niedziela, 13 lipca 2014

Three.

- Panno Anderson, co Pani robi o tej godzinie na dworze? - do mych uszu dotarło pytanie od dyrektorki Shalley.
- Ja... byłam z koleżanka na kawie - odparłam niepewnie i obróciłam się twarzą do niej. Tego dnia Shalley ubrana była w czarną sukienkę z baskinką i wysokie szpilki, a jej brązowe włosy były splecione w tradycyjny warkocz. 
- Jak ma na imię? - dlaczego ona musiała być tak ciekawska?
- Ava Fray.
- Pannę Fray widziałam już godzinę temu jak wchodziła do akademika, więc proszę mnie nie kłamać - powiedziała srogo.
- Ehm... Ja dokładnie nie pamiętam co się stało - burknęłam pod nosem.
- Jak to nie pamiętasz? - zdziwiła się.
- No nie pamiętam... Byłam w kawiarni z Avą i chyba zemdlałam, bo obudziłam się na zapleczu DeathGroov - oczywiście skłamałam, bo nie chciałam narażać Louis'a na niepotrzebne problemy.
- Ale dobrze już się czujesz? - zapytała.
- Tak, tylko strasznie boli mnie kark. Musiałam porządnie nim uderzyć o stół - uśmiechnęłam się lekko. - Pozwoli Pani, że ja już pójdę do swojego pokoju. Jestem bardzo zmęczona tym dniem.
- Dobrze, ale pozwól mi, że coś zobaczę, w porządku? - pokiwałam zdezorientowana głową. Panna Shalley podeszła do mnie i chwyciła moją lewą rękę i delikatnie podwinęła rękaw mojej bluzy. Jej wzrok przykuło coś, co znajdowało się tuż nad moim nadgarstkiem od wewnętrznej strony dłoni. - To znamię? 
- Tak, nawet nie wiem skąd się to wzięło. Na samym początku moja mama myślała, że mam nowotwór, ale po zrobieniu badań jej hipoteza się nie sprawdziła. Zawsze przesadzała.
- To matczyna opiekuńczość, Lily.
- Może - wzruszyłam ramionami i wyrwałam swoją rękę z jej uścisku. - Muszę już iść, jutro mam pierwsze zajęcia. Potrzebuję odpoczynku…
- Od kiedy masz to znamię? – zapytała znienacka, ciągle wciąż patrząc na moją rękę z zaciekawieniem.
- Skąd mam to wiedzieć? – odpowiedziałam pytaniem, niezbyt uprzejmym tonem. – Zauważyłam je kiedyś przy kąpieli gdy byłam dzieckiem. Potem nie zwracałam na to zbytniej uwagi. 
- Wiesz co? Masz rację, powinnaś odpocząć. Do zobaczenia, Panno Anderson – odparła, uśmiechając się lekko, lecz zauważyłam, że na jej dorosłej twarzy było coś sztucznego i nie mogłam jej uwierzyć. Nawet, nie spostrzegłam kiedy kobieta znikła i zostałam sama na dziedzińcu przed akademikiem z kompletnym mętlikiem w głowie.

Co się tu do cholery działo?

~ Shalley’s P.O.V ~

Z wielkim zdenerwowaniem dwa razy uderzyłam swoją pięścią w mahoniowe drzwi domu Tomlinson’a, które z łatwością mogłabym wyważyć i przy okazji nie musiałabym udawać kulturalnej wampirzycy. 

I wszystko kierowało się do tej Lily Anderson… Do dziewczyny, która była dla mnie zagadką od samego początku, odkąd pierwszy raz przeglądałam jej papiery o przyjęcie do naszego uniwersytetu. Wzorowa uczennica, mieszkająca przedtem w Los Angeles, piękna rudowłosa nastolatka lubiąca naukę… 

Jednak pozory myliły. 

Jak mogłam od samego początku nie sprawdzić jej całej rodziny i aktu urodzenia? Jak mogłam popełnić taki ogromy błąd?

- Co się dzieje, no?! - usłyszałam znajomy głos Tomlinson'a za drzwi, które po chwili otworzył. Był zszokowany moim widokiem. No tak... Nie często założycielka miasta składa wizytę byle komu. - Co tu Cię sprowadza, Shalley? - zapytał już niezbyt miłym tonem. On nigdy mnie nie lubił, zresztą ja go też.
- Ciebie też miło widzieć, Louis - odparłam z udawaną uprzejmością i bez pytania weszłam do środka, gdzie w salonie siedziała cała ferajna moich ulubionych nocnych łowców. Zayn, Harry, Niall, Liam i Louis zawsze się sprawowali i mogłam na nich polegać. Gorzej było z Avą, ale też się przydawała. - Witajcie Panowie.
- Co Cię tu sprowadza o tej godzinie, Grace? Mieliśmy się stawić do Ciebie za godzinę.
- Wyjątkowa sprawa... Louis, ty wiesz kim jest ta dziewczyna prawda? Widziałeś jej znamię? - spytałam chłopaka, patrząc na niego z niechęcią. Louis przez chwilę wyglądał tak, jakby chciał mnie okłamać, ale po chwili ledwo zauważalnie pokiwał głową. 
- Ona jest też kimś więcej, niż tylko nocnym łowcą, Grace. W kawiarni podczas mojej zmiany dostała nagłego ataku… była spragniona krwi. 
- Niemożliwe… Czyżby mieszaniec? – powiedziałam do siebie, lekko zdziwiona. – Nie… No coś ty, Louis. Nie spotkałam się z mieszaniem od lat. One już dawno wyginęły.
- Najwyraźniej albo jej ojciec, albo jej matka mają w sobie geny wampira i łowcy – odparł spokojnie Zayn, opierając się nonszalancko o ścianę. – Albo gdy była dzieckiem, jej matka zmówiła się w jakiś sposób z radą i Adalbert rzucił na nią zaklęcie pół krwi. 
- Przecież on sam nałożył na to zaklęcie nakaz, myślmy racjonalnie. Adalbert nie łamie swoich własnych zasad!
- Grace, ja skręciłem jej kark i ona powstała – rzekł Louis, po czym dodał, widząc moją śmiertelnie poważną minę. – I jej oczy stały się… całe czarne i głodne. Ona ma w sobie coś z wampira… I a propos, o jaki ty znamieniu mówiłaś?
- Ma tuż nad nadgarstkiem znamię łowcy. Twierdzi, że to blizna z dzieciństwa.
- Czyli jeszcze Adalbert musiał rzucić na nią czar zapominania niektórych wspomnień… Cholera i co my zrobimy? – zapytał nas wszystkich Louis, spoglądając na twarze swoich przyjaciół.
- Obserwujmy ją przez kilka dni. Ava mieszka z nią w jednym pokoju i przecież będzie mogła nam zdawać codziennie relacje, tak? – powiedział Harry, przeczesując swoje loki. – Gdy będzie z nią tak źle, jak to dzisiaj nam Lou mówił, zajmiemy się nią i przemienimy w łowcę.
- Wiecie, że w takim razie jej przemiana będzie kilkanaście razy bolesna, od zwyczajnej przemiany w łowcę, prawda? Są i przypadki, gdy takie mieszańce jak ona, umierają w trakcie… A my nie wiemy, ile ma w sobie łowcy, a ile wampira, Panowie. W każdym razie, musimy ją chronić dopóki nie wystawimy wszystkich faktów… Miejcie ją na oku, szczególnie ty Louis, bo widzę, że…
- Zapomnij, Grace. Nie rób mi matczynych wykładów, zabiorę Ci tą przyjemność – Louis uśmiechnął się do mnie pobłażliwie i zniknął w kuchni.
- I tak wiem, że mnie posłucha. Tak bardzo mnie uwielbia – westchnęłam zrezygnowana. – Do zobaczenia, chłopcy. Pamiętajcie, że dzisiaj w nocy demony będą chciały zaatakować północną stronę miasta. Macie dobrze jej strzec.
- Zrozumiano, mamo – prychnął Niall, rozkładając się na kanapę i włączył plazmę, powieszoną na ścianie. 
- Mówię poważnie – ostrzegłam ich.
- My też – powiedzieli wszyscy, włączając w to Louis’a, który dołączył z powrotem do nas. – Spokojna głowa, Grace. Zajmiemy się nią. Będzie wpełni bezpieczna.
- Oby. Od teraz jest jedną z nas, musimy dbać o nią, gdyż jest nowa. 
- Poradzimy sobie - zapewnił mnie Louis, wzdychając teatralnie.
- Świetnie - powiedziałam poważnie, po czym dodałam. - A teraz marsz na patrol.

~ Lily's P.O.V ~

Obudziłam się w środku nocy, cała zalana potem, po koszmarach, które nawiedziły mnie we śnie. Był on bardzo realistyczny... Nigdy nie miewałam tak rzeczywistych snów, bo zazwyczaj ich nie miałam. 

Zdyszana podniosłam się do pozycji siedzącej i zrzuciłam z siebie kołdrę, która mnie okrywała i wytarłam swoją twarz z potu dłońmi. Obok mnie Ava spała jak zabita i wyglądało na to, że jej nie obudziłam. Na całe szczęście, bo nie wiem jak by Ava zareagowała na pobudkę o...

- Trzecia rano, genialnie - westchnęłam cicho, patrząc na zegarek ze zmarszczonym czołem. Czułam zmęczenie, lecz... chciałam wyjść stamtąd wyjść... Chciałam czegoś, ale nie wiedziałam dokładnie co. Nie potrafiłam tego uczucia określić. Wstałam chwiejnie z łóżka, gdyż kręciło mi się lekko w głowie. Przebrałam się w ciepłą bluzę, ciemne rurki i sportowe buty, po czym po cichu wyszłam z pokoju, a kilka minut później i z akademika. Byłam bardzo zdziwiona, że drzwi od budynku nie były zamknięte. Najwyraźniej Shalley tylko mnie straszyła. Za pewno lubiła robić sobie żarty z nowych uczennic w mieście.

Boki zrywać.

Powolnym krokiem i dokładnie obserwując okolicę, ruszyłam w głąb miasta. Owszem, i Panna Shalley i Louis mówili mi, abym nie chodziła sama po zmroku, lecz potrzebowałam świeżego powietrza i tego czegoś… co było mi obce. Było to dziwne uczucie... strasznie. Czułam suchość w gardle, byłam spragniona i chwilami dawało mi się to bardzo we znaki. Chwyciłam się jedną dłonią za gardło i rozmasowywałam je, mając nadzieję, że to coś w czymś pomoże. Było na odwrót : byłam jeszcze bardziej spragniona. Zacharczałam cicho i usłyszałam coś za swoimi plecami. Stanęłam w miejscu i w jednej chwili wszystko zniknęło, a pojawiła się ludzka emocja : panika. Odwróciłam powoli głowę za siebie, a moje serce przyśpieszyło swoje obroty, gdy zauważyłam postać ubraną całą na czarno z czymś ogromnym w dłoni jak… nóż. 

- O Mój Boże… - szepnęłam sama do siebie stojąc i patrząc się w postać, która stopniowo zbliżała się do mnie, w pozycji bojowej. Ze strachem wypisanym na twarzy, odwróciłam się na pięcie i biegłam ile sił w nogach. Słyszałam za sobą jego głośne kroki, ciche warknięcia i przyśpieszony oddech, ale i tak biegł z trzy razy szybciej niż ja. Mój oddech stał się urywany, aż w końcu zabrakło mi go w płucach i ponownie poczułam suchość w gardle. Wiedziałam, że to były moje ostatnie sekundy życia. Mój bieg po kilkunastu sekundach stracił na sile, aż w końcu na moich ramionach znalazły się tego kogoś i z łatwością powalił na asfalt, przez co zraniłam sobie dłonie do krwi. Nim się obejrzałam ten ktoś był na mnie i przykładał ostre narzędzie do szyi. Postać ta miała na sobie czarny kombinezon z kapturem na głowie, lecz z łatwością rozpoznałam rysy twarzy napastnika i zmroziło mnie. – Louis? – zapytałam drżącym głosem. Chłopak zastygł w miejscu, a po chwili jednym szybkim szarpnięciem zdjął kaptur ze swojej głowy. Miałam rację. 

To był Louis! 

- Cco… ty tu robisz? – odpowiedział pytaniem, patrząc na mnie z szeroko otwartymi oczami i wycofał swoją rękę z ostrym narzędziem do tyłu. – Lily, zabroniłem Ci wychodzić po zmroku! 
- Czym ty do jasnej cholery jesteś?! – krzyknęłam, na co automatycznie Louis mnie uciszył, przykładając rękę do ust.
- Ciszej idiotko, nie chcę zostać zabity na mojej zmianie – syknął w moją stronę.
- Pproszę… Nie zabijaj mnie – wyszeptałam w jego dłoń. 
- Nie mam takiego zamiaru, Lily… Spokojnie – odparł, podnosząc mnie do pionu. Niemal od razu odsunęłam się od niego przynajmniej na trzy metry. – Lily, ja nie zrobię Ci krzywdy…
- Jak Ci mogę wierzyć, nawet jeśli Cię nie znam?! Paradujesz z jakimś nożem wielkości tasaka i mówisz, że nie zrobisz mi krzywdy?! – powiedziałam, lekko podenerwowana i suchość w moim gardle ponownie dała mi się we znaki. Przełknęłam głośno ślinę i wykrzywiłam przy tym twarz, gdyż ból nie należał do najlżejszych.
- Ej, coś Ci dolega? – zapytał mnie Louis, wyraźnie zaniepokojony. Co go to w ogóle obchodziło? 
- Nie – charknęłam z trudem.
- Widzę, że coś Ci jest.
- Nic mi nie jest! – wrzasnęłam, chwytając się za włosy i niemal je sobie wyrywając. 
- Lily, uspokój się. Ja Ci wszystko wytłumaczę… 
- Co mi wytłumaczysz?! Kim ja do cholery jestem?! 
- Dowiesz się wszystkiego w swoim czasie… Lecz jeszcze nie teraz… - powiedziawszy to, Louis z szybkością wampira znalazł się przede mną, a ja drugi raz od przyjazdu do miasta śmierci, straciłam przytomności.

***

- Lily? – czyiś głos wyrwał mnie z ciemności. Z trudem otworzyłam oczy, a nad sobą ujrzałam zmartwioną Avę. – Dzięki Bogu! Obudziłaś się!
- Co… mi się stało? – zapytałam zdezorientowana, podnosząc się lekko do góry. Byłam w swoim pokoju akademickim… i nic nie pamiętałam, co do cholery się działo… Dlaczego tak bardzo znów bolał mnie kark, dlaczego czułam się tak zmęczona… Miałam kompletną pustkę, gdy chciałam sobie przypomnieć o czymkolwiek co mogło się wczoraj wydarzyć. 
- Lunatykowałaś, Lily, nie pamiętasz? – Ava spojrzała na mnie z zainteresowaniem.
- Ja i lunatykowanie? To niemożliwe – pokręciłam głową i poczułam promieniujący ból wzdłuż mojej szyi. Syknęłam cicho, rozmasowując prawą dłonią swój kark. 
- Jednak. Jesteś tym dziwakiem, chodzącym we śnie – parsknęła śmiechem Ava. – Tak na serio, to widział Cię jeden z uczniów. Gdy chciał Cię zaprowadzić z powrotem do pokoju, szarpałaś się z nim i spadłaś ze schodów. Ot co i cała historia. 
- Nie brzmi wesoło – stwierdziłam.
- Właśnie jest odwrotnie. Jest strasznie zabawna, gdy wyobrażam sobie Ciebie, spadającą ze schodów – tym razem zaśmiałam się razem z nią.
- Kilkanaście minut była tutaj Shalley i kazała Ci zostać w pokoju cały dzień. 
- No coś ty, idę na lekcje – odparłam.
- Dziewczyno, sama dyrektorka każe Ci siedzieć na tym dupsku w pokoju, a ty jeszcze chcesz iść na lekcje? Na serio jesteś pokręcona.
- Bo przyjechałam się tutaj uczyć, Ava.
- Będziesz miała tutaj tej nauki po uszy. Póki co odpoczywaj, a ja spadam na fizykę kwantową. Boże, ten ktoś kto wymyślił ten przedmiot musiał być kompletnym idiotą.
- Fizyka kwantowa to prosta sprawa – wzruszyłam ramionami, na co Ava spojrzała się na mnie z szeroko otwartymi oczyma. 
- Cholera, z kim ja się zadaje – pokręciła głową z cichym śmiechem, zabierając swoją torbę z łóżka. – Gdyby coś Cię bolało, masz się zgłosić do Shalley i da Ci coś. Przy okazji chce z Tobą porozmawiać.
- Ze mną?
- Ponoć to coś ważnego. Dobra, idę bo się spóźnię, trzymaj się! – pomachała mi i wybiegła z pokoju, trzaskając za sobą drzwiami. 
Świetnie, czekał mnie kolejny samotny dzień w czterech ścianach. O tym właśnie marzyłam. 

***
- Jak się czujesz, Lily? Wszystko z Tobą w porządku? – spytała mnie troskliwie Shalley, gdy zaszłam do niej koło południa do gabinetu. Byłam strasznie znudzona siedzeniem w pokoju i patrzenie na to, jak studenci spędzają ze sobą czas. Czułam się jak wyrzutek bo zdaniu sobie sprawy, że jeszcze z nimi prócz Avy i Louis’a, się nie zaprzyjaźniłam. Zazwyczaj byłam osobą towarzyszką i wszędzie było mnie pełno. To się niestety zmieniło po przyjeździe tutaj. Byłam tu niecałe dwa dni, a Miasta Śmierci już nienawidziłam. 
- Trochę lepiej. Właśnie szłam na kawę by trochę odetchnąć od akademika – powiedziałam, na co Shalley dziwnie zbladła.
- Byłoby lepiej gdybyś została tutaj, możesz jeszcze zemdleć lub zasłabnąć. 
- Nie, nic mi nie będzie, ale dziękuję za troskę – uśmiechnęłam się lekko i wyszłam z jej gabinetu, kierując się do kawiarni. Na zewnątrz wszyscy się śmiali, rozmawiali, a mięśniacy ze starszego rocznika bez koszulek rzucali piłką do rugby i popisywali się przed typowymi pustymi laskami z uczelni. Wywróciłam oczami na ten widok i dokładnie oglądając drogę, by potem bez problemów wrócić do akademika. 

W DeathGroov panował spokój. Przy stolikach siedziało kilka osób, w tym prawie sami dorośli i popijali poranną kawę i jedząc specjalność dnia kawiarni : Tiramisu. Przy ladzie stała dobrze znana mi osoba i wycierała filiżanki białą ściereczką. Ta osoba chyba zauważyła, że się na nią patrzę i na mój widok uśmiechnęła się szeroko.

- Lily! – Louis pomachał mi wesoło i wyszedł zza lady. Znowu miał na sobie biały fartuch poplamiony kawą. – Jak się czujesz? – zapytał mnie już trochę ciszej.
- Skąd wiesz, czy w ogóle coś mi było? – odpowiedziałam pytaniem, śmiejąc się przy tym.
- Ava już chwaliła się, że spadłaś ze schodów i straciłaś przytomność. 
- No tak… Nic nowego – jęknęłam, po czym dodałam. – Ale czuję się dobrze. 
- Chcesz kawę? – pokiwałam głową i siadłam przy ladzie na obrotowym krześle. Gdy chciałam wyciągnąć pieniądze ze swojej torby, Louis pokręcił głową. – Na koszt firmy, chyba szef nie wyleje mnie na zbity pysk, że dałem kawę nowej mieszkance miasta za free – Louis uśmiechnął się i wziął się do pracy. – A teraz… opowiedz mi o sobie, Lily.
- O czym mam mówić? 
- Po co przyjechałaś do miasta śmierci? Sama nazwa odstrasza – Louis udał, że się wzdryga.
- Wiesz, miałam trafić do małego miasteczka w Philadelphii. Wprowadzano mnie w błąd – powiedziałam.
- Niezupełnie. Miasto Śmierci to jest małe miasteczko w Philadelphii – Louis spojrzał na mnie rozbawiony, gdy automat nalewał gorącą wodę do ogromnego kubka, a następnie kawę, co szło bardzo powoli. 
- Aha, dobrze wiedzieć – uśmiechnęłam się głupkowato i lekko zarumieniłam. 
- To nie LA, prawda?
- Skąd wiesz, że jestem z LA? – zapytałam zdziwiona.
- Jesteś tematem Tabu w mieście, nie trudno nie wiedzieć – Louis puścił mi oczko.
- Znowu to robisz – uśmiechnęłam się lekko.
- Co? – udawał niewiniątko.
- Flirtujesz. 
- Ja nie flirtuję, lecę na żywioł – zaśmiał się krótko i postawił przede mną kawę. – Mam nadzieję, że trafiłem w gust. 
- Latee z mlekiem? – zapytałam go, po spróbowaniu kawy. Louis kiwnął głową. – Moja ulubiona.
- To teraz wiem, co Ci zawsze serwować – jego uśmiech się powiększył i hipnotyzował jeszcze bardziej. – Opowiadaj dalej, Anderson. 
- Coś ty dzisiaj taki ciekawski, co?
- Chcę poznać jak najbliżej nową. Może nawet wyciągnę ją na kawę wieczorem, wiesz? Całkiem miła dziewczyna z tej Lily, może ją znasz? - naigrywał się ze mną Louis, śmiejąc się przy tym cicho.
- A co z Shalley? 
- Spokojnie, poradzę sobie z nią - zapewnił mnie. – Jestem jej ulubieńcem, ale nie chce się do tego przyznać, to byłby dla niej cios. 
To dlaczego kobieta mówiła mi, że Louis jest niebezpieczny? 
- W porządku. Ta Lily musi naprawdę Cię lubić, aby po jednym dniu znajomości iść z Tobą na kawę.
- Mam przyjechać o siódmej? – pokiwałam głową. – Nie ma sprawy. Może nawet poznam Cię z moimi chłopakami. 
- Z kim? – zapytałam, na co się zaśmiał.
- Też tutaj pracują, ale zaczynają dopiero za dwie godziny. Na pewno Cię polubią.
- Oby, inaczej mam się tutaj nie pokazywać czy coś w stylu, tak?
- Tak jakby – zaśmiał się. – Nie, żartuję, my jesteśmy bardzo przyjaznymi obywatelami miasta, którzy przestrzegają zasad… No dobra, może ich mniejszość, ale przynajmniej nie dostajemy mandatów za publiczne obnażanie się.
- Dobrze wiedzieć – zaśmiałam się głośno i kątem oka zauważyłam jak do DeathGroov wchodzi niska gotka. – Chyba czas na mnie.
- Dlaczego?
- Ava tu idzie, a kazała zostać mi w łóżku.
- Gniew Avy jest zajebisty, muszę to zobaczyć – Louis wyszedł zza lady i usiadł obok mnie na krześle, gdyż było ono dwuosobowe. Jego bliskość trochę mnie skrępowała, lecz jak posłał mi ciepły uśmiech uspokoiłam się odrobinę i rozluźniłam.
- Lily Anderson, czy moje prośby nie dotarły do Ciebie? – zapytała mnie, udając wzburzoną. Ava dzisiaj postawiła na ultra gotycki strój : czarną, długą i obcisłą suknię do ziemi, ciężkie buty i masę biżuterii na rękach w uszach, a na szyi miała obrożę z ćwiekami. Jej makijaż był strasznie mocny, co dodatkowo podkreśliła czarną kredką, sztucznymi rzęsami i krwistą szminką, a na jej głowie panowało istne siano, wymieszane z kolorowymi pasemkami. Jednym słowem, pasowała do tego miasta w stu procentach.
- Chciałam się przewietrzyć i tyle. Czułam się na tyle dobrze, aby dojść do kawiarni, która jest pięć minut drogi od akademika, Ava – powiedziałam, wzdychając i wzięłam duży łyk kawy. Gorący płyn niemal od razu rozgrzał moje struny głosowe. 
- Tak i przy okazji załapać się południowe flirtowanie z Tomlinsonem, tak? – tu spojrzała się gniewnie na Louisa. – Lou, słoneczko, mówiłam Ci, że od moich przyjaciółek wara. 
- Nie mogłem się powstrzymać – odparł, puszczając mi dyskretnie oczko. Zarumieniłam się lekko i popatrzyłam z powrotem na Avę. 
- Jeśli ją skrzywdzisz, to zobaczysz, że po Twoim pięknym uśmieszku nawet śladu nie będzie, a swojego małego przyjaciela nawet już nie zauważysz – zagroziła mu, a na wzmiankę o przyjacielu zaśmiałam się.
- Zrozumiałem, mamo. Spróbuję trzymać ręce przy sobie – powiedział tajemniczo. – A teraz skończ pieprzyć i siadaj, zaraz zrobię Ci kawę.  







******************************
 
 
A jednak mi się udało, jej! :D Znalazłam trochę czasu i od razu wstawiam tu rozdział :D Ale na pewno następny będzie po tym, jak wrócę z kolonii :D Będziecie zmuszeni poczekać troszeczkę, póki co macie rozdział 3 na otuchę :D
 
 
 
11 komentarzy
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Nowy rozdział!! :* <3
 
Komentujcie <3
 
 
K.


wtorek, 8 lipca 2014

Information.

Kochani, nie, to nie rozdział ( niestety ) :/
 
Ostatnio miałam mało wolnego czasu, nie to, że się opierdzielałam, nie xD Po prostu wyjeżdżam na kolonię za parę dni i rzadko kiedy bywałam na komputerze :P Myślałam, że wyrobię się ze wstawienie rozdziału na bloga, ale przeliczyłam swoje umiejętności gospodarowania czasu. Plus stało się to, że mój ukochany telefon umarł i również się tym zajmowałam, bo bez telefonu 11 dni za granicą? Cienka sprawa, mówiąc krótko.
Może jeszcze uda mi się wstawić rozdział przed wyjazdem, a jak nie, opublikuję go dopiero gdy wrócę, czyli 2 sierpnia :( Ogólnie rozdział jest gotowy do wstawienia, ale strasznie mi się komputer zwiesza i trudno dodawać mi na stronę powiadomienia o rozdziale :P
 
Póki co, życzę wam Miłych i pogodnych wakacji! Niech wasza opalenizna będzie jak najbardziej brązowa, a ja po wypoczynku we Włoszech i Francji wrócę do was i zasypię nowymi rozdziałami, w których : oj, będzie się działo! :D
 
Kocham xoxo.
 
K.

piątek, 4 lipca 2014

Two.

Obudził mnie głośny stuk czegoś ciężkiego, co obiło się prawdopodobnie o drzwi od pokoju. Z jękiem przekręciłam się na bok i na wpół przytomna spojrzałam na nowo przybyłego gościa.

W jasnym świetle dziennym stała dziewczyna, która mnie trochę na początku przeraziła. Trochę, co ja gadam : przeraziła mnie na maksa! Jej czarne włosy tworzyły gniazdo na głowie dziewczyny, a między nimi chowały się czerwone i niebieskie pasemka. Jej twarz była mega blada, co mogło być powodem nałożenia tony pudru ryżowego, a oczy... jak na prawdziwego gota przystało były czarne : tak jak i górna i dolna część oka, a usta były krwiste.

Jej strój... Mój Boże. Nawet nie wiem czy to co miała wtedy na sobie mogłam nazwać... sukienką. Nie dość, że była czarna, ledwo sięgała do ud, to ona przypominała mi drugą skórę. Ta " kreacja " odsłaniała jej chude, dziecięce i blade ramiona, uwydatniała atuty w postaci długich nóg, okrytych porwanymi czerwonymi rajstopami i biodra, które wielkością przypominały moje. Na stopach miała ciężkie, czarne glany z dziwnymi klamrami i grubą podeszwą.


Co jak co, ale ona pasowała do tego miasta.


- Hej! - przywitała się wesoło, uśmiechając się od ucha do ucha. Wow, tego się nie spodziewałam. Niezdarnie wygramoliłam się z łóżka i odwzajemniłam uśmiech. -  Jestem Ava Fray.

- Lily...
- Anderson, prawda? - moja mina musiała być bezbłędna, bo Ava zaśmiała się głośno. - Jesteś taka zdziwiona, co się stało?
- Sama nie wiem - odparłam szczerze.
- Chcesz porozmawiać o tym przy kawie? - Bez wahania pokiwałam głową.

***

- To wcale nie jest dziwne - stwierdziła, gdy powiedziałam jej wszystko co mi się wczoraj wydarzyło. Naprawdę nie była zaskoczona, tym co jej opowiedziałam. Jej twarz tego nie wyrażała. - W tym mieście zna Cię każdy, nawet sama jego założycielka.
- Że kto?
- Widać, że jesteś nowa - Westchnęła, pijąc czarną kawę, którą zamówiła. Siedziałyśmy przy ladzie, nie zważając na gwar, który panował wokół nas. Za ladą na drugim krańca DeathGroov stał chłopak, którego skądś znałam i co chwilę patrzył na mnie z tajemniczym błyskiem w oczach.

Louis jest niebezpieczny, radzę Ci się trzymać od niego z daleka.

Dlaczego Louis był niebezpieczny? Wyglądał na normalnego chłopaka po dwudziestce, pracującym w jedynej kawiarni w Mieście Śmierci. Wyróżniał się tylko wyglądem, bo był zabójczo przystojny, a jego uśmiech powalał mnie na łopatki.
- Ziemia do Lily! - poczułam, jak Ava mną potrząsa delikatnie, bym wróciła na ziemię. Udało jej się.
- Hm...? - niechętnie odwróciłam wzrok od Louis'a i spojrzałam na swoją towarzyszkę.
- Słyszałaś co do Ciebie mówiłam, czy olewałaś? - zapytała mnie z udawaną irytacją.
- Po części to drugie, przepraszam - odparłam, uśmiechając się przepraszająco.
- Kto był powodem tego, że mnie nie słuchałaś? - Ava zaczęła rozglądać się po lokalu i jej wzrok oczywiście padł na tą osobę, którą patrzyłam dosłownie chwilę temu. - Louis? Od kiedy on tu pracuje, skurczybyk? Louis, kochany!

Kochany? To był jej chłopak?


Louis oczywiście spojrzał w jej stronę, po czym szeroko uśmiechnął.

- Ava! Co ty tu robisz!? - Louis w mgnieniu oka znalazł się koło nas i mocno przytulił Avę. - Myślałem, że nie już tu nie wrócisz!
- Też tak myślałam, ale jak widzisz... Jestem tu i zaczynam studia.
- Pierdolisz? Ty i studia? Co się z Tobą stało?
- Sama nie wiem, to chyba przez to wszystko, co się tu zdarzyło... - zauważyłam, że Ava patrzy na mnie kątem oka, co było dla mnie niezrozumiałe. - No, ale cóż : było minęło. Poznałeś już moją nową przyjaciółkę...
- Lily, jak się masz? - zapytał mnie Louis, równie uprzejmie.
- W porządku, dzięki - uśmiechnęłam się lekko.
- To wy się znacie? - zdziwiła się Ava.
- Tak, wczoraj Louis pomógł mi znaleźć akademik. Jeszcze raz wielkie dzięki.
- Cała uprzejmość po mojej stronie - powiedział, puszczając mi oczko, tak jak poprzedniego wieczoru. Powstrzymałam się od rumieńca i dokończyłam duszkiem swoją kawę. - Smakowało?
- Bardzo - rzekłam głębokim głosem, na co Louis się uśmiechnął.
- Ej, no możecie flirtować przy mnie?! Umów się z nią Louis po pracy! Idź zarabiaj i nie świruj - Parsknęła śmiechem Ava, prowadząc Louis z powrotem za ladę. - Grzeczny chłopiec, a teraz do roboty.
- Nie jesteś moim szefem - burknął Lou, zabierając mój kubek po kawie i poszedł go umyć.
- Jeszcze się przekonamy! Przyznaj się : ile Tobie i chłopakom Taylor płaci za miesiąc?
- Nie Twój interes, Ava - warknął, posyłając jej chłodne spojrzenie. Jego zachowanie zmieniło się diametralnie. Z miłego Louis'a, zmienił się w złego. Czy on przypadkiem nie był bipolarny? - Czy może mam zawołać Zayn'a, by Ci to wytłumaczył? - na te słowa, mina Avy zrzedła, a oczy błyszczały... łzami? Tak, to były łzy.
- Ej, co się stało? - spytałam ją cicho.
- Nic, nic Lily... to te złe wspomnienia, o których nie chcę mówić... - jąkała się.
- W porządku, nie męcz się - pogłaskałam ją po ramieniu, na co lekko się uśmiechnęła.
- Jesteś chyba najmilszą osobą, jaką kiedykolwiek spotkałam Lily.
- Dzięki. Czasami jestem tą dobrą, tylko nikomu nie mów. To tajemnica - zaśmiałyśmy się cicho i w pewnym momencie poczułam się... słabo i czegoś spragniona. Przełknęłam głośno ślinę i rozrzutnie oglądałam lokal w poszukiwaniu tego czegoś, co wywołało u mnie ten stan. W jednym momencie cała miła atmosfera, prysła jak bańka mydlana.
- Ej, co się dzieje, Lily?! Twoje oczy... - Spojrzałam na dziewczynę wzrokiem zabójcy, przez co się zamknęła, ale tylko na chwilę. - Lily, powiedz mi...
- Jestem... głodna - warknęłam, lekko się trzęsąc.
- O kurwa... Louis! - pisnęła, chwytając mnie za ramiona i zaczęła mnie uważnie oglądać.
- Co ty robisz?! - zapytałam zaskoczona i zła jednocześnie. Tego drugiego nastroju nie rozumiałam. Dlaczego byłam zła?
- Od kiedy nim jesteś?! - krzyknęła cicho, a jej oczach majaczyły się błyskawice.
- Kim? Kim jestem?!
- Ava, co się dzieje? - dołączył do nas Louis, a jego wzrok od razu powędrował do mnie. - Cholera jasna... Zaprowadź ją na zaplecze!
- Co chcecie ze mną zrobić?! Zostawcie mnie! - zaczęłam panikować, przez co zwróciłam uwagę wszystkich ludzi w lokalu. Nie było ich dużo, ale i tak czułam się głupio. Mogli mnie wziąć za wariatkę.
W tempie ekspresowym Louis przerzucił mnie przez swoje ramię i wszedł do jakiegoś pokoju socjalnego, sadzając mnie na krześle.
- Ava, nie wchodź tu. Nie chcę, żebyś to widziała - Co do cholery?! Co on chciał ze mną zrobić?!
- Ale Louis...
- Wyjdź powiedziałem! - wrzasnął. Ava z kamienną twarzą, wycofała się i zamknęła za sobą drzwi, a Louis ponownie popatrzył na mnie. - Od kiedy masz te objawy?
- Jakie objawy? - wycharczałam, próbując wziąć oddech. Następną rzeczą, oprócz głodu i złości, poczułam również palący ból w gardle, który był nie do zniesienia.
- Te, dzięki którym teraz tak się zachowujesz - odparł, podchodząc do przenośnej chłodziarki. Takie często widziałam na plażach w LA.
- Nie wiem o co Ci chodzi - pokręciłam głową, trzęsąc się jak opętana.
- Hej, hej, spokojnie! - Louis zjawił się koło mnie w ciągu sekundy i położył delikatnie ręce na mojej twarzy. - Wiem, że to jest dla Ciebie nowe, niepojęte...
- Ale co jest?! Czy tylko ja nie wiem o co tu chodzi!? - krzyknęłam, próbując wstać, ale Louis mnie powstrzymał. - Nic mi nie jest, wypuść mnie stąd!
- Tak mi przykro, mam nadzieję, że nie będziesz chowała do mnie urazy... - Louis przeniósł swoje ręce na mój kark.
- Co? Co zamierzasz... - I nim postrzegłam przed moimi oczami zawitała ciemność.

***

- Lily? - usłyszałam nad sobą czyiś głos. - Lily? Otwórz oczy, proszę Cię.
Nawet gdybym chciała uczynić prośbę tej osoby, po prostu nie mogłam tego zrobić. Moja głowa z karkiem bolała mnie niemiłosiernie i ledwo mogłam się poruszać.

Co się stało? Czemu straciłam przytomność? Co się ze mną działo?


- Lily, wiem, że jesteś już z nami. Otwórz oczy, nie bój się - odezwał się... Louis? Co on tu robił?

Z lekkim jękiem podniosłam swoje powieki i gdy chciałam poruszyć głową, głośno jęknęłam.
- Powoli, Lily. Bez pośpiechu - przede mną pojawił się znikąd Louis, ze zmartwioną miną. Chłopak pomógł mi podnieść się do pozycji siedzącej i przytrzymał mnie delikatnie. Wtedy zdałam sobie sprawę, że nie byłam ani w kawiarni, ani w akademiku. Leżałam na czarnej, skórzanej kanapie w ładnym salonie.
- Gdzie ja jestem? - zapytałam pół szeptem, masując się po karku. - Co się ze mną stało?
- Nic nie pamiętasz? - Louis wydawał się zdziwiony.
- Nie... Pamiętam tylko, że byłam na kawie z Avą... Potem tylko ciemność. Tak jak... zaćma, lub coś.
- Zrobiło Ci się słabo, Ava nie zdążyła Cię złapać i walnęłaś głową o stół - wyjaśnił bez cienia uczuć.
- To wyjaśniałoby ten ból w karku... - ścisnęłam delikatnie bolące miejsce, na co cicho syknęłam. - Gdzie ja jestem? - ponowiłam swoje pierwsze pytanie.
- U mnie w domu - odparł.
- A gdzie jest Ava?
- W akademiku pilnuje waszego pokoju.
- Która jest godzina?
- Siedemnasta. Straciłaś przytomność na pięć godzin.
- Pięć? - wybałuszyłam na niego oczy. - Cholera jasna...
- Coś nie tak? - zapytał, siadając obok mnie.
- Miałam zadzwonić do mamy...
- Wydaje mi się, że Twoje zdrowie jest ważniejsze od tego telefonu. Porozmawiasz z nią później - wtrącił mi się w zdanie, lekko poirytowany. - Chcesz się czegoś napić? Lub zjeść?
- Nie... Nie jestem głodna - mruknęłam wstając, lecz się zatoczyłam i z powrotem padłam na kanapę.
- Ej, powoli... Może połóż się jeszcze na chwilę i prześpij się z tym?
- Bardzo bym chciała, bo ta kanapa jest strasznie wygodna, ale będzie lepiej jak wrócę do akademika. Nie chcę naruszać Twojej prywatności.
- Nie naruszasz. Tak się składa, że chłopacy mają drugą zmianę i będą do dwudziestej drugiej w pracy.
- Mam godziny, których muszę przestrzegać, Louis. Przed dziewiętnastą trzydzieści muszę tkwić już w pokoju uniwersyteckim i mam zakaz wychodzenia... gdziekolwiek.
- Uroczo - Prychnął. - No cóż... Odwiozę Cię do akadema dopiero wtedy, gdy coś zjesz.
- Louis, naprawdę...
- Nalegam - uśmiechnął się czarująco.
- Nie rób tego - również się uśmiechnęłam.
- Czego?
- Flirtujesz, wiesz o tym?
- Mi to nie przeszkadza. Samo wychodzi - puścił mi oczko i wstał z kanapy. - Chodź.

***


- To jest pyszne, wiesz? Nigdy nie jadłam lepszego chilli-doga - rzekłam, zapychając się jedzeniem. Louis robił to samo, tylko on prawie połykał wszystko w całości.

- Moja specjalność - pochwalił się z dumą. - Każdy gdy tu przychodzi, proszą o moje jedzenie, a nie o numer telefonu.
- Cóż, zdarza się... Chociaż i ja tak wolałabym jedzenie - uśmiechnęłam się kwaśno.
- Ej no, dziękuję Ci bardzo! - Zaśmiał się głośno, z czego mogłam wywnioskować, że nie poczuł się ani trochę urażony moim cienkim kawałem. - Może zamiast w kawiarni powinienem robić w Grillu? Ta praca chyba bardziej do mnie by pasowała, niż rozdawanie kawy dla sukinsynów z uniwerku.
- Ej - spojrzałam na niego karcąco.
- Nie mówimy to o Tobie i Avie... Po prostu uważaj na nich, okay? Oni nie są zbyt skorzy do przyjaźni.
- Przecież wiem, Louis. Chodziłam do liceum, to wiem kim są szkolne elity i divy.
- Div to tu mamy pełno. Uważaj tu szczególnie na Rosalie Hunington. Jest córką burmistrza i no wiesz... wszystko uchodzi jej na sucho.
- Nic nowego - wywróciłam oczami, dokańczając swojego chilli-doga. - Więc, dzięki za jedzenie. Było bardzo smacznie... Mógłbyś teraz odwieść mnie do akademika? Muszę przygotować się do zajęć.
- Kobieto, to dopiero będzie pierwszy dzień, nic poważnego. Nauczyciele będą tylko omawiać zasady na lekcjach i tyle. No chyba, że trafisz na Colemann, która uczy matematyki i zadaje zawsze.
- Chodziłeś tu do szkoły?
- Przez jakiś czas. Potem musiałem przerwać naukę i tak jakoś wyszło - stwierdził, wzruszając obojętnie ramionami, ale w jego minie widziałam coś, co na pewno nie było obojętne.
- Czyżby? Był jakiś prawdziwy powód?
- Moje osobiste sprawy. Nie chcę o nich rozmawiać - powiedział chłodno, wbijając swój wzrok w blat stołu.
- W porządku... To może ja wrócę na piechotę?
- Nie, nie, odwiozę Cię.
- Jakoś trafię, popytam ludzi i w końcu mi się uda - skłamałam, co oczywiście zobaczył.
- Już idziemy - Louis odszedł od stołu, wziął kluczyki z szafki kuchennej i wyszliśmy kuchennymi drzwiami, na tyły dołu. Ogródek, który się tam rozciągał, był bardzo uroczy i przede wszystkim zadbany, czego bym się w ogóle nie spodziewała po takim chłopaku jak Louis.

Opuszczając posesję, tym samym stanęliśmy przed jego samochodem.
- Mercedes Viano? - strzeliłam, ilustrując pojazd, który był bardzo zadbany i błyszczał czystością.
- Skąd wiesz? - spojrzał na mnie z zainteresowaniem.
- Mój tata był mechanikiem i często u niego w warsztacie takie były... nawet jednemu wymieniałam chłodnicę.
- Pani mechanik widzę... Elegancko - odparł, uśmiechając się szelmowsko. Zarumieniłam się delikatnie i spróbowałam ukryć ten fakt włosami. - Uroczo się czerwienisz, nie zakrywaj tego - natychmiast moja ręka zamarła w bezruchu, a Louis zrobił coś, czego się po nim nie spodziewałam. Louis palcami zaczesał moje włosy do tyłu, a następnie opuszkami palców pogładził mój zaróżowiony policzek, w efekcie czego zarumieniłam się jeszcze bardziej, a on szerzej uśmiechnął. - Wsiadaj do wozu, zaraz odstawię Cię do Avy, by Cię zdemoralizowała do końca.
- Co?
- Jeszcze jej tak do końca nie poznałaś, ale jak już to zrobisz... To uwierz mi : pożałujesz tego.

- Jesteśmy - Louis po zaledwie pięciu minutach zaparkował pod akademikiem, gdzie na zewnątrz chodzili jeszcze uczniowie, rozmawiając lub jedząc kolację. Ich wścibskie spojrzenia od razu skierowały się na mnie, na Louis'a i jego auto. Może nie było ono szczególnie wyróżniające się z tłumu, ale było zdecydowanie najładniejszym autem w całym mieście, gdyż cała reszta jeździła rzęchami z lat osiemdziesiątych - dziewięćdziesiątych.

- Kolejny raz wielkie dzięki. Nie wiem czy byłabym w stanie dojść po tym, co mi się zdarzyło...
- Mówiłem Ci, że w razie potrzeby Ci pomogę.
- O tym mi akurat nie wspominałeś - zauważyłam z cichym śmiechem.
- To teraz już wspomniałem. Jestem codziennie w Groov, więc wpadaj. Potrzebuję jakiegoś towarzystwa do gadania podczas robienia kawy i sprzątania uwalonych fusami blatów - powiedział.
- Dobrze, zapamiętam to sobie... - uśmiechnęłam się lekko i obleciałam wzrokiem od niechcenia całe jego dobrze zbudowane ciało i coś przykuło moją uwagę na jego szyi... ślad ugryzienia. - Co Ci się stało w szyję?!
- Ehm... - ręka Louis'a powędrowała do swojej szyi, zakrywając to coś. - W dzieciństwie zaatakowało mnie pies i sama rozumiesz. Był bardzo agresywny i niewychowany.
- Ah... Kumam - pokiwałam głową, choć i tak w pięćdziesięciu procentach mu nie wierzyłam. Coś mi w tym śmierdziało, ale nie zamierzałam dalej ciągnąć tego tematu. - To może... ja już pójdę.
- Jak chcesz - odparł. Przygryzając dolną wargę wydostałam się z Mercedesa Louis'a i nim zamknęłam drzwi, rzekł do mnie.
- Uważaj na siebie, Lily Anderson. Pech może czyhać na Ciebie tuż za rogiem - i odjechał, zostawiając mnie osłupiałą na środku chodnika. Czasami nie rozumiałam tego chłopaka. Raz zachowywał się normalnie, potem jak jakiś bipolarny dupek... Nawet nie wiedziałam, jak znalazłam się w jego domu! I dlaczego Avy nie było ze mną? I najważniejsze pytanie :

Dlaczego nie pamiętałam nic od momentu, którego nawet ja nie mogłam sobie przypomnieć?!






*************************

Oto nowy rozdział! Podobał się? :D Czy ten Louis oszalał? :3 Jak to można takiej dziewczynie kark skręcić no :/ xD 

Kochani, następny rozdział pojawi się już jutro, jeśli oczywiście wyrobicie się z komentarzami, a kolejny wstawię w poniedziałek :D Więc postarajcie się! :D Wiem, że to dopiero początek, ale chce widzieć wasze komentarze! :D <3



8 komentarzy
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Nowy rozdział!! :* <3


Komentujcie <3

K.

środa, 2 lipca 2014

One.

- Do jasnej cholery! - mruknęłam pod nosem, ciągnąc za sobą ogromną walizkę, wypchaną masą ciuchów i książkami, które co jak co, ale ważyły i taszczenie takiego bagażu bez niczyjej pomocy przez całe miasto, które od samego początku mi się nie spodobało, nie było fajne.
Co w ogóle skłoniło mnie do opuszczenia ciepłego Los Angeles i zamieszkania w jakiejś dziurze? Te błękitne plaże, palmy i życie jak w luksusie... Który idiota by takie coś zostawił? Najwyraźniej nim byłam, bez grama rozumu. Przeniosłam się tu, do Miasta Śmierci dopiero dzisiaj, a już tęskniłam za upałami i pełnym słońcem.
- Nie mogli mnie wysłać do Las Vegas, albo do Nowego Jorku?! Co za gówno! - warknęłam, idąc chwiejnie wzdłuż chodnika, przemierzając do miasto bez celu, z rozłożoną mapką na swoich dłoniach. Prędzej czułam się jak podróżnik, a nie uczennica City of Death University. Były to niby " prestiżowe " studia, ale po wyglądzie miasta mogłam się spodziewać, że zrobili mnie w konia. Nigdy w życiu nie słyszałam o Mieście Śmierci, ale po samej nazwie tej miejscowości, od której dostawałam dreszczy za każdym razem, gdy ją wymówiłam, nie wróżyła nic dobrego.
Lecz jednak byłam tu i jak turysta usiłowałam odnaleźć akademik, w którym miałam zamieszkać przez następne lata, będąc w tym mieście na studiach. Moja najlepsza przyjaciółka Bells wysłała tu za mnie podanie w ramach żartów, oczywiście, ale potem nie było zabawne to, że z pośród wysłanych podań przyjęli mnie tylko właśnie tu. Przez nią tak naprawdę byłam skazana na zamieszkanie w jakimś zadupiu, dzięki Bells! Jeszcze Cię dopadnę, suko!
Mijałam kolejne przecznice, aż w końcu prawdopodobnie dotarłam do Śródmieścia, które... nawet nie przypominało typowego Śródmieścia. W LA nawet na chwilę nie malało ludzi, każdy albo wychodził z domu aby się przewietrzyć, albo pójść na drinka do Funky Buddah ze znajomymi, a tu? Co najwyżej dostrzegłam kilku dorosłych, którzy ciągle oglądając się wokół siebie, prawie truchtem przemierzając wąskie ulice. Dopatrzyłam się nawet dość godnego parku, ale w nim również prawie nikogo nie było. Mogłam brać pod uwagę również to, że była prawie dziewiętnasta i zapewne połowa już siedziała zakneblowana w swoich drewnianych domkach, które co chwilę widziałam.
- Nie powinnaś chodzić o tej porze sama po mieście, wiesz o tym? - za swoimi plecami usłyszałam niski, lekko chrapowaty głos. Machinalnie odwróciłam się i ujrzałam chłopaka. Miał może ponad dwadzieścia lat i był... strasznie pociągający i seksowny. Nie był zbyt wysoki, a nie za niski : był średniego wzrostu.  Ubrany był bardzo mrocznie, co pasowało do tego miasta : miał na sobie czarną bluzę z kapturem którą miał zaciągnięty na swoje brązową czuprynę, rurki w tym samym kolorze i znoszone trampki converse. Był strasznie blady, a jego oczy błyszczały nienaturalną czernią. Gość mnie przerażał.
- Ehm... Ja... - brakowało mi słów.
- Jesteś tutaj nowa? - zadał mi kolejne pytanie, na co ja odpowiedziałam mu kiwnięciem głowy. - Jesteś jakaś... inna.
- Jak inna? O czym... ty mówisz? - mruknęłam, składając plan miasta śmierci i schowałam go do tylnej kieszeni spodni.
- Nikt o tej porze nie chodzi tak spokojnie po tym mieście - rzekł głębokim barytonem, podchodząc do mnie powoli, a ja zrobiłam dwa duże kroki do tyłu. Zalecenie mamy z dzieciństwa : nigdy nie rozmawiaj z nieznajomymi. Chłopak tylko głupkowato się uśmiechnął. - Gdzie się Panna wybiera?
- Do... akademika - odparłam niepewnie.
- Chodź, zaprowadzę Cię.
- Może będzie lepiej, jak ja sama...
- Zaufaj mi - przerwał mi w połowie zdania, patrząc na mnie chłodno i nim spostrzegłam, to on ciągnął walizkę i szedł przede mną. Na twarzy miałam wielki znak zapytania? O co facetowi chodziło? Widziałam go zaledwie od kilku minut, a już kazał sobie zaufać? Eh... To wydawało się już naprawdę dziwaczne.
- Ja nalegam - wciąż trzymałam się swojego. Chłopak się zatrzymał i ponownie spojrzał. - Ja... Cię nawet nie znam. To niemoralne i wbrew zasadom, wiesz?
- To jest Miasto Śmierci, tu wszystko jest niemoralne i wbrew zasadom - stwierdził. - Ale jeśli bardzo pragniesz moralności... Jestem Louis, a ty Lily Anderson prawda?
- Sskąd... mnie znasz? - spytałam, czując jak moje dłonie pocą się z nerwów, a puls przyśpiesza. Wytarłam ręce o uda i patrzyłam na... Louis'a podejrzliwie.
- Jesteś tu bardzo popularna, Lily - zauważyłam, że na jego twarzy zamajaczył się lekki uśmiech.
- Jakim cudem? Jestem tu od kilku godzin! - powiedziałam z głośnym westchnięciem.
- I to jest dopiero niemoralnie, czyż nie, Anderson?
- Po co ja tu przyjeżdżałam? - Złapałam się za głowę i chodziłam w kółko jak chora psychicznie laska.
- Naprawdę, chodźmy już. Akademik jest niedaleko. Może będziesz miała szczęście i Cię wpuszczą.
- Dlaczego by nie mogli tego zrobić?
- Bo jest siódma wieczór. Pomyślałaś, że to jest już cisza nocna w akademie? - Parsknąłem śmiechem.
- Wiesz, w Los Angeles nie ma ciszy nocnych i takich typu rzeczy.
- To nie Los Angeles, słodka - mruknął z zabójczym uśmiechem, który był... zniewalający. - Zamierzamy tu tak stać, czy dasz mi Cię odprowadzić do tego przeklętego akademika?
- Naprawdę mogę Ci zaufać?
- Tak, Lily - Podszedł do mnie i położył dłonie na moich ramionach. Nawet poprzez gruby materiał mojej bluzy mogłam poczuć jak bardzo był chłodny. Jego niska temperatura przeszywała moje ciało i dostałam gęsiej skórki. - Możesz mi zaufać.
- Skąd mam to wiedzieć?
- Jestem w tym mieście chyba najbardziej godnym zaufania osobnikiem.
- Czyli cała reszta to fałszywe chuje? - Podniosłam pytająco brwi. Louis zaśmiał się z mojej wypowiedzi.
- Tak jakby, ale nie do końca. Sama zobaczysz z czasem, co to jest za miejsce.
- Może ty mi powiesz? Nie lubię niespodzianek.
- Widać, że jesteś nowa - Prawie niezauważalnie wywrócił oczami. - Czy ty cokolwiek wiesz o tym mieście?
- Jakbyś nie słyszał kilka chwil wcześniej powiedziałam, że jestem tu od kilku jebanych godzin i usiłuję normalnie dotrzeć do tego akademika!
- I oto właśnie Cię proszę. Chodźmy już - odparł zniecierpliwiony.

***
- Dzięki za pomoc, Louis - odparłam cicho, zabierając od niego swoją walizkę. Stałam w wejściu do akademika, który o mało włos nie zamknęli mi go przed nosem. Lecz uprzejma sprzątaczka dała mi nawet klucze do mojego pokoju.
- Nie ma za co - uśmiechnął się lekko. - Jesteś pewna, że chcesz tu mieszkać?
- Straszysz mnie? - Zaśmiałam się krótko.
- Nie jest to przyjazne miejsce, jak dla takiej dziewczyny jak ty.
- To miał być komplement? - W odpowiedzi uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Jakbyś chciała jakieś pomocy, szukaj mnie w DeathGroov. Pracuję tam ze swoimi współlokatorami.
- Dobrze - również się uśmiechnęłam, bo jego był strasznie zaraźliwy. - Więc, do zobaczenia wkrótce, Louis.
- Tak, do zobaczenia - puścił mi oczko i powoli poszedł tą samą trasą, co my przed chwilą. Odprowadziłam go wzrokiem, dopóki nie zniknął za którymś z budynków.
- Panienka wchodzi do środka? - usłyszałam za sobą czyiś głos, który od razu rozpoznałam.
- Pani Dyrektor Shalley, co za zaszczyt - przywitałam się z nią z udawaną grzecznością, odwracając się w jej stronę. Panna Grace Shalley była niską, postawną blondynką po czterdziestce z ostrymi rysami twarzy i cerą koloru kości słoniowej. Ubrana była w czarny, dopasowany uniform, który szczerze to nawet ja bym założyła.
- Lily Anderson we własnej osobie - powiedziała z szerokim, wymuszonym uśmiechem. - Miło Cię tu widzieć o tak... później porze.
- Musiałam jakoś dojść do tego miasta i znaleźć akademik.
- W rzeczy samej, Lily. Widziałam, że Pan Tomlinson Ci w tym pomógł.
- Że Louis? - skinęła głową. - No tak... Gdyby nie on, za pewne dalej chodziłabym bez celu po mieście.
- Ale teraz jesteś tu i musisz znać pewne zasady, które tu obowiązują.
- W porządku, ale mogłybyśmy omówić to jutro. Jestem zmęczona...
- Zasada numer pierwsza - weszła mi w zdanie. Jędza. - Cisza nocna zaczyna się o godzinie wpół do ósmej. To znaczy, że nie wolno Ci opuszczać tego miejsca, a jeśli to zrobisz będziesz zostawać po godzinach w szkole.
- Pani Dyrektor...
- Zasada numer dwa - odezwała się ponownie. - Nie wdajemy się w sprzeczki, bijatyki, lecz to chyba dla Ciebie zrozumiałe, Panno Anderson?
- Tak, tak - odparłam wymijająco. Ja i bijatyka? Nie potrafiłam przebiec stu metrów bez przewrócenia się, a co dopiero mogłam mówić o biciu się z kimś znacznie silniejszym ode mnie.
- Zasada numer trzy, nie wolno organizować imprez, ubierać się zbyt wyzywająco, chociaż i tak nikt tej zasady nie przestrzega... Zachowujemy się kulturalnie i z klasą. Wszystko jest dla Ciebie jasne?
- Tak jest, proszę Pani - zasalutowałam i po pożegnaniu się, chciałam odejść, ale ponownie zatrzymał mnie jej władczy ton głosu.
- I radziłabym trzymać Ci się trzymać od Tomlinsona na dystans.
- Dlaczego? - tu mnie zaciekawiła.
- Nie pytaj, tylko mnie posłuchaj. Louis jest niebezpieczny, radzę Ci się trzymać od niego z daleka - Wywróciłam oczami i bez jej słowa pozwolenia ruszyłam do swojego nowego pokoju. Przynajmniej go znalazłam bez trudu. O dziwo drzwi były zamknięte. Myślałam, że ktoś już tu będzie, bo zostały tylko dwa dni do rozpoczęcia zajęć na uniwersytecie.
Gdy dostałam się do pokoju i zapaliłam w nim światło, jego wygląd mnie bardzo zadziwił. Spodziewałam się wszystkiego co najgorsze : pleśni, pajęczyn i tego całego świństwa... A było wręcz przeciwnie. Pokój był bardzo ładny i na swój sposób był uroczy. Były w nim dwa łózka okryte białą pościelą z czego mogłam wywnioskować, że pomieszczenie to było dwuosobowe. Ściany były pomalowane w jasnych kolorach, przez co pokój wydawał się bardziej przestrzenny i większy. Na przeciwko drzwi wejściowych było ogromne okno, które zajmowało większość miejsca. W pokoju znajdowały się również dwie szafki nocne i duża szafa. Ja jednak nie zamierzałam przechowywać w niej swoich rzeczy. Doskonale znałam numery pustych lasek, które zabierały Twoje najlepsze ubrania i wrzucały je do zsypu na śmieci. Podziękuję sobie taki rodzaj upokorzenia.
Z lekkim wysiłkiem położyłam swoją walizkę na jednym z łóżek i z kieszeni wyjęłam swojego białego Iphone i niemal od razu wybrałam numer mamy, Trish. Byłam z nią bardzo zżyta. Od kiedy zostawił ją ojciec, a to było zaledwie rok wcześniej, nie lubiłam zostawiać jej samej z myślami, gdyż odziedziczyłam po niej podejmowanie głupich i pochopnych decyzji. Przez całe trzysta pięćdziesiąt pięć dni nie opuszczałam jej, no nie licząc wyjść na miasto z moimi przyjaciółkami i na zakupy. Mama bardzo przeżywała rozstanie z tatą. Nigdy nie widziałam jej tak przybitej i smutnej. Myślała, że to była jej wina z powodu rozwodu, a tak naprawdę to tata ją po prostu zdradzał. Był prostakiem, ot co!
- Lily, córeczko! - słysząc jej głos, od razu się uśmiechnęłam. Brzmiała przesadnie radośnie.
- Hej, mamo - odparłam cicho.
- Dotarłaś do akademika? Już się rozpakowałaś? - pytała.
- Weszłam do swojego pokoju dosłownie pięć minut temu.
- I jak? Podoba Ci się?
- Same miasto... Niezbyt zachęca, ale sam akademik jest na poziomie.
- Jak to nie zachęca? Tylko nie mów mi, że kręcą się tam jakieś zboki...
- Nie, nic z tych rzeczy mamo! - przerwałam jej, choć sama nie wiedziałam, jacy mieszkają tutaj ludzie. Wszystkiego mogłam się spodziewać. - Ważne, że bezpiecznie dotarłam i nic mi nie jest, prawda?
- Tak, tak. Mam nadzieję, że sobie poradzisz kochanie. Masz dopiero osiemnaście lat, jeszcze nie wiesz wielu rzeczy...
- Mamo, spokojnie. Wiem co robię. Gdybym nie była pewna, nigdy bym nie wyjechała z Los Angeles, tak? Też miałam obawy, ale wierzę w siebie, a to mi w zupełności wystarcza - miałam nadzieję, że powiedziałam to dość przekonująco, bo nawet ja sobie nie uwierzyłam.
- Ufam Ci, Lily - oj, nie. - Dobra, dam Ci się wyspać, przebyłaś długą i męczącą podróż - dzięki Bogu, nie chciała kontynuować tematu.
- Zadzwonię jutro po południu, gdy zwiedzę miasto.
- Bądź ostrożna, słońce. Jakby co, masz do mnie dzwonić. Odbiorę w każdej chwili.
- Wiem, mamo - westchnęłam rozdrażniona.
- Kocham Cię, mamo.
- Ja Ciebie też. Dobranoc.
- Dobranoc - i się rozłączyła, na co odetchnęłam z ulgą. Odłożyłam swój telefon na szafkę nocną i położyłam się na łóżku, gdzie dostałam kompletnego mętliku w głowie. Ostrzeżenia Louis'a, Pani dyrektor i mamy były... bardzo niepokojące. Każdy kazał mi na siebie uważać, to nie było normalne.
Nim okryłam się kołdrą, pozbyłam się z siebie grubej bluzy, pozostając w białym podkoszulku i swoich trampek oraz związałam swoje rudawe włosy w niechlujny kucyk, a potem zdjęłam walizkę z łóżka, którą położyłam na ziemi po stronie okna.
 Ostatnią rzeczą, o jakiej pomyślałam przed zaśnięciem były słowa Pani dyrektor :


Louis jest niebezpieczny, radzę Ci się trzymać
od niego z daleka.






*******************************

O to pierwszy rozdział, kochani! Już trochę się dzieje, więc możemy wyciągnąć wnioski, że z nieznajomymi nie warto czasami wdawać się w konwersację :D Ale to wyjdzie z czasem i zobaczycie do jakich czynów sięgnie Lou, aby dziewczyna nie dowiedziała się prawdy o sobie :D Gwarantuję, że będzie ciekawie :3

Kochani, rozdziały będę dodawała co kilka dni, aby napisać rozdziały na przód. Mam ich już prawie pięć, więc na razie nie ma problemu z dodawaniem i następny rozdział pojawi się w piątek, jeśli oczywiście będą komentarze :D


10 komentarzy
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Nowy rozdział!! :* <3

Komentujcie <3


K.