatnie i przepraszająco.
- Nic się nie stało, to ja wpadłem na taką dziewczynę. To nie wybaczalne – zaśmiał się cicho i również się uśmiechnął, wyciągając rękę w moją stronę. – Mike Stewart.
- Lily Anderson – uścisnęłam jego dłoń i po chwili puściłam.
- Pierwszy dzień? – pokiwałam głową. – Wczoraj Cię nie widziałem.
- Problemy zdrowotne, nic poważnego – rzuciłam nijako.
- Może… pomóc Ci w czymś? W oprowadzeniu po mieście lub…
- Pójdziemy na kawę?
- Właśnie miałem o to zapytać – odparł wesoło. – Więc, może Lily Anderson, wybrałabyś się ze mną na kawę? Odmowy nie przyjmuję.
- Ależ z wielką chęcią, Mike’u Stewarcie. Jak mogłabym Ci odmówić? – powiedziałam, chichocząc jak idiotka.
- Dobra, skończmy to, bo nienawidzę uprzejmości.
- Ja też.

***
- Jaki kierunki sobie wybrałaś? Choć i tak tu wielkiego wyboru to nie ma – odparł, pijąc swoją kawę, którą zamówił w DeathGroov. Ja nie miałam na nią ochoty, co równało by się ze stanięciem z Louisem twarzą w twarz.
- Chemię, technikę i matmę z fizyką – powiedziałam, a na jego twarzy zauważyłam szok.
- Cholera dziewczyno! Ty jakimś robotem jesteś, czy co? Same ścisłe przedmioty? Oszalałaś?
- Część humanistyczna to dno, nie podpadła mi do gustu.
- Serio? Nie lubisz filologii angielskiej?
- Nie znoszę – udałam, że się wzdrygam i od niechęci spojrzałam w stronę lady, za którą stał Louis. Wiedziałam, że mnie obserwuje i moje przekonania o tym się potwierdziły. Przyglądał mi się kątem oka nawet wtedy, gdy przyjmował zamówienia. Gdy zauważył, że się mu przypatruje, puścił mi oczko i szelmowski uśmiech. Zachowywał się tak, jakby wczorajszej kłótni między nami nie było.

A ja jak idiotka musiałam się zarumienić.

- Aż tak bardzo pociąga Cię Einstein i te sprawy? – usłyszałam pytanie Mike’a, który wciąż drążył temat moich zainteresowań.
- Einstein nie był takim świrem, za jakiego go uważano – stwierdziłam, ponownie przenosząc wzrok na mojego towarzysza. – To miasto jest bardziej pokręcone od niego.
- Co nie? Miasto Śmierci… kto wymyślił mu taką nazwę? I ten dopisek, że już nigdy z niego nie wyjedziesz.
- Upiorne – przyznałam bez ogródek.
- Co Cię skłoniło do przyjazdu tu? – zapytał.
- Studia. Nauka. Sama nuda – odparłam, choć wszystko co mi się tu wydarzyło, nie było nudą.
- Potwierdzam. Więc, żeby uratować od totalnego spalenia mózgu przez krwiożerczą naukę, musisz iść ze mną do klubu w ten weekend.
- Skąd pomysł, że się zgodzę? Może po tym tygodniu spali mi się mózg, jak to ująłeś, więc co z tym zrobisz? – zapytałam, przygryzając dolną wargę.
- Będę ratował Cię swoją obecnością na zajęciach. Nie pozwolę, aby ta nauka pochłonęła Cię jak Doktor Who.
- Na zajęciach?
- Też jestem na ścisłych, Einstein. Tylko nie na chemii.
- I to mnie nazywasz robotem?
- Nie, teraz jesteś Einsteinem – uśmiechnął się szeroko.
- Ehm… Mogę porwać na chwilę Lily? – do moich uszu doszło pytanie kogoś nowego. Spojrzałam na Louisa, który stał nade mną w poplamionym fartuchu.
- Kim on jest? – zapytał mnie cicho Mike.
- Nikt groźny, zaraz wracam – odparłam, wstając z głośnym westchnięciem od stołu i poszłam z nim na zaplecze.
- Jak się czujesz? – zapytał jakby nigdy nic.
- Serio? Pytasz mnie o samopoczucie po tym, jak wczoraj o mało co nie zabiłam jakiejś bezbronnej dziewczyny? – parsknęłam ironicznie.
- Nic jej nie jest i nic nie pamięta. Spokojna głowa.
- Jak?
- Ma się swoje sposoby – wzruszył ramionami.
- I ja mam Ci ufać? Gdy nie chcesz mi nic mówić?
- Bo to jest skomplikowane, Lily, zrozum! Nie jesteś gotowa, aby jeszcze poznać prawdę.
- Jestem i jej żądam.
- To powiedz mi, ile razy dzisiaj miałaś ochotę kogoś ugryźć? – spojrzał na mnie tymi swoimi czarnymi oczami, a mi zabrakło języka  w gębie. – No ile?
- Raz, albo dwa – mruknęłam, patrząc się na swoje dłonie.
- No właśnie. Musisz pierw opanować swoje pragnienie i udawać normalnego człowieka. Bo nawet przy tym palancie zachowujesz sztucznie.
- Co ty do niego masz, Louis? On przynajmniej traktuje mnie normalnie i szczerze rozmawia.
- W tym mieście nikt nie jest normalny i to sobie zapamiętaj. Nie od tak to jest Miasto Śmierci, Anderson i radzę Ci tego nie lekceważyć.
- Spróbuję zapamiętać – syknęłam i wyszłam z pomieszczenia, wracając do stolika, przy którym siedział Mike.
 - Ten gość wydaje mi się dziwny – stwierdził, dokańczając swoją kawę i patrząc na mnie.
- Bo taki jest – zgodziłam się z nim.
- Nie żebym Ci rozkazywał czy coś, ale byłoby lepiej, gdybyś trzymała się od niego z daleka.
- Nie rozkazujesz mi, bo zamierzam to robić. A do tego klubu skuszę się, Mike.
- Super – uśmiechnął się radośnie. Tego chłopaka nie dało się nie polubić!

Tylko Louis miał jak zwykle problem z konkurencją.

***
- Wychodzimy dzisiaj gdzieś? – zapytała mnie Ava, zabierając zeszyt z matematyka sprzed nosa.
- Oddaj mi zeszyt, Ava – powiedziałam, wyciągając rękę by chwycić swoją rzecz, ale Ava odsunęła się w ostatniej chwili. – Ava, cholera no… - jęknęłam zdegustowana.
- Jak odpowiesz mi na pytanie, księżniczko – jej usta pomalowane czarną szminką wykrzywiły się w uśmiechu.
- Może tak, a teraz oddawaj – Ava rzuciła we mnie zeszytem, który złapałam i ponownie zabrałam się do odrobienia pracy domowej.
- Co to był za chłopak, z którym szłaś do kawiarni? – spytała mnie, kładąc się na swoim łóżku i patrzyła na mnie z bananem na twarzy.
- Mike, nikt specjalny – odparłam, wzruszając ramionami.
- On chyba myśli inaczej, co? Widziałam jak się na Ciebie patrzył, koleżanko i powiem Ci, że odkąd przyjechałaś tu stałaś się prawdziwą kocicą.
- Och, przestań – zaśmiałam się pod nosem i dokończyłam równanie, nad którym męczyłam się z dobre dziesięć minut i odłożyłam zeszyt na szafkę nocną. – Mike to naprawdę miły i uroczy chłopak.
- Miły? Uroczy? To na pewno jakiś zwyrodnialec.
- Dlaczego?
- W Mieście Śmierci nie ma miłych i uroczych chłoptasiów, Lily. To miasto zła, a nie usłane różami.
- Jakbym słyszała Louisa – pokręciłam głową. Najmniejsza myśl o nim powoduje u mnie zmęczenie i niechęć.
- Słyszałam, że między wami są zgrzyty…
- Nie chcę o tym rozmawiać – przerwałam jej. – Nie wiem co Ci Louis naopowiadał, ale to jest wszystko jego winą i może sobie zaprzeczać, ale ja wiem lepiej.
- Właśnie mówił mi, że chciałby…
- Nie obchodzi mnie co by chciał. Dla mnie jest nikim.
- Nie mów tak, Lily. Widziałam, że żałował tego co Ci zrobił i chce to naprawić – odparła poważnie, wlepiając wzrok w sufit.
- Nie chcę z nim rozmawiać, Ava. Gdybyś wiedziała o co tak naprawdę chodzi, podjęłabyś taką samą decyzję.
- Pewnie tak… Louis czasami zachowuje się jak palant i nie wie co robi. Znam go trochę, więc wiem co czujesz.
- Dzięki za zrozumienie – uśmiechnęłam się do niej sztucznie.
 - Do usług – parsknęła śmiechem. – A poznałaś dzisiaj kogoś prócz tego chłopaka?
- Tak… jakby – powiedziałam, przypominając sobie czarnowłosą dziewczynę, którą oblałam kawą z samego rana.
- Dlaczego tak jakby?
- Miałam niemiłe spotkanie z bodajże gwiazdami uczelni – rzekłam, a Ava raptownie podniosła się do pozycji siedzącej.
- Jak wyglądały?
- Ava, czy to tak ważne…
- Jak wyglądały? – ponowiła swoje pytanie, bardziej stanowczo.
- Była ich trójka… chyba. Na jedną z nich wylałam kawę, którą mi dałaś, więc ją zapamiętałam… Miała czarne włosy, była blada…
- Cholera – przeklęła pod nosem, marszcząc czoło.
- Co się stało, Ava? Kim ona jest? – zapytałam, mając nadzieję, że nie jest tym samym, czym ja jestem, lecz to już zachowałam dla siebie.
- To Rosalie Hunington i jej zasrane przyjaciółeczki. Trzymaj się od nich, jeśli kochasz życie.
- Co one takiego mogą mi zrobić?
- Zabić – szepnęła przez zaciśnięte gardło. Zamurowało mnie i zdałam sobie sprawę, że co mówiła ta Rosalie, było prawdą. Musiałam ich unikać, tak samo jak i Louisa, choć z nim była to zupełnie inna sprawa. – Nie rób nic im takiego, co może zagrozić im pozycji na uniwerku. Zrobią wszystko, by być na szczycie.
- Ale…
- Owszem, wyglądają na  nie groźnie, ale w rzeczywistości to zwykłe szmaty wydający pieniądze, które dostaną od swoich tatusiów albo od alfonsa.
- One się puszczają?
- Gdy trzeba – westchnęła.
- Skąd tyle o nich wiesz?
- Bo byłam w tej pojebanej grupie pustych lasek i o mało co mnie nie zabiły – Ava spojrzała na mnie oszklonymi oczami. – Dlatego wyjechałam na rok stąd, by o mnie zapomniały i dały mi spokój. Głównie tylko dlatego mnie nienawidzą, bo jestem gotem. Inni ludzie przyzwyczaili się do tego, jak się ubieram, jak maluję, ale one nie mogły tego przełknąć. Nasłały na mnie jakiegoś typa, który miał mnie zabić… Uratował mnie Zayn – tu się uśmiechnęła na wspominkę o przyjacielu Louisa.
- Podoba Ci się? – zapytałam z lekkim uśmiechem, by rozładować napiętą atmosferę.
- Tak, ale cicho, to tajemnica – odwzajemniła mi uśmiech. – Nie wygląda na takiego, co gustuje w laskach tego pokroju, ale ma wrażenie, że czujemy do siebie to samo.
- To działaj dziewczyno! Idź z nim na kawę albo do kina, jeśli tu coś takiego jest!
- Bez przesady, te miasto nie jest aż tak zacofane, na jakie wygląda. Ma kino, ale grając te same filmy przez prawie pół roku.
- Czyli jest zacofane – parsknęłam śmiechem.
- No może trochę – przyznała, oglądając swoje czarne tipsy. – Powracając do tematu tych zdzir… Nigdy się ich nie bałam i to chyba był powód, dla którego tak mnie znienawidziły. Każdy student wiedział gdzie jest ich miejsce w ich obecności. Ja to olewałam. Byłam dokładnie taka jak ty – spojrzała się na mnie. – Miałam na wszystko wyjebane i nie obchodziło mnie to, co one powiedzą. Sama odeszłam z tej grupy, co jeszcze bardziej je wkurwiło.
- A czy ty robiłaś wszystko… to co one?
- Wiem o co chcesz zapytać… Nie, nie puszczałam się. W tej grupie robiłam za matkę, a nie za super laskę. Byłam ich dziewczynką na posyłki, przyjeżdżałam po nie, gdy były schlane w trupa i odwoziłam je do domu.
- Wykorzystywały Cię.
- Odkryłam to dopiero kilka dni przed swoim wyjazdem i po akcji z tym typem. Więc spakowałam się i poprosiłam Zayn’a by wywiózł mnie do swojego domu w Północnym Teksasie.
- Dlaczego tu wróciłaś?
- Życie mnie do tego zmusiło. Jestem w tym mieście… bardzo zaangażowana i byłam tu potrzebna, że tak to powiem.
- A jaka jest prawda? – uśmiechnęłam się krzywo, wiedząc, że dziewczyna kłamie mnie w żywe oczy.
- Nie mogę Ci tego powiedzieć, Lily. To jest tajemnica.
- No i właśnie o tym mówiłam Louisowi. Nikt mi nic nie mówi i czuję się przez to sponiewierana!
- Bo o niektórych rzeczach nie powinnaś wiedzieć, Lily i radzę Ci się z tym pogodzić.
- Walić to – odparłam, wstając z łóżka.
- Gdzie idziesz? – Ava również wstała.
- Nie Twoja sprawa – warknęłam podchodząc do drzwi i gdy pociągnęłam klamkę w dół, za drzwiami stał jakiś mężczyzna. Uśmiechał się szyderczo, przez co odsłaniał swój… wampirzy zgryz. Był strasznie blady i pod jego oczami widziałam te sińce, które miałam wczoraj z… głodu.

Cholera, on był głodny.

- Witajcie moje Panie, pozwólcie, że się zabawimy – odparł niskim tonem, oblizując swoją dolną wargę językiem.
- Ja pierdolę – skomentowała Ava, całkowicie przestraszona.
- Ja pierdolę – powtórzyłam po niej otępiała jego widokiem.

Przed sobą miałam ot to prawdziwego wampira, z krwi i kości.





 ****************************

No, no kochani! Jestem pod wrażeniem, że tak szybko nabiliście komentarze! Brawa dla was! Chyba muszę częściej wyjeżdżać :D 

Co sądzicie o tym rozdziale? Jak myślicie, czy coś się stanie dziewczynom... Czy na odwrót? Wszystkiego dowiedzie się w następnym rozdziale, jeśli będą komentarze, to rzecz oczywista :D :3



13 komentarzy
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Nowy rozdział!! :* <3

Komentujcie <3

K.

środa, 30 lipca 2014

Four.



zapraszam na tego bloga, jest niesamowity! <3 
~~~~~~~~~~~~ 

- A panienka gdzie się tak stroi? – zagadnęła mnie Ava, opierając się nonszalancko o szafę jednym ramieniem i obserwowała mnie jak próbowałam się wystroić na wieczorne wyjście z Louisem, które zbliżało się nie ubłagalnie, a ja  jak zwykle miałam ten sam dylemat, za pewno jak i każda kobieta na tym pieprzonym świecie :

W co się do cholery ubrać?

- Lily Anderson jest czasowo niedostępna, proszę zadzwonić później – powiedziałam, naśladując głos swojej poczty głosowej, uważnie przeszukując walizkę w poszukiwaniu swoich ulubionych dżinsów.
- Wiedziałam, że i Louis Ciebie omota. Współczuję Ci.
- Dlaczego? – spojrzałam na nią z zaciekawieniem.
- To taki przebiegły skurczybyk… Ale za to jaki przystojny! – wykrzywiła swoje czerwone usta w uśmiechu. – Poza tym, ma trudny charakter, a jeśli uda Ci się go zmienić z sukinsyna w normalnego nastolatka z miasta śmierci, dostaniesz ode mnie nobla, dziewczyno.
- Zabawne – prychnęłam, zirytowana, w końcu natrafiając na to, czego szukałam. Szybko zdjęłam swoje jasne rurki i przebrałam się w drugie, znacznie ciemniejsze, do czego założyłam również biały podkoszulek i dżinsową kurtkę mojej mamy, którą jej zwędziłam centralnie przed wyjazdem. Na stopy założyłam białe trampki, następnie stając twarzą do Avy i obróciłam się w miejscu. – I jak?
- Jak na mój gust…
- Patrz na mój – przerwałam jej ze śmiechem.
- Ogólnie wyglądasz bardzo grzecznie i nieśmiało, wiesz? Ja bym jeszcze walnęła tutaj jakiś złoty łańcuch na szyję, czarne szpilki na platformie, mocny makijaż a la Taylor Momsen i byłoby seksownie – odparła Ava.
- Nie preferuję szpilek, łańcuchów ani makijażu…
- Dziewczyno, dwa miesiące w tym zapchlonym mieście i jesteś taka, jak inni.
- To po co tu wróciłaś? – zapytałam, a ona zbladła.
- Moja przeszłość mnie tu sprowadziła. Myślisz, że chciałam tu wracać? – burknęła w moją stronę, co mnie zaskoczyło, bo odkąd ją poznałam była dla mnie miła. – Nienawidzę tego miasta, Lily. Najchętniej spaliłabym je w drobny mak za to, co zrobiło mi i mojej rodzinie…

Jej mówienie przerwało ciche pukanie w drzwi. Otępiała po słowach Avy, podeszłam do nich i otworzyłam. Za nimi stał Louis z zabójczym uśmiechem, przez co sama wykrzywiłam swoje usta w pół uśmiechu. Byłam ciekawa, skąd chłopak wiedział, w którym pokoju mieszkałam, ale to pytanie zupełnie wypadło mi z głowy, gdy spojrzałam w jego oczy, które błyszczały tajemniczym blaskiem. Louis ubrany był cały na czarno, prócz białych trampek, które miał na swoich stopach. Jego brązowe włosy były w nieładzie i aż prosiły, żeby ktoś je ułoży. Nawet zaczęły mnie świerzbić ręce, by to zrobić, ale w ostatniej chwili się powstrzymałam.

- To jak? Gotowa? – kiwając głową wzięłam swój telefon, który trzymała dla mnie Ava i posłałam jej lekki uśmiech. – Dzięki.
- O której wrócicie moje dzieci? – zapytała nas, w ogóle nie wyglądając na zdenerwowaną, tak jak kilkanaście sekund wcześniej. Po jej nerwach nie widziałam nawet śladu.
- O której to będzie możliwe – odparł swoim barytonem Louis, patrząc kątem oka to na mnie to na Avę. – Spokojnie, odstawię ją w jednym kawałku.
- Mam nadzieję – rzekła, kładąc się na łóżku. – No idźcie sobie już. Dajcie mi trochę prywatności!
- Od kiedy zrobiłaś się taka upierdliwa, co? – spytał ją Louis, uśmiechając się krzywo.
- Od kiedy rozbiłeś mój ukochany czarny karawan, Tomlinson – posłała mu wściekłe spojrzenie.

Karawan? Nie było na stanie jakiegoś ładnego czarnego Audi lub BMW?

- Och, daj już sobie spokój, Ava. Zaczynałem dopiero wtedy uczyć się prowadzić! – jęknął zdegustowany.
- To było nie dobierać się tymi swoimi łapskami do mojej Dexie, palancie.
- Ale sama…
- Wyjdź stąd nim oszpecę tą Twoją twarz – warknęła ostrzegawczo, na co Louis ze śmiechem wycofał się ze mną z pokoju i zamknął drzwi.
- Jak ja kocham wkurzać Avę – mruknął Louis ucieszony.

***
- Louis, stary! – usłyszałam czyiś męski głos, wołający mojego towarzysza. Spojrzałam w tamtą stronę i zobaczyłam za ladą DeathGroov czwórkę, nieziemskich chłopaków. Bardzo się wyróżniali, nawet w Los Angeles takich nie widziałam. Każdy z nich miał jakąś wyjątkową cechę, przez którą byli wyjątkowi. To za pewne musieli być Ci przyjaciele Louis’a, o których mi tak mówił.
- Zayn! Dwie Latee z mlekiem, bro! – powiedział, patrząc w tamtą stronę na chwilę, a potem zajęliśmy stolik w kącie lokalu.
- Latee? – spojrzałam na niego z zaciekawieniem, gdy siadłam na krześle z mahoniu.
- Trzeba próbować nowości – wzruszył ramionami z lekkim uśmiechem, również siadając tyle, że naprzeciwko mnie.
- Interesująco – parsknęłam śmiechem, na co uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Poznałaś tutaj już kogoś oprócz mnie i Avy? – zapytał, na co pokręciłam przecząco głową. – Serio?
- Dzisiaj nie byłam przecież na zajęciach, Louis. Bawiłam się w sierotę – posłałam mu krzywy uśmiech.
- No tak, bym zapomniał – wywrócił teatralnie oczami. – Więc, musisz iść na imprezę akademicką. Największy melanż w roku i za pewno ostatni, tak jak ostatnio.
- Dlaczego?
- Zabito dwóch pijanych typków – powiedział poważnie.
- Cholera – przeklęłam.
- Było o tym bardzo długo głośno w mieście i ciągle nie wiadomo, co ich zabiło.
- Może jakieś podwójne samobójstwo?
- Wątpię w to – zaprzeczył. – W tym mieście nie ma takich debili, no chyba, że Ava – zaśmiał się.
- Louis, odpowiesz mi na jedno pytanie?
- Jasne – zauważyłam w jego oczach tajemniczy błysk… no właśnie, czego?
- Dlaczego po każdym spotkaniu z Tobą mam jedną wielką dziurę w pamięci? – Louisowi w jednym momencie stężała twarz i po jego przyjaznym uśmiechu nie było nawet śladu.
- O czym ty mówisz?
- Od wczoraj kiedy Cię poznałam po naszych spotkaniach nic nie pamiętam, Louis. Jakby coś z tej chwili zostało wymazane mi z umysłu lub coś…
- Wydaje Ci się – odparł opryskliwie. Skąd wzięła się u niego ta nagła zmiana humoru?
- Nie, Louis. Odkąd przyjechałam do tego miasta coś się ze mną dzieje… Jestem cały czas w obawie, że coś mi się stanie. To nie jest normalne.
- Mieszkam tu od wielu lat i czuję się podobnie, można do tego wszystkiego przywyknąć, uwierz mi.
- Ale to jest cholernie dziwne i niepokojące!
- Jesteś głodna? – zapytał mnie znienacka.
- Co? – odpowiedziałam pytanie, kompletnie będąc zbita z pantałyku.
- Jesteś głodna? – ponowił pytanie.
- Nie… W ogóle – mruknęłam zakłopotana. – Zmieniasz temat, wiesz o tym?
- Lily, jesteś tu dopiero drugi dzień i możesz czuć się w tym wszystkim zagubiona. Zobaczysz, minie jakiś czas i będziesz się tu czuć dość swobodnie jak w Los Angeles.
- W mieście o takiej adekwatnej nazwie? Proszę Cię, żarty sobie robisz? – prychnęłam.
- To po co tu przyjeżdżałaś? Nie było innych uczelni w kraju? – spytałam niezbyt uprzejmym tonem.
- Mówiono mi o luksusach, a nie o takiej mieście jak to coś! Przepraszam, że mnie oszukano – powiedziałam podniesionym głosem.
- Nikt nie kazał Ci się tu przeprowadzać – fuknął, wbijając we mnie swój wściekły wzrok. Widząc go takiego zdenerwowanego, umilkłam i zwinęłam w kłębek na krześle.
- Mm… Muszę iść do łazienki – wydukałam cicho, wstając od stolika.
- Lily, przepraszam, zareagowałem zbyt ostro… - zaczął się tłumaczyć Louis.
- Daj mi chwilę – odparłam, zabierając swój telefon i ruszyłam szybkim krokiem do łazienki, po drodze mijając się z Zayn’em, który przyjaźnie się do mnie uśmiechnął. Nie odwzajemniłam tego i po tym, jak przekroczyłam próg łazienki od razu zamknęłam się w kabinie na zasuwkę i oparłam się czołem o drzwi.

Czym tak wkurzyłam Louis’a? O co mu w ogóle chodziło? Nie rozumiałam gościa. Nie potrafiłam do niego dotrzeć.

Louis jest niebezpieczny, radzę Ci się trzymać od niego z daleka.
Słowa Panny Shalley w każdym stopniu się potwierdzały, co robiło się niepokojące. Louis robił się niebezpieczny takim zachowaniem i tak : powinnam trzymać się od niego z daleka. To było jedyne rozwiązanie, aby go nie spotykać.
Gdy chciałam wyjść z łazienki, ktoś do niej wszedł, a wraz z nią mocny, metaliczny zapach czegoś co drażniło moje nozdrza i gardło. Zatkało mnie przez jego częstotliwość i jednocześnie wbiło w ścianę. Ten zapach… był strasznie intensywny, ale kusił mnie i poczułam w sobie… głód.
Zręcznie przekręciłam zamek i wydostałam się z kabiny, otwierając powoli drzwi.
Przy jednej z umywalek stała jakaś dziewczyna i starannie oczyszczała swoją dłoń z rozbitego szkła, które miała wbite w skórę i ciekła z niej krew. Zdałam sobie również sprawę, że to był ten intensywny, metaliczny zapach, który wyczułam.
Czułam cholerną krew i byłam głodna… Co było ze mną nie tak?! Czy ja miałam jakieś zwidy albo urojenia psychiczne?!
- Wszystko w porządku? – zapytała mnie dziewczyna, patrząc na moje obicie w lustrze. Przeskanowałam ją dokładnie swoim groźnym wzrokiem. Była ona niską blondynką o jasnej cerze i błękitnych oczach, a jej ciało było drobne i chudziutkie.
- Nie wiem – powiedziałam, ale wyszło chyba z tego bardziej charknięcie i próbowałam to odkasłać, lecz wtedy głód we mnie się nasilił.
- Na pewno? Twoje oczy… Są dziwne – odparła, patrząc na mnie przerażona. Wtedy przeniosłam swój wzrok na siebie. Moje oczy stały się niemal czarne i wygłodniałe, a pod nimi miałam fioletowe sińce z widocznymi żyłkami. Mój oddech na ten widok przyśpieszył i chwilę później, znowu coś zaczęło się ze mną dziać.
Czułam ogromny ból z szczęce. Coś jak… wyrywanie jej bardzo powoli i bardzo boleśnie. Krzyknęłam cicho, chwytając się za brodę obie dłońmi i kuląc się.
- Boże, zawołać lekarza?! – pisnęła przestraszona, podchodząc do mnie i kładąc swoją dłoń na plecach. - Dobrze się czujesz?!
- Nnie wiem, co się ze mną dzieje… Czemu to tak boli?! – krzyknęłam, co mi pomogło i… poczułam po minucie jak coś… wysuwa się z między moich trójek, a czwórek w dolnej i zarazem górnej szczęce. Dotknęłam drżącymi palcami prawej dłoni swoje zęby i kilka z nich… było ostrych. Jak szpikulce, takie, jakie widywałam u zwierząt.
W jednej chwili zrodził się u mnie instynkt i pragnienie. Podniosłam powoli głowę do góry i natknęłam się na śmiertelnie poważnie spojrzenie dziewczyny, które potem zmieniło się w przestraszone i zagubione.
- Tyy… jesteś jednym z nich... O w mordę! – odparła, a gdy chciała uciec, z siłą hulka chwyciłam ją za ramię i przyciągnęłam do siebie. Wyczułam od niej coś mocnego i szybkiego, słyszałam to dosyć wyraźnie. To był puls tej dziewczyny, co spotęgowało we mnie jeszcze mój głód na jej krew, po czym z głośnym syknięciem wbiłam się kłami w jej tętnicę, czując ukojenie. Dziewczyna szarpała się, szamotała na możliwe strony, krzyczała mi do ucha i robiła wszystko, aby się ode mnie uwolnić. Ja jednak piłam jej krew dalej, przyznając szczerze, że strasznie mi smakowała, a co najważniejsze : zmniejszyło to moje pragnienie i suchość w gardle. To było dla mnie jak narkotyk, jak nikotyna czy smakowita kawa z mlekiem.
- Lily, cholera! – usłyszałam ze strony wejścia do łazienki męski głos z nutą złości. Kątem oka dostrzegłam Louis’a i Zayn’a.
O cholera.
- Lily, puść ją! Musisz przestać! – powiedział spokojnie Louis, idąc powoli w moją stronę. Otępiała, oderwałam się od dziewczyny, a ta osunęła się bezwładnie na ziemię z szeroko zamkniętymi oczami i rozerwanym gardłem. – Bardzo dobrze, Lily.
- Ccco ja jej zrobiłam? – wydukałam ochryple, czując jej krew na swoich wargach. – Boże, ona nie żyje, Louis! Co ja jej zrobiłam?! Czym ja jestem?! Czemu smakowała mi jej krew?! Louis, proszę, pomóż mi!
- Ci, ci… spokojnie, Lily – Louis przytulił mnie do siebie delikatnie. Zaskoczyła mnie jego reakcja. – Oddychaj, głęboko. Wierz mi, że to pomoże.
- Czy ja właśnie zabiłam tą dziewczynę? Czemu ona się nie rusza? – pytałam dalej, nawet nie śniąc o tym, by być spokojną w takiej chwili. – Louis, czym ja jestem?!
- Wszystko Ci wyjaśnię, ale musisz się uspokoić. W Twoim stanie nerwy nie są nam potrzebne.
- Co się ze mną dzieje? – spytałam ciszej, próbując się opanować, patrząc na dziewczynę przestraszona. – Proszę, zabierz mnie stąd… Nie chcę na nią patrzeć.
- Musisz się… umyć – Louis odwrócił moją twarz w stronę lustra i dosłownie : przestraszyłam się swojego odbicia. Całą twarz miałam we krwi tej dziewczyny, dłonie również, na szczęście moja jasna bluzka uchroniła się przed ubrudzeniem. Cała się trzęsąc, oderwałam się od Louisa i odkręciłam wodę w umywalce, mocząc w niej swoje ręce i szybko ścierałam z niej krew. Gdy dłonie miałam już czyste, zabrałam się za twarz, co było już znacznie trudniejsze plus to, że nadal byłam wszystkim roztrzęsiona. Szlochałam pod nosem i moje drgawki stawały się co raz większe i większe. Trzęsłam się jak osika i nie mogłam tego powstrzymać. – Ej, ej… - Louis powstrzymał mnie, kładąc dłonie na moich ramionach. Spojrzałam na niego smutno. – Pomogę Ci – stwierdził i chwycił kilka listków papieru, namoczył go wodą i zaczął nimi wycierać moją twarz. Był przy tym bardzo delikatny i patrzył mi głęboko w oczy, próbując coś z nich wyczytać.
- Czemu mi się tak przyglądasz? Pomóż tej dziewczynie, nie mi.
- Nic jej nie będzie, wyjdzie z tego bez szwanku – odparł nowy głos. Popatrzyłam automatycznie w tamtą stronę. Zayn stał tam z brudnymi rękoma od krwi, a po dziewczynie nie było nawet śladu.
- Gdzie ona…
- W bezpiecznym miejscu – powiedział, przerywając mi w połowie pytania.
- Nic jej nie będzie? – Zayn pokiwał głową. – Jakim cudem? Ja… jej gardło…
- Nie martw się oto, poradzę sobie, Lily. Teraz musisz myśleć o sobie i o tym, co robisz – odparł.
- A co ja takiego robię? Nawet nie wiem co się ze mną dzieje, czuję się tak dziwnie, tak krew, to wszystko… wzmocniło mnie, ale jednocześnie czuję do siebie obrzydzenie i wstręt.
- Nadal nie domyślasz się, kim jesteś Lily? – mulat zadał mi retoryczne pytanie.
- Hm... Kanibalem?
- Pytam się poważnie.
- A ja poważnie nie wiem o co Ci chodzi – jęknęłam zdegustowana.
- To pomyśl : Co za postać czuje pragnienie na ludzką krew, ma kły i to wszystko się jej podoba? - nie odpowiedziałam mu, gdyż miałam kompletny mętlik w głowie. – Jesteś wampirem, Lily.
- Że kim do cholery?!

***
- Co ona zrobiła?! Ugryzła dziewczynę?! I piła jej krew?! – do moich uszu doszedł dźwięk głośnego tonu Panny Shalley, który mnie lekko przestraszył.
Siedziałam w salonie w domu Louisa i jego przyjaciół, wciąż nie mogąc się otrząsnąć po tym, co mi się przytrafiło. Byłam wampirem… Osobą z legend… Jakoś nie potrafiłam w to uwierzyć, ale po jakiego piłabym krew człowieka dla własnej przyjemności?! I sprawiałoby mi to przyjemność?
Jestem kimś, o kim w ogóle pojęcia nie miałam i nie wiedziałam, że ktoś taki istnieje na świecie… Przecież od wieków wampiry były mitami, w które ludzie wierzyli, ale to nie miało znaczenia. Wampiry to czysta fikcja.
Tak, a teraz byłam jednym z nich.
Przy okazji będąc w salonie, podsłuchiwałam rozmowę, która odbywała się między Zaynem i Louisem, a Panną Shalley na piętrze. Jakim cudem tak dobrze ich słyszałam? Czy to była jakaś kolejna wampirza pseudo zdolność?
Zastanawiało mnie również, dlaczego Panna Shalley wiedziała o wszystkim… Przecież ona mogła to komuś wyjawić w tajemnicy, a mi pewnie wbiliby kołek prosto w serce! Tak się zabijało wampiry, prawda?
- Teraz gdy napiła się krwi, będzie musiała ją spożywać, dopóki nie przejdzie pełnej przemiany! A potem może jeszcze bardziej jej pragnąć, aż będzie gotowa zabić dla niej! – usłyszałam kolejne zdanie kobiety. Była zdenerwowana, a ja nadal nie wiedziałam o co chodzi i skąd ona tyle o mnie wiedziała.
- Dobrze się czujesz? – do salonu wszedł jakiś chłopak. Miał mocno kręcone włosy i przyznam : nieziemską urodę. Wyglądał zniewalająco jak na mężczyznę. Choć jak na mój gust był odrobinę za blady, gdyż jego malinowe usta mocno kontrastowały z całą resztą.
- Nnie wiem – mruknęłam cicho, czując się trochę nieswojo w jego towarzystwie. W końcu go nie znałam i mógł wiedzieć o mnie więcej, niż ja sama.
- Jestem Harry Styles, przyjaciel Louisa.
- Lily Anderson – również się przedstawiłam, patrząc na niego lekko spłoszona.
- Wiem, że czujesz się delikatnie rozkojarzona, ale wszystko się ułoży.
- Nie wydaje mi się – pokręciłam głową.
- Lily…
- Ja jestem wampirem, Harry! – przerwałam mu ostro.
- A ja…
- Harry, możesz zostawić nas samych? – na szczycie schodów pojawił się Louis z niewyraźną miną, lecz próbował tego nie okazywać.
- Jasne – odparł Harry i zniknął prawdopodobnie w kuchni. Louis szybkim krokiem podszedł do kanapy, na której siedziałam i zajął miejsce obok mnie.
- Louis… - chłopak spojrzał na mnie łagodnie. – O co w tym wszystkim chodzi? Jakim cudem jestem wampirem?
- Obiecałem, że Ci wszystko wytłumaczę, to nie będę teraz odwracał kota ogonem… Więc, najczęściej wampirami stają się osoby takie, które zostaną przez ów wampira ugryzione lub mają to we krwi, czyli w genach. Podejrzewam, że u Ciebie działa ten drugi przypadek. W Twoim dna musi być krew wampira.
- Skąd niby? Sugerujesz, że członkowie mojej rodziny to wampiry? – zapytałam zdumiona.
- Tak i nie sugeruję, tylko stwierdzam fakt. I to są na sto procent te starsze pokolenia, w których wampiry zaczęły się pojawiać.
- Czyli jeśli to idzie w linii rodziny Andersonów, to… mój ojciec sprzedał mamie te geny, które ja odziedziczyłam?
- Tak.
- Dlaczego dopiero teraz te wszystkie aspekty tego wampirzego życia się we mnie obudziły?
- Przychodzi na to odpowiednia pora, każdemu to inaczej się ujawnia. Poza tym, te miasto tak działa na takie istoty i przyśpiesza tylko takie rzeczy…
- Czemu to jest takie dziwne? Trudno jest mi w o teraz uwierzyć, Louis…
- Wiem, Lily, wiem, ale to minie. Potrzebujesz czasu…
- Potrzebuję czasu dla siebie, z dala od was – powiedziałam poważnie, a Louis spoważniał.
- A to niby dlaczego? – zapytał zaciekawiony.
- Ja was… nie znam, raptem dowiaduję się, że jestem wampirem, mam dziwne zaniki w pamięci po naszych spotkaniach… Powinnam posłuchać Shalley na początku i na Ciebie uważać – odparłam wstając z kanapy.
- Gdzie się wybierasz? – Louis chwycił mój nadgarstek i powstrzymał od zrobienia kroku.
- Do akademiku. Nie mogę przebywać w Twoim towarzystwie.
- Odwiozę Cię.
- Nie. Pójdę pieszo, dzięki za troskę – fuknęłam, macając się po kieszeniach, czy miałam swój telefon na miejscu. Na szczęście, był tam. – Nie szukaj mnie, ani nie odwiedzaj.
- Nie wiesz, jaki błąd popełniasz Lily. Potrzebujesz mnie i chłopaków.
- Poradzę sobie sama – mówiłam uparcie, kierując się w stronę drzwi. Oczywiście Louis deptał mi po piętach.
- Jeszcze nie wiesz o sobie wielu rzeczy, pomogę Ci je wszystkie przetrwać…
- Nie, Louis! – przerwałam mu, podniesionym głosem. – Nie chcę Twojej pomocy, ani nikogo innego. Póki co odkąd tu jestem dzieją mi się same nieszczęścia i wydaje mi się, że to wasza sprawka.
- Nasza? – Louis prychnął. – My Cię nie stworzyliśmy wampirem, Anderson. Taka się urodziłaś i nie zwalaj swojego prawdziwego życia na nas.
- A na kogo mam?! Gdy mieszkałam w Los Angeles nic z takich rzeczy mi się nie przytrafiało. Ba, nawet nie wiedziałam o istnieniu wampirów!
- Przyszedł na to czas.
- Louis, daj mi spokój – westchnęłam zrezygnowana i wyszłam z jego domu, zdając sobie sprawę, że nie wiem jak dojść do akademika. – Zajebiście.

***
Po pół godzinie człapania po mieście znalazłam jakiegoś przechodnia i w końcu trafiłam do akademika. Przez całą drogę czułam się obserwowana i miałam przeczucie, że ktoś czyhał na mnie za każdym budynkiem, który mijałam.
Znalezienie się w moim pokoju akademickim było dla mnie jak zbawieniem. Avy tam nie było, więc mogłam zachowywać się tak, jakby nic się nie stało. Bo co ja miałabym jej powiedzieć? Że jej przyjaciółka jest wampirem, która kilka godzin wcześniej o mało co nie zabiła pierwszej lepszej laski w łazience bo była głodna?
Tak, to było upiorne.
Niemal od razu po tym, jak wzięłam długi i gorący prysznic w łazience, usłyszałam dzwonek mojego telefonu, leżącego na szafce nocnej. Szybko narzuciłam na siebie bieliznę, dresy i podkoszulek i wybiegłam z pomieszczenia, rzucając się na łóżko i biorąc telefon w swoje dłonie jednocześnie. Na wyświetlaczu widniało zdjęcie mojej matki.
- Cholera, miałam do niej zadzwonić! – pacnęłam się w czoło wolną dłonią i odebrałam połączenie, przykładając sprzęt do ucha. – Cześć mamo!
- Lily, czemu nie odzywałaś się do mnie cały dzień?! Coś się stało?! – pytała nerwowo i stąd mogłam wyczuć jej zdenerwowanie.
- Spokojnie, mamo, wdech i wydech – odparłam. – Po prostu cały dzień spędziłam poza akademikiem i poznawałam okolicę – skłamałam, kładąc się na brzuchu.
- Och… i jak było? – matka uwierzyła w moje kłamstwo i jej ton głosu odrobinę się uspokoił.
- W porządku.
- A jak było na zajęciach?
- Hm… nie byłam dzisiaj, bo…
- Jak to nie było Cię na zajęciach? Co się w tym mieście dzieje, skarbie?!
- Mamo, wszystko jest w należytym porządku. Muszę kończyć, jestem zmęczona.
- Ale Lily…
- Dobranoc mamo – pożegnałam się z nią i zakończyłam połączenie.
Nie miałam siły dzisiaj rozmawiać z nią po tym, co się wydarzyło. Przypadkowo bym jeszcze wypaplała, że piję krew, a z tego nie potrafiłabym się już wytłumaczyć.
Cholera, jeśli zdarzyło mi się to raz… musimy zdarzyć i drugi.
Będę musiała ponownie kogoś skrzywdzić, dla własnego nie pohamowanego pragnienia.





********************************

No to witam was kochani! Wróciłam z obiecanym rozdziałem i mam nadzieję, że się wam podobał! Następne losy Lily będą na dniach, jeśli się oczywiście postaracie, moi drodzy, bo niestety widzę, że u was z komentarzami bardzo słabo. I + nie wiem czy zauważyliście, na stronie głównej dodałam link do aska, którego stworzyłam specjalnie do tego, abyście zadawali mi tam pytania dotyczące wszystkich moich opowiadań! :D

Komentujcie! To nie kosztuje was wiele siły, a dla mnie to jest cholernie mocna motywacja do pisania! 


12 komentarzy
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Nowy rozdział!! :* <3

Komentujcie <3

K.