czwartek, 20 listopada 2014

3 Generation - Two.

~ Lily’s P.O.V ~

Wrócić do żywych to było coś.

Gdyby nie krwawa jatka w krypcie i jakiś wampir, buszujący na oddziale szpitalnym na pewno pospałabym jeszcze z kilka godzin!

Czułam się… zdecydowanie inaczej. Wszystko było dla mnie jak nowość, co było też trochę frustrujące. Moje dotychczasowe życie, zakończyło się. Nie byłam już wampirem.

A prawowitym nocnym łowcą.

Uprzedzano mnie, że przemiana do najprzyjemniejszych należeć nie miała, ale moment, w którym znalazłam się po tej drugiej stronie… był potwornie przerażający. Nawet Ava kochająca takie coś, dostałaby dreszczy. Nie byłam w stanie tego opisać. Koszmar przez duże K!

Ale wróciłam. W samą porę. Mój Louis był w niebezpieczeństwie. Zawsze pokonywał wampiry z łatwością, tego dnia jakby uszło z niego jakiekolwiek życie. I to przeze mnie. Słyszałam każde słowo, które mówił. Bardzo chciałam na nie odpowiedzieć, lecz… jakby czułam się tak, jakby ktoś zaszył mi usta. Każde drgnięcie, a nawet myśl o bólu powodowała, że moje cierpienie stawało się co raz gorsze i gorsze. Ostatnie minuty mojego bycia wampirem, przypominały mi trochę jego początki. Było ono trudne, cholernie bolesne i robiłam coś, czego nie chciałam. Wspomnienie z przemiany na pewno nie będzie należało do dziesiątki najbardziej mi lubianych.
- Lily… Ty… - Louis nie był w stanie się wypowiedzieć. No tak, to mógł być dla niego szok. Tak jak dla mnie usłyszeć od niego to, że zamierza mi się oświadczyć. I nie : nie zamierzałam mu o tym powiedzieć. Niech Tomlinson wysili się trochę z tym romantyzmem i mi go pokaże! – Ty jesteś – powiedział w końcu, niezdarnie wstając z ziemi i obleciał wzrokiem wampira, którego przed chwilą zabiłam. Rzuciłam broń na ziemię, którą miałam w dłoniach i uśmiechnęłam się.
- Tak, jestem – odparłam, odczuwając ulgę i wszystkie uczucia, które się we mnie kłębiły od tych kilku dni : złość, szczęścia, smutek, ból, radość, tęsknota… Było tego wiele. W moich oczach zebrały się łzy, które mocno cisnęły mi się na oczy, odkąd się wybudziłam. – Mój Boże, ja tu jestem, Louis… - wydukałam, idąc w jego stronę w… ludzkim tempie. To było dziwne, lecz… przyjemne. Nim rzuciłam się Louisowi w ramiona zauważyłam, że jego oczy były szkliste, a na twarzy malowała się troska. Gdy wpadłam na niego, jego ramiona oplotły mnie tak mocno, jakby już nigdy nie miały mnie puścić. Wtuliłam głowę w jego masywną pierś, wybuchając płaczem. Czułam się tak prawdziwie... tak ludzko.
- Cii… Nie płacz, maleńka – szepnął w moje włosy, gładząc mnie uspokajająco po barkach. – Teraz wszystko będzie dobrze, już po krzyku – dodał po chwili, cmokając każdy możliwy skrawek mojej głowy. – Tak za Tobą tęskniłem, Lily… Nareszcie mogę Cię dotknąć, przytulić, poczuć Twoją ciepłą i delikatną skórę… Nie rób nigdy tak więcej – jego głos był napięty, ale przynajmniej ciałem był rozluźniony. Mógł być na mnie zły. W ramach pożegnania zostawiłam mu tylko durny liścik. O czym ja myślałam, gdy wpadłam na ten głupi pomysł?!
- Przepraszam – powiedziałam tylko, bo nic innego nie byłam w stanie z siebie wykrztusić. – Naprawdę przepraszam.
- Nie masz za co… - Louis odsunął się ode mnie odrobinkę, by tylko chwycić mój podbródek i podnieść go do góry. Louis trochę się zmienił od pory, gdy ostatni raz go widziałam. Był nieogolony, mocno pokiereszowany, ale nadal przystojny. To się nie zmieniło. – Postąpiłaś bardzo odważnie… ale i lekkomyślnie. Podziwiam Cię za to i dobrze o tym wiesz. Zrobiłaś to by uwolnić się od Eleanor… Zrobiłaś to dla nas. I za to Cię właśnie kocham – uśmiechnęłam się szeroko i nie mogąc dłużej czekać, wpiłam się w jego malinowe wargi, których smaku nie zaznałam od bardzo dawna.

Louis odpowiedział mi cichym jękiem, na co w moich żyłach zawrzało podniecenie. Oddałam pocałunek mocniej, chwytając się rękoma jego szerokich ramion i przybliżając ciałem do jego torsu. Louis zaśmiał się cicho pod nosem, z łatwością dominując pocałunek, wplatając palce w moje włosy, a wargi nie dawały mi nawet wziąć tchu.
- Kocham Cię, Loui… Na zabój – mruknęłam między pocałunkami. Nie odrywaliśmy się od siebie przez kilka dobrych minut. Oboje odczuliśmy tą rozłąkę, teraz…

Czas na jej odrobienie.

***
- Poczekaj tu, zrobimy im niespodziankę – Louis zatrzymał mnie przed wejściem do salonu.
- Przestań, Lou. Ava i tak pewnie wychodzi z siebie… - szepnęłam, ale on uciszył mnie słodkim pocałunkiem, za szybko go kończąc. Louis zauważył moje rozczarowanie. – Spokojnie, mamy dla siebie cały wieczór… i drugą niespodziankę.
- Czyżby? – wiedziałam o czym mówił. Wyjazd do LA. Cudowny gest z jego strony. – Powiedz mi.
- Wszystko w swoim czasie – Louis cmoknął mnie w czubek nosa, potem potarł go czubkiem swojego. Zaśmiałam się cicho z jego słodkości, którą w nim uwielbiałam.
- Wiesz, że chcę się stąd ulotnić – szepnęłam do niego, dłońmi chwytając jego koszulkę.
- Wiem, moja maleńka – cmoknął pojedynczo moje usta. – Pierw chodźmy się przywitać, potem porozmawiamy na osobności – uśmiechnął się szelmowsko.

Oj, ja już wiedziałam, na czym ta rozmowa miała polegać!

- Czekam na to z niecierpliwością – mruknęłam, biorąc go za rękę i wplątałam w nią swoje palce. – Kocham Cię, Lou, tak bardzo – jeszcze na moment wtuliłam się w pierś Louisa, nie mogąc nacieszyć się jego widokiem i dotykiem.
- Nie tak mocno, jak ja Ciebie – odparł i wyczułam, że uśmiechał się jeszcze szerzej.
- Jak długo byłam nieprzytomna.
- Prawie 4 dni – rzekł, a jego mięśnie się napięły.
- Naprawdę? – skinął ledwie zauważalnie głową. – Myślałam, że przynajmniej z tydzień… Ból odebrał mi jasność myślenia.
- Nie myśl już o tym, skarbie.
- Ale ja… nie potrafię. W żyłach nadal czuję to buzowanie, pieczenie... – głos łamał mi się na nawet najmniejsze wspomnienie z tych dni.
- Cii… - uciszył mnie, mocniej tuląc do siebie. W takich chwilach właśnie go potrzebowałam. Czułam się kochana przez niego. – Jesteś już wśród i nas i nic Ci nie grozi.
- Oprócz Arrena – przypomniałam mu, a on lekko się skrzywił.
- Prędzej zginie z moich rąk, niż Cię dotknie – warknął niskim głosem. – Drugi raz nie zamierzam Cię stracić. Zrobię wszystko, by ten demoniczny chuj wkrótce zdechł – powiedział, a mnie w dziwny sposób te słowa podniosły na duchu. Byłam pewna, że dotrzyma danego sobie i mi słowa.
- Louis?! Gdzie jesteś, ty mały… - zza rogu raptownie wyskoczyła Ava. Na mój widok jej oczy zamieniły się w ogromne spodki i głośno krzyknęła. – Lily?!
- Nie, kurwa, duch – parsknęłam śmiechem.
- Boże, Lily! Ty żyjesz! – Ava wyrwała mnie z ramion Louisa i zamknęła mnie w niedźwiedzim uścisku. Brakowało mi powietrza, lecz ukrywałam to, bo strasznie stęskniłam się za moim ukochanym misiaczkiem.
- Tak, żyję – odparłam, wtulając twarz w jej czarne włosy.
- Wiesz jakiego stracha mi napędziłaś mi stracha, misiaczku? Gdybym nie przypomniała sobie, że nie przeszłaś drugiego etapu przemiany, zeszłabym na zawał.
- Przynajmniej teraz mogę mówić, że zmartwychwstałam – zaśmiałyśmy się krótko.
- Kocham Cię i nigdy więcej mi tego nie rób, zrozumiałaś? – wyszeptała drżącym głosem.
- Drugi raz się tam nie wybieram – pokręciłam głową. – Pieprzę to.
- Mój misiaczek wrócił! Musimy to oblać! – krzyknęła. Skrzywiłam się. Tak, ostatnią rzeczą o jakiej marzyłam było upicie się w trupa.
- Tak szczerze, chcę tylko coś zjeść i pójść spać – powiedziałam szczerze, co nie mijało się z prawdą. Z głodu skręcało mnie w środku i pilne potrzebowałam czegoś do jedzenia.
- Coś wątpię, by Louis pozwolił Ci tej nocy spać – uśmiechnęła się szelmowsko, a na moją twarz wyciekł rumieniec. Dyskretnie spojrzałam na Louisa. Posyłał Avie groźne spojrzenie, ale gdy zauważył, że się na niego patrzę, puścił mi oczko co utwierdziło mnie w słowach Avy.

Tej nocy z pewnością nie pośpię.

***
Chłopacy powitali mnie wśród żywych jak swoją siostrę. Może tuż przed swoją „śmiercią” nie miałam z nimi perfekcyjnych relacji, ale teraz się to zmieniło.

Mniejsza z tym. Tego wieczoru liczył się Lou, i wyłącznie on. Moja uwaga była skupiona wyłącznie na nim.

Gdy wszyscy prócz nas poszli na patrol, jak na zawołanie rzuciliśmy się na siebie, namiętnie całując. Jęknęliśmy oboje z uznaniem, chwiejnym krokiem wchodząc po schodach. Z moją wampirzą szybkością ( której już nie posiadałam od kilku godzin ) znaleźlibyśmy się w jego pokoju w ciągu kilku sekund. Z ludzkim tempem zajęło nam to dobre pięć minut, ale… taka postać rzeczy odpowiadała mi. Przed tym nim dowiedziałam się, że byłam mieszańcem, żyłam tak przez wiele lat i nigdy mi to nie przeszkadzało.

Ale w tej chwili? Zatęskniłam za tymi swoimi wampirzymi sztuczkami.

Wparowaliśmy do pokoju, nigdy nie przestając się całować. Moje dłonie spoczęły na jego umięśnionych barkach, a jego na dole moich pleców, tuż nad pośladkami. Wprowadziłam swój język do ust Louisa, który przywitał mnie z otwartymi ramionami po długiej nieobecności. Przylgnęłam do jego ciała, zniżając dłonie na jego tors, który badałam przez koszulkę, a chwilę później i pod nią. Miał takie piękne ciało. Każdy mięsień był na swoim miejscu. Jedyną wadą były jego rany po bitwach, które pozostawiły na jego ciele jasno różowe szramy. Dyskretnie pogłaskałam je, lecz Louis i tak się napiął, w zamian czego pocałował moje usta jeszcze mocniej, pozbywając się swojej koszulki. Pomogłam mu ją zdjąć przez głowę, po czym z uwielbieniem obejrzałam jego masywną klatkę piersiową. Uśmiechnęłam się lekko, spoglądając na Louisa, jednocześnie zginając kolana, chcąc zniżyć się do jego najświętszej części ciała. Louis lecz pokręcił głową i postawił mnie do pionu.
- Dzisiaj chcę Cię kochać, a nie wykorzystywać dla swojej przyjemności – szepnął, odgarniając moje rudawe włosy na drugą stronę i cmoknął ustami miejsce tuż pod moim uchem, przysysając się do niego jednocześnie. Stęknęłam, bezwstydnie ocierając się biodrami o jego podnieconą męskość. Louis ugryzł mnie delikatnie w to miejsce, chwilę później zrywając ze mnie koszulkę.
- Nie wykorzystujesz. Przeze mnie przeszedłeś piekło, Louisie – rzekłam z trudem, odrywając się od niego. Jego oczy błyszczały pożądaniem i… jeszcze większym pożądaniem. Pragnął mnie tak mocno, tak jak ja pragnęłam jego. I to było piękne.
- Największe piekło przeżyłem, gdy nie było Cię obok mnie. Chce móc Cię wielbić, bo jesteś już na zawsze moja – powiedział z nieukrywaną mocą w głosie, przez którą przeszły mnie dreszcze, a podbrzusze wywinęło koziołka.
- Na zawsze, ale teraz… - przybliżyłam usta do jego dolnej wargi i przygryzłam ją z zawadiackim uśmiechem. – Kochajmy się, proszę.
- Dwa razy nie musisz powtarzać – warknął groźnie i pchnął mnie na łóżko. Opadłam na nie, od razu lądując na plecach. Szybko pozbyłam się swoich butów i popatrzyłam na Louisa, który przyglądał się mi niczym zwierzyna swojej ofierze na polowaniu. – Zdajesz sobie sprawę, jak jesteś piękna, maleńka? – powoli wszedł na łóżko, znajdując nade mną, między nogami. Biła od niego pewność siebie. Widzieć go takiego jest mega seksowne i na samą myśl robię się wilgotna i mokra. – Twoje ciało nadal tak samo idealne, jak przed czterema dniami… Piersi wciąż są jędrne i miękkie – dłońmi ścisnął mój biust pojedynczo, na co z moich ust wyleciał jęk rozkoszy. – Tęskniłaś za tym, prawda? Jak moje dłonie sprowadzają Cię na skraj orgazmu? – spytał, a ja jęknęłam tym razem głośniej przez jego zboczone słowa.
- Proszę, Louis…
- O co mnie prosisz, Lily? Powiedz mi czego pragniesz – mruknął z tajemniczym błyskiem pochylając się nad moim rowkiem między piersiami i językiem przebiegł aż do krawędzi moich czarnych leginsów, pozostawiając na mojej skórze ślady jego śliny. Zawiłam się pod nim, a biodra same podnosiły się do góry i ocierały o jego męskość. – Moja Lily jest spragniona mojego dotyku… - Louis cmoknął skórę tuż nad materiałem leginsów, który sekundę później chwycił w zęby i naigrywał się ze mną, próbując go zdjąć.
- Louis, szybciej… Pragnę Cię – odparłam drżącym głosem, którego już kompletnie nie panowałam. Byłam odurzona Louisem.
- Jak sobie życzysz – uśmiechnął się szeroko i chwycił moje biodra, podnosząc je jeszcze wyżej i pozbył się dolnej odzieży wraz z bielizną, a chwilę później dołączył do nich też mój stanik. Brakowało mi jego spojrzenia mówiącego mi, jak bardzo kocha moje ciało. Brakowało mi jego dotyku na nim, jego pieszczotliwych pocałunków pieszczących moją kobiecość i zręcznych dłoni, masujących moich piersi. Potrzebowałam jego dotyku jak tlenu : dwadzieścia cztery godzinę na dobę. Wcześniej nigdy nie reagowałam takim podnieceniem na osobę płci przeciwnej. Nawet uprawianie seksu z moim pierwszym chłopakiem nie było w połowie tak przyjemne, jak właśnie z Louisem. Dzika nuta w nim i we mnie pozwalała nam obojgu wyszaleć się. Potrzebowaliśmy tego, szczególnie po tak długiej rozłące. Dzięki niemu czułam się spełniona. – Jesteś taka piękna… - oświadczył szeptem, całując mnie krótko, jednocześnie przejeżdżając dłońmi przez całe moje ciało, jakby robił to pierwszy raz. – Bądź moja na zawsze, Lily.
- Jestem i nigdzie się nie wybieram – rzekłam, przyciągając jego twarz do swojej, a rękoma zręcznie pozbyłam się spodni i bokserek, które były tylko przeszkodą w tym momencie. Nic już nie stało nam na drodze. Prócz jednego. – Louis, gumki.
- Po co? – uśmiechnął się figlarnie.
- Nie biorę tabletek, zapomniałeś? – zapytałam go, sięgając dłonią do szafki. Otworzyłam szafkę i zajęta całowaniem go, na oślep wyciągnęłam małą paczuszkę i położyłam obok nas.
- Wiesz jak ich nie lubię, Lily – powiedział, a w jego głosie słyszałam irytację. – Od jutra znowu tabletki – oświadczył, podnosząc się do góry i wziąwszy do rąk prezerwatywę, rozerwał jej opakowanie, po czym założył ją na swoją sterczącą długość. – Gotowa, mała? – Louis chwycił moje nogi i obwiązał je sobie wokół pasa. Czułam jak jego czubek penisa błądzi przed moim wejściem do kobiecości. – Ugh, czuję jak mokra jesteś… - mruknął i oboje patrzyliśmy się, jak zatapia się w moim ciasnym środku. Nie poczułam żadnego bólu, a ogromną przyjemność rozpierającą mnie po całym ciele.
- Mój Boże, Louis… - wydyszałam, powoli poruszając biodrami, wychodząc mu naprzeciw. Louis jęknął cicho, mocno trzymając mnie za ręce i pożerając moje usta. Uczucie było obłędne. Warto było czekać tyle dni na coś tak fantastycznego. – Szybciej, proszę… chcę szybciej – poprosiłam go błagalnym tonem, otwierając lekko usta czując kiełkowanie mojego orgazmu.
- Kocham to, jak mnie błagasz, skarbie… Trudno jest mi Tobie czegokolwiek odmówić – odparł, pchając płynnie swoją miednicą, a jego penis perfekcyjnie uderzał w mój czuły punkt, a fale podniecenia przechodziły przez całe ciało z potężną siłą.
- Louis! – krzyknęłam cicho, gdy wbił się we mnie mocniej, uderzając w szyjkę macicy. – Cholera!
- Nie wyrażaj się – warknął niczym zwierz, przyśpieszając swoje ruchy do maksimum. W końcu moje mięśnie zacisnęły się wokół jego twardej męskości i czekały na decydujący cios, przez który zostaną one uwolnione. Lou z desperacją przeniósł ręce na ramę łóżka nad nami i jego pchnięcia stały się mocne i niedokładne, co świadczyło o tym, że również był blisko. Wtuliłam twarz w jego szyję, zlizując słony pot, który otoczył nasze ciała i kątem oka zerknęłam w miejsce i natychmiast zostałam wręcz oczarowana tym erotycznym widokiem. Louis również tam spojrzał. – To piękne prawda? To jak mój penis pracuje w Tobie, a ty szalejesz z rozkoszy – niemal każde słowo podkreślił natarczywym pchnięciem, a ja przy którymś z nich osiągnęłam szczyt, głośno krzycząc z przyjemności. – Lily, kurwa! – ryknął Louis, spuszczając się kondoma, padając na moje mokre piersi. Z ciężkim oddechem zdobyłam się na uśmiech pełen zadowolenia. – Bądź moja na zawsze – powtórzył się, spoglądając na mnie na wpół zmęczonym wzrokiem. Ta druga połowa wciąż była pełna pożądania.
- Jestem.

- Wyjdź za mnie, Liliano.


*****************************
Czy tylko mi brakowało tych pikantnych momentów Louisa i Lily? :D I urocza końcówka... :D Piszcie swoje wrażenia w komentarzach :D Peace i do następnego razu :D

35 komentarzy = NOWY ROZDZIAŁ!! :* <3


Komentujcie <3

Katie.

poniedziałek, 10 listopada 2014

3 Generation - One.

- Louis! – moje słowa przerwał pisk Avy, która wpadła do Sali, niemal potykając się o swoje czarne glany.
- Co jest? – spytałem ją smutnym tonem, spoglądając to na nią, to na Lily. Zdziwiło mnie to, że Ava była w dobrym humorze. Pytanie tylko : Dlaczego?
- Lily… Ona będzie żyła – sapnęła z szerokim uśmiechem.

~ Louis P.O.V ~

Słysząc te słowa, spojrzałem zdezorientowany na dziewczynę. Wstałem i podszedłem do niej z konsternacją wypisaną na twarzy.

Czy ona robiła mnie w chuja, czy jak?!

- O czym ty mówisz?
- Lily będzie żyła, zapomniałeś?! Przecież ona jest mieszańcem, pół wampirem, pół nocnym łowcą. Lily przeszła jedną drugą przemiany, a żeby stać się stu procentowym łowcą…
- Trzeba było zabić jej wewnętrznego wampira… - szepnąłem do siebie, a moje serce przyśpieszyło, gdy wszystko do mnie dotarło. Otworzyłem szeroko oczy ze zdziwienia. – Boże, nie wierzę…
- Ona przeżyje! – krzyknęła Ava, mocno się we mnie wtulając. Również to robię, czując ogromną ulgę. Moja Lily będzie żyła… Będzie żyła!
- Dlaczego tak długo się regeneruje? Minęło już sporo godzin – odsunąłem się od Avy.
- Louis, czasami zaskakujesz mnie swoją pieprzoną tępotą! – wymachuje rękoma. – Mieszańce przemieniają się wolniej, ale to też zależy ile ma się w sobie łowcy, a ile wampira. W dodatku Lily była… zresztą jeszcze jest też demonem, ale to kurwa nie jest ważne! Jak mogliśmy zapomnieć, że jest w połowie przemiany? Jesteśmy idiotami! Lily wiedziała co robi od samego początku i kryła się przed nami!
- Nie dość, że piękna, to i mądra – uśmiechnąłem się do siebie, pierwszy raz od wielu dni.
- Zostawmy ją samą, Grace zamówiła nam sporo jedzenia z Lusso, bo stwierdziła, że musimy być bardziej napakowani – wywróciła oczami i biorąc moją rękę, wyprowadziła ze szpitalnego skrzydła, nim zdążyłem odmówić, bo chciałem trwać przy Lily, mimo tego, że byłem potwornie głodny.

***
- Podjąłem decyzję – oznajmiłem wszystkim, gdy najadłem się za dziesięciu. Podczas tej czynności, myślałem intensywnie nad decyzją, którą za kilka chwil miałem powiedzieć. Wcześniej rozmówiłem się o tym już z Grace i przystała na moją propozycję. Musiało się udać.
- Jaką? – zapytała Ava, jedząc kurczaka tak, jakby widziała go pierwszy raz na oczy. No tak, siedzieć w klatce bez jedzenia przez kilka dni, to bym tak samo zareagował. Tym bardziej, że ja kochałem wpierdalać masę jedzenia.
- Wyjadę z Lily na jakiś czas do Los Angeles – mówię, a Ava opluła się jedzeniem ze zdziwienia.
- Co? I nie zabieracie mnie ze sobą? – jej ton głosu mnie rozbawia.
- Ktoś musi robić na złość reszcie – uśmiechnąłem się złośliwie.
- Ha ha, zabawny jesteś – parsknęła, kręcąc oczami. Jej popierdolony humorek wracał.
– Chcę by odpoczęła od miasta. Wybrałem dom z dala od ludzi… jak będzie chciała wrócić, to wrócę, jak nie… to z nią zostanę, póki sama mnie nie wyrzuci na zbity pysk.
- Nie chcecie wrócić do Miasta Śmierci? – spytał zdumiony Harry.
- Póki co nie. Zbyt wiele się wydarzyło, zrozumcie. Chcę by na razie wróciła do normy i na nowo nauczyła się funkcjonować jak człowiek…
- Podejrzewam, że ty nie tylko jej pomożesz… Potrzebuje każdego z nas, Louis – stwierdził Zayn, odkładając talerz na stół. – Nie możesz jej odizolować od wszystkich i wszystkiego. Jesteśmy jej potrzebni.
- Człowiek, który wraca do swojego poprzedniego wcielenia może być zdezorientowany i nie wiedzieć… co zrobić w niektórych momentach.
- Postaram się o to – zapewniłem ich.
- Nie wydaje mi się, ty do takich rzeczy cierpliwości akurat nie masz – odparł Niall, parskając śmiechem.
- Wyszkoliłem Lily nocnego łowcę? Wyszkoliłem – powiedziałem z lekka oburzony. Lily na pewno będzie chciała wyjechać. Znałem ją na tyle, by to stwierdzić.
- Grace tez musi ją mieć pod okiem. Nocni łowcy też mają swoje momenty, w których dostają bzika, a nie wiadomo, jak to będzie z Lily – ciągnął dalej Niall.
- Grace zgodziła się na wyjazd, więc ufa mi na tyle, że poradzę sobie z Lily i może ją ze mną zostawić. Nie pamiętacie jak była na skraju załamania swoją wampirzą egzystencją? Daliśmy sobie radę, szczególnie ja z Avą, bo ciągle przy niej byliśmy i nie pozwalaliśmy się jej poddawać. Minie pewnie kilka tygodni nim przyzwyczai się do normalnego funkcjonowania, ale… ona jest silna. Silniejsza od nas wszystkich…
- Louis, od kiedy tak filozofujesz? Kto Cię tego nauczył!? Nie wierzę, że ty masz taki dobór słów! – zaśmiała się Ava. Chciałem powstrzymać ironiczny uśmiech i wywrócenie oczami, lecz mi się nie udało. – No nareszcie się uśmiechnął! Koniec żałoby! – krzyknęła roześmiana. Podziwiałem ją za to, że mimo tych całych okoliczności, potrafiła każdego rozbawić.

Tylko gdyby dołączyła do nas Lily… Byłoby niesamowicie.

***

Minęły kolejne dwa dni, a Lily nie dawała znaku życia. Wiedziałem, że ta cała przemiana to długi i bolesny okres, ale żeby tak to się przeciągało?! Strasznie martwiłem się o to, że to mogły być jakieś komplikacje… Poprzedniego dnia tak było, bo Lily dostała lekkiego krwotoku, lecz Grace mówiła mi, że to normalne i oznaczała to, że organizm wraca do prawidłowego funkcjonowania i drugi etap przemiany jest już bliski końca. Nie mniej, nie odetchnąłem z ulgą.

Mało spałem. Ciągle trwałem przy Lily, w dzień i w nocy. Czasami przysnąłem, jeśli byłem już naprawdę padnięty. Nawet nie chodziłem jeść, bo Ava przynosiła mi obiad lub kolację i od czasu do czasu jakiś alkohol. Gdy byłem już na serio zdesperowany, musiałem wypić. Inni mogli brać za alkoholika, ale chuj : moja dziewczyna walczyła o normalne życie! Gdybym mógł zamienić się z nią miejscami, zrobiłbym to bez wahania. Zbyt mocno ją kochałem i nie chciałem, by przechodziła przez ostatni etap przemiany. Nie potrafiłem patrzeć na ludzi cierpiących, szczególnie Lily.

- Kiedy się Pani obudzi, co? – spytałem ją cicho, bawiąc palcami jej dłoni. Oczywiście odpowiedziała mi głucha cisza. Tęskniłem za jej głosem i powoli zapominałem, jak on brzmiał. – Tak myślałem… - westchnąłem głośno, podniosłem jej dłoń do swoich ust i musnąłem kilka razy. – Powinienem Cię przeprosić za to, jak zachowałem się wobec Ciebie, gdy Harry był pijany, wiesz? Styles mi wszystko wyjaśnił… Cholera, jestem idiotą, by Ci nie wierzyć – w moim głosie można było dosłyszeć się desperacji. – Nim drugi raz Cię ocenię, sprawdzę czy winna osoba jest trzeźwa – parsknąłem śmiechem i wtuliłem twarz w jej ramię. Stąd mogłem usłyszeć jak wyraźnie biło jej serce. Walczyła. Mimo woli na moją twarz wyszedł uśmiech. – Nie żebym był niecierpliwy, ale chciałbym, abyś w końcu wróciła do żywych, wiesz? Chyba nadszedł już czas abyś otworzyła te piękne oczy? – spojrzałem na jej twarz i zamarłem.

Dosłownie kilka minut wcześniej jej twarz była sina, teraz… Jej cera była taka jak kiedyś : blada i nieskazitelna. Podniosłem się oparzony z krzesła i obejrzałem ją całą. Z jej rąk fioletowe sińce wchłaniały się w skórę Lily w dla mnie niewyjaśniony sposób, ale po pięciu sekundach ich już nie było.

- Lily, słyszysz mnie? – pogłaskałem ją po policzku, a moja dłoń niewyobrażalnie drżała. – Lily?!
- Lou, co się dzieje? – w drzwiach skrzydła szpitalnego pojawił się Harry.
- Nie wiem – odpowiedziałem szczerze, pochylając się nad nią. Jej klatka piersiowa zaczęła unosić się niewyobrażalnie szybko, a na czole pojawiły się kropelki potu. – Dzwoń po Grace! – krzyknąłem do Harrego, który od razu wykonał moje polecenie. – Lily, skarbie, spokojnie… - pogłaskałem ją po włosach i twarzy. Była gorąca. – Cholera – przekląłem pod nosem, biegnąc po zimny okład, który tkwił w małej chłodziarce, stojącej obok szafki z lekami. Szybko wróciłem na miejsce i zacząłem okładać lodem jej twarz, dekolt i ramiona. Zobaczyłem jak na jej skórze pojawia się gęsia skórka. Lily odbierała bodźce. Była poniekąd z nami.
- Grace zaraz tu będzie, bo właśnie szła do nas – oznajmił Harry, pojawiając się obok mnie. – Co z nią?
- Ma piekielną gorączkę, stary. Ona aż parzy – powiedziałem z przejęciem, nie wiedząc co robić. Nie byłem Grace, która miała rozwiązanie na każdą sytuację.
- Już jestem – nasza szefowa wpadła do Sali, lekko zdyszana i stanęła po drugiej stronie łóżka, na którym leżała Lily i dokładnie ja ją opatrzyła. – No, to już prawie koniec – powiedziała z lekkim uśmiechem, a ja zdębiałem.
- Koniec? Ona do cholery ma z dobre czterdzieści jeden stopni gorączki! – niemal krzyknąłem.
- To normalne wśród przemiany mieszańców. Za góra godzinę się wybudzi, Louisie, możesz być spokojny – odparła spokojnie, kierując się w stronę. Nim opuściła skrzydło, obróciła się twarzą do mnie i Harrego. – Powinniście wyjść i zostawić ją samą. Podejrzewam, że wyczuwa waszą obecność i przez to trudniej jest jej się wybudzić.
- Sugerujesz, że jestem wrzodem na jej dupie? – prychnąłem.
- Można tak powiedzieć – zaśmiała się krótko i wyszła.

Z Harrym również to uczyniliśmy, tylko ja nie z nieukrywaną niechęcią.

***
- Stary, wyluzuj, wszystko będzie z nią okay – Liam siadł koło mnie w salonie, gdy już wszyscy spali. Lily nadal się nie wybudziła, a czas jej przemiany wydłużał się w nieskończoność. Nie mogłem tego znieść. Frustracja i strach rozpierały mnie od środka.
- Boję się o nią, Liam – szepnąłem, zerkając na niego kątem oka.
- Ty ją na serio kochasz, Louis – mruknął pewnie.
- Nie na niby – prychnąłem pod nosem.
- Dlaczego chcesz z nią wyjechać? Tylko po to, by wróciła do normalności, czy kryje się w tym jakiś podtekst? – obróciłem głowę i spojrzałem na niego. Na jego twarzy malował się pół uśmiech.
- O co Ci chodzi? – zapytałem z konsternacją.
- Ty już wiesz, kolego. Chcesz o tym pogadać?
- Nie, chcę zostać sam i wszystko…
- Przemyśleć, kminie – odparł, klepiąc mnie po ramieniu i wyszedł powoli z salonu. Już chciałem krzyknąć, żeby wrócił, ale powstrzymałem się od tego planu. Nie chciałem by inni oglądali mnie w takim stanie. Lily cierpiała, a ja nie mogłem tego znieść. Im dłużej się nie wybudzała, tym bardziej martwiłem się o to, czy kiedykolwiek jeszcze otworzy oczy i czy dane będzie mi usłyszeć jej głos. Nie poradziłbym sobie, gdyby odeszła bez słowa pożegnania. Żadne kurewskie liściki się nie liczyły. Chciałem by żyła i zrobiłbym wszystko, by wróciła do żywych.

***
Nastał i ranek. Lily nie dawała żadnych znaków życia, prócz chwilowych ataków drgawek i gorączki. Mimo, że po jej twarzy nie było śladu cierpienia wiedziałem, że w środku dział się istny horror.
- Dasz radę skarbie, wierzę w Ciebie – szepnąłem po raz kolejny, mocno trzymając jej dłoń, która nabrała już normalnego koloru.
- Louis?! – do Sali zajrzała zaniepokojona Ava. O dziwo miała przy sobie broń.
- Co się dzieje? – zapytałem, wstając ze stołka, na którym siedziałem, nigdy nie puszczając dłoni Lily.
- Mamy atak kilku wampirów na wschodnią część. Musisz tam być.
- Nie poradzicie sobie sami?
- Louis, nic jej nie będzie, zamkniemy oddział szpitalny. Będzie bezpieczna – powiedziała pewnie. Widziałem po jej minie, że nie rwała się do tego z taką ekscytacją, jak kiedyś. Eleanor musiała porządnie wyprać jej mózg przez te dni, gdy była zamknięta w klatce.
- W porządku, załatwmy ich.

***
- Czuje obecność jeszcze jednego wampa, ukrywa się przed nami sukinsyn – warknąłem, czyszcząc broń wierzchem swojej koszulki i rozglądając się po podwórzu. Pięciu z nich już leżało i paliło się. – Skurwiel pewnie dostał się do środka krypty.
- Z pewnością to wampiry Arrena, tylko on i jego sprzymierzeńcy mogą wejść do krypty – uświadomiła sobie Ava, oddychając szybko po przebytej walce z jakimś nafaszerowanym sterydami wampirem. – Cholera, jebany zmęczył mnie bardziej, niż Zayn podczas seksu.
- Słyszałem! – krzyknął Zayn, który stał z trzy metry od nas. Ava zaśmiała się głośno.
- To miała być mobilizacja do działania, stary – odparłem, posyłając mu krzywy uśmiech.
- Poradzę sobie, Tommo. Może zapytam się Lily jak ty ją zadowalasz?
- Nie udawaj, że nie ich słyszysz, Zaza! – parsknął śmiechem Niall, ciągnąc za sobą nieżywego wampira. – Przecież to trzeba by było zrobić ściany dźwiękoszczelne, by normalnie spać.
- Oj skończ pierdolić – dałem mu sójkę w bok, na co syknął.
- Chodźmy do krypty po tego wampira, zapomnieliście? – przypomniała nam Ava, a mi zaświtało w głowie. Lily była w środku. Już jako człowiek, z bijącym sercem i płynącą w żyłach krwią.

Była dla niego przekąską, która leżała bezbronnie w szpitalnym dziale.

- Cholera! – przekląłem, rzucając wszystko i puściłem się biegiem do krypty. Panowała w niej kompletna cisza i to mnie najbardziej martwiło. Pokonałem schody prowadzące na piętro w kilka sekund, ładując pistolet nabojami z płynnym srebrem i przyśpieszając tempo swojego chodu jeszcze bardziej. Gdy dotarłem na miejsce, oddech ugrzązł mi w gardle.

Drzwi od skrzydła szpitalnego były wyważone.

- Lily?! – krzyknąłem, wbiegając do Sali. Po Lily ślad zaginał. – Lily?! – powtórzyłem, a za sobą usłyszałem charknięcie. Obróciłem się i od razu zaatakowałem. Wampir okazał się silniejszy, niż to podejrzewałem. Po tym, jak dostał ode mnie w twarz, z kopniaka oberwałem od niego w prawy korpus i gdy zwijałem się z bólu, wyrzucił mnie na ścianę pięć metrów dalej. Uderzyłem w nią plecami i runąłem na ziemię. Mimo bólu w plecach, podniosłem się i ponownie oberwałem, nim zdążyłem oddać cios. Znowu wylądowałem na ziemi, czując krew cieknącą mi ciurkiem z nosa wzdłuż twarzy. W dodatku w trakcie lotu broń wypadła mi z rąk i wzrokiem jej nie odszukałem. – Kurwa mać – zacisnąłem zęby i czekałem, aż wampir znowu zada cios.

Rozległ się strzał, a kula trafiła wampira między oczy. Ryknął po raz ostatni i upadł na ziemię, siniejąc. Podniosłem wzrok i moje oczy nie dowierzały.

Tam stała Lily z zadziornym uśmieszkiem.


- Że niby taka zabawa ma dziać się beze mnie?



***************************

Lily Come Back! Yay! :D

Więc, witam już was... w 3 Generacji COD? XD Wow, za nami już dwie części tej historii :D Jak myślicie, czy dorówna wrażeniami jak pierwszy i druga? I co według was może się w niej zdarzyć? Mam kilka pomysłów, zobaczymy czy zgadniecie :D

Kochani, zapraszam na tego fantastycznego bloga naszej czytelniczki i mojej przyjaciółki, w którym gra realna ja :D 


35 komentarzy = NOWY ROZDZIAŁ!! :* <3


Komentujcie <3

Katie.

środa, 5 listopada 2014

2 Generation - Ten.

[..]
Owszem, mój „prowizoryczny” kołek wylądował w jej klatce piersiowej, idealnie wymierzony, ale… 

Jej kołek również tkwił w moim sercu. Otworzyłam oczy i usta szeroko, słysząc w tle głośne szlochania i krzyki rozpaczy Avy. Eleanor zaskoczona powoli spojrzała w miejsce, gdzie był jej kołek, potem spojrzała na mnie oczami pełnymi bólu.
- Gnij w piekle – charczę po raz ostatni i razem z nią opadłam na posadzkę i…

Umarłam, a ostatnią myślą powróciłam do mojego Louisa.

~ Narracja trzecio osobowa ~

Louis szukał Lily po całej krypcie z niepokojem. Minęło sporo czasu odkąd jej nie widział. Odkąd uciekła spod kawiarni, nie mógł jej nigdzie znaleźć. Atmosfera była bardzo napięta. Eleanor porwała Avę kilka dni temu i nadal nie było nic słychać w tej sprawie. Wszyscy, szczególnie Zayn bali się, że Ava umierała gdzieś w lesie samotnie i w ciemnościach, ale nikt nie ważył się mówić na ten temat. Zayn był bardzo wrażliwy na tym punkcie.

A Louis nadal próbował odnaleźć Lilianę. Szukał wszędzie : w jej sypialni, jak i jego, w szklarni, gdzie zazwyczaj miała przebywać od czasu ich kłótni, w zbrojni… Dosłownie wszędzie. Ślad po niej zaginął. Nie wiadomo dlaczego, ale jego nogi poniosły go z powrotem do jej sypialni. Wiedział, że będzie w niej jakaś wskazówka, bo Lily nigdy nie znikała bez śladu.

I znalazł.

Na jej szafce nocnej leżała mała, kredowa kartka wypełniona pięknym pismem dziewczyny. Chłopak wziął ją do rąk i przeczytał, szepcząc pod nosem :

„Drogi Louisie, wiem gdzie jest Ava. Udało mi się namierzyć Eleanor, obie są w opuszczonym domu Betty… Lecz oznacza to, że już nigdy więcej Cię nie dotknę, nie zobaczę i nie poczuję Twoich warg na swoich. Wyruszam na misję samobójczą, z której na pewno nie wyjdę żywa. Muszę zabić Eleanor. Mam nadzieję, że zrozumiesz i wiesz, dlaczego to robię. Kocham Cię najmocniej na świecie i wierzę, że ułożysz sobie życie z kimś lepszym ode mnie. I proszę : nie gniewaj się na Harrego, był nadzwyczajnie w świecie pijany i nie wiedział co robi. Powiedz reszcie, że też ich kocham.

To koniec. Kocham Cię na zawsze, zawsze, zawsze.

Twoja Lily”

- Kurwa mać! – wrzasnął na całe gardło brunet i pędem zbiegł do reszty na dół. Spojrzeli na niego i od razu wstali, widząc w jakim stanie był.
- Co się dzieje, bro? – zapytał Zayn, a Louisowi brakowało słów. Trzymał mocno kartkę od niej w swojej dłoni i z trudem powstrzymywał łzy. – Kurwa, Louis, gadaj!
- Lily znalazła miejsce, gdzie jest Ava z Eleanor – oznajmił wszystkim z trudem, przez zaciśnięte gardło.
- To dlaczego głos Ci się łamie? – Louis nie odpowiedział, bo język znowu mu się zaplątał. – Mów!
- Bo Lily już chyba nie żyje… Ona zabiła Eleanor – każdy w pokoju zamarł, tylko nie Zayn. On wykazał się profesją i dojrzałością, przez co wszystkich trzymał w ryzach.
- Gdzie one są? – zapytał niskim głosem.
- W opuszczonym domu Betty – powiedział Louis, patrząc przed siebie i widząc obraz rozczłonkowanej Lily na kawałki. Wzdrygnął i odgonił jak najdalej od siebie tą myśl.
- Jedziemy tam, stary – Zayn podszedł do swojego przyjaciela i by ocucić swojego przyjaciela, walnął go z otwartej dłoni w twarz. Louis automatycznie wrócił do świata żywych i popatrzył na Zayn’a ze złością.
- Zaza, uprzedź za nim uderzysz! Przerabialiśmy to! – powiedział chłopak podniesionym głosem, a Zayn nie mogąc się powstrzymać, uśmiecha się złośliwie, mimo tego, co powiedział im kilka sekund wcześniej.
- Nie mogłem się powstrzymać. Twoja twarz jest stworzona do uderzania, stary.

***
W dwadzieścia minut dojechali na miejsce samochodem Louisa i obłożeni bronią po same uszy wkroczyli na nawiedzoną posesję. Co zaniepokoiło Louisa? Drzwi były wyważone, co świadczyło o obecności Lily. W zwyczaju w jej towarzystwie ( szczególnie gdy była wściekła ), cierpiały na tym właśnie drzwi.

Jego serce podeszło do gardła, ale zachował zimną krew, lecz bał się tego, co może zobaczyć w środku. Zayn z Liamem poszli przodem, Harry, Louis i Niall obstawiali tyły. Od nerwów Louis ledwo trzymał naładowaną kuszę w swoich drżących dłoniach.

- Stary, będzie okay – Niall zauważył jego zdenerwowanie i poklepał go po plecach. Louis nie rozluźnił się i przyśpieszył, niemal jednym susem przeskakując schody. Chłopak wpadł do środka, oglądając się wokół siebie, szukając wzrokiem swojej dziewczyny i Avy.
- Tutaj! – po budynku rozszedł się donośny krzyk Payne’a, na który Louis dostał dreszczy, ale nadzwyczajnie szybko przybiegł na miejsce.

Na widok ten, co zastał, jego serce stanęło. Ava siedziała w klatce płacząc i wołając imię mojej dziewczyny, a Zayn ją uspokajał, a Liam… pochylał się nad…

Dwoma ciałami. Jedną z nich była Eleanor, gnijąca i nareszcie martwa, lecz…

Drugą była Lily.

Louis rzucił kuszę na podłogę, już nie powstrzymując szlochów, które cisnęły mu się na język i padł przed Lily na kolana. Położył dziewczynę na swoich kolanach, obserwując jej zszokowaną, siną i… martwą twarz..

- Nie, nie, nie… - szepnął Louis pod nosem, kręcąc z niedowierzaniem głową i patrząc na nie żywą dziewczynę w nadziei, że może jeszcze otworzy oczy. Lecz ona… Była cała zsiniała i w żyłach, a jej ciało było twarde i napięte. – Proszę, nie… Tylko nie to… - szlochał dalej, chowając twarz w jej włosach i nadzwyczajnej w świecie wybuchł płaczem, tuląc do siebie nieżywą Lily. Ręką wymacał kołek i wyjął go z niej, wyrzucając daleko za siebie i przyciągnął do siebie jej ciało. – Ja Cię kocham, nie możesz mnie opuścić… Proszę… Wróć do mnie, kochanie… - mruknął z trudem w jej włosy, pozbawiony siły. Właśnie stracił najważniejszą część siebie : Ją. Była dla niego całym życiem, którego już nie miał, gdy i ona opuściła ten świat. – Wróć do mnie, maleńka… Nie możesz mnie opuścić… - mówił dalej, nie mogąc uwierzyć, że ona nie żyła.
- Louis, zawieźmy ją do domu… Nie możemy tutaj zostać – odparł Harry głosem pełnym bólu, stając za przyjacielem i kładąc dłonie na jego ramionach. Każdego w pomieszczeniu zabolała strata Lily. Była ich przyjaciółką, a przede wszystkim : należała do rodziny nocnych łowców.
- Ona nie żyje, Hazza… - powiedział Louis do swojego przyjaciela z niedowierzaniem. Harry mu nie odpowiedział tylko pociągnął głośno nosem, co świadczyło, że też był na granicy płaczu. Wszyscy obecni mieli uwagę skupioną na Lily, a o Eleanor tylko „zatroszczył się” Liam, który podpalił jej ciało. Louis mocno wziął na ręce Lily i po uwolnieniu Avy z klatki, cała siódemka opuściła dom. Gdy byli daleko za nim, słychać było odgłos wybuchu.

Ekipa nocnych łowców pozbyła się jednego problemu… lecz stracili kogoś, kto powinien żyć o wiele dłużej.

***
~ Louis P.O.V ~

To był mój najgorszy dzień w życiu…

Lily nie żyła… Naprawdę nie żyła. Leżała martwa… Spełniła swoją obietnicę z listu pożegnalnego… Zrobiła to dla Avy… Cholera, ale ona nie żyła! Moja jedyna, prawdziwa miłość…

- Louisie, przepraszam… - do działu szpitalnego wpada Ava, od razu zalewając się łzami na widok Lily. Płacząca Ava był to rzadki widok dla mnie, lecz teraz? Nawet ja płakałem. – Czy ona…
- Tak – pokiwałem głową, wpatrując się w czarnowłosą. Wyglądała trochę lepiej, niż wtedy kiedy Zayn wydostał ją z klatki.
- Przepraszam – zakryła usta dłonią, by nie wyjść na mięczaka, który ciągle płacze. – To przeze mnie nie żyje. Gdyby nie moje porwanie, nic by się jej nie stało… To moja pierdolona wina!
- Nie obwiniaj się, zrobiła to dla Ciebie – odparłem, przenosząc wzrok na Lily. Nie zmieniła się. Nic, a nic, oprócz brzydkiego koloru skóry.
- Boże, nie chcę by od nas odeszła – Ava podeszła do łóżka i patrzyła na Lily pod zasłoną łez. – Walcz, proszę Cię… nie zostawiaj nas… - szepnęła do niej, głaszcząc dłonią jej rude włosy, których intensywność koloru zbladła i teraz były lekko miedziane. – Ona jest moim ukochanym misiaczkiem… Nie może mi tego zrobić…
- Planowaliśmy przyszłość… czemu to wszystko musiało się spierdolić? – powiedziałem słabym głosem, bawiąc się palcami jej chłodnej i delikatnej dłoni. – Mogłabyś mnie zostawić samego? – zapytałem Avę, a ona kiwa głową i wychodzi ze skrzydła szpitalnego.
Spojrzałem z powrotem na Lily pod zasłoną łez i usiadłem na krześle tuż obok jej łóżka.
- Wiesz, że nigdy nie płakałem? – odezwałem się do niej, choć wiedziałem, że i tak mi nie odpowie. – Przenigdy. Nawet na pogrzebie mamy i sióstr… Zawsze gdy chciałem się rozpłakać, ojciec mówił mi, że przez łzy wyrażamy jak jesteśmy słabi i kazał zabijać wampiry… Ale ty nie jesteś wampirem… Jesteś moją ukochaną Lily… Czemu nam to zrobiłaś, wariatko? – spytałem ją, a ona nic. Otarłem łzy dłonią i uśmiechnąłem słabo. – Mogłaś poprosić o pomoc Grace, Mike’a, któremu najchętniej oderwałbym łeb… mnie. Zawsze Ci pomagałem, tylko nie w fizyce, ty byłaś w tym lepsza, mój kujonku – zaśmiałem się cicho. – Proszę, zawalcz dla mnie kochanie… Maleńka, jesteś silniejsza od kogokolwiek, silniejsza ode mnie… Nie zostawiaj nas, jesteś nam potrzebna… Ja Cię potrzebuję. Chciałbym, abyś za mnie wyszła i została moją żoną. Chciałbym usłyszeć z tych swoich pięknych ust „Tak” i byłabyś tylko moja na zawsze… Miałem trudny start w życiu i straciłem wiele bliskich mi osób… Nie mogę stracić i Ciebie – zaszlochałem pod koniec, głaszcząc jej siny policzek wierzchem dłoni. – Kocham Cię Lily Anderson… Nigdy nie byłaś, nie będziesz Lilianą Honses… Jesteś Anderson od samego początku naszej znajomości i tak zostanie przez całą wieczność – pociągnąłem nosem. - Pamiętasz jak w urodziny zabrałem Cię do szklarni? Był to mój najlepszy dzień w życiu, bo mi zaufałaś i pierwszy raz kochaliśmy się… Jeśli mnie opuścisz… nie wiem co ze sobą pocznę. Jesteś dla mnie wszystkim, byłaś moją podporą, która trzymała mnie w tym mieście… Tak bardzo Cię kocham – podniosłem się z krzesła i złożyłem na jej skostniałych ustach pocałunek. Nawet martwa była piękna. – Obiecuję Ci, że jak się obudzisz, wyjedziemy stąd na jakiś czas… Odpoczniemy od wszystkich i będę tylko do Twojej dyspozycji. Zrobię cokolwiek, abyś tylko była szczęśliwa. Gdy Cię taką widzę czuję się tak… jak wtedy gdy straciłem matkę i siostry. Nie możesz odejść…
- Louis! – moje słowa przerwał pisk Avy, która wpadła do Sali, niemal potykając się o swoje czarne glany.
- Co jest? – spytałem ją smutnym tonem, spoglądając to na nią, to na Lily. Zdziwiło mnie to, że Ava była w dobrym humorze. Pytanie tylko : Dlaczego?

- Lily… Ona będzie żyła – sapnęła z szerokim uśmiechem.




***************************
Współczujecie Louis'owi? :( Bo ja bardzo :/ Szczególnie gdy tak rozpaczał nad Lily... Cholera, jednak potrafię pisać lekkie wyciskacze łez XD

Kochani, to był OSTATNI rozdział 2 części COD! No i oczywiście będzie TRZECIA :D
Ale musicie mi przyrzec, że w tej części będziecie oddawać więcej komentarzy! Bo każdy amatorski bloger wie, jak ważne są komentarze! :) 

Więc...

35 komentarzy = 3 CZĘŚĆ COD!!! :D 

Komentujcie <3

K.

poniedziałek, 3 listopada 2014

2 Generation - Nine.

- Co ty tu robisz? – zapytał mnie Louis, nie kryjąc swojego zdziwienia na mój i tym bardziej, Mike’a widok.
- Nic, właśnie wracam do domu – oświadczyłam, uśmiechając się sztucznie.
- A on? – wskazał na Mike’a, lekko się grymasząc. Widziałam, że nie był zadowolony z jego obecności.
- Ma imię, tak żeby było uprzejmiej – odparł zgryźliwie Mike, mierząc swojego „rywala” ostrym spojrzeniem, które Louis odwzajemnił.
- Ktoś Cię pytał o zdanie, Stewart? – cedzi przez zaciśnięte zęby.
- Wow, widzę, że już przeskoczyliśmy na wyższy poziom naszej znajomości. Po prostu cieszę się jak nigdy – odparł, nie będąc tak złośliwy jak Louis. Ten chłopak emanował spokojem, a Louis… to Louis.
- Lily, wracajmy do domu – Louis popatrzył na mnie kątem oka.
- Nie, muszę gdzieś jeszcze pójść – odparłam i nim zdążył się odezwać, z prędkością wampira odeszłam od nich obu, słysząc jeszcze jak Mike mówi głośne „O cholera!”
Moje nogi poprowadziły mnie daleko za miasto. Tutaj czułam się bezpieczna i atmosfera nie była tak napięta, jak w krypcie. Miałam dosyć tego miejsca. Przez jedno głupie połączenie więzi rozpadał się mój związek, porwano mi przyjaciółkę i w dodatku musiałam zginąć, by ona była bezpieczna i przy okazji pozbyć się Eleanor, by raz na zawsze zniknęła z mojego życia… znaczy, z życia Louisa, bo ja już wtedy nie będę żyć.

Padłam na samym środki drogi, mając gdzieś, czy znikąd pojawi auto i położyłam się, patrząc na szare niebo. Kiedy byłam dzieckiem robiłam tak dosyć często, szczególnie w okresie, gdy tata odszedł ode mnie i mamy. Teraz chciałabym z nim porozmawiać czy o wszystkim wiedział… Może on powiedziałby mi prawdę? Zresztą… było mi już wszystko jedno. Zostało mi tylko 5 dni, a z dnia na dzień czułam co raz większą presję z tym związaną.
Zamknęłam oczy i zmusiłam swój mózg do pokazania mi swoich najlepszych wspomnień.
Pierwsze oczywiście było związane z Louisem. Nasze pierwsze spotkanie… Gdyby mnie wtedy nie zatrzymał na środku ulicy… Nie wiem co by się ze mną teraz działo. To on we wszystkim mi pomógł, wprowadził w ten świat… gdyby tak łatwo było w kwestii zejścia z niego… To może i byłabym szczęśliwa, a tak? Jestem z nim pokłócona przez pijacki, głupi czyn Harrego. Oby miał kaca giganta kutas jeden! Oh… To jest po prostu tak denne…
Takie właśnie było moje życie. Denne, ale jednak pokochałam je za sprawą Louisa. Chciałam stąd odejść pogodzona z nim, obdarowana przez niego ostatnim, namiętnym pocałunkiem, a może nawet najostrzejszym seksem, jaki mógł mi dać. 

Mimo woli, uśmiechnęłam się szeroko, śmiejąc się głośno. Tak, to było zdecydowanie jedno z lepszych wspomnień, które na zawsze miało pozostać w mojej pamięci. Byłam tylko ciekawa, czy w ogóle będę świadoma przebywając po tej drugiej, nie znanej mi jeszcze stronie. Gdyby nie porwanie Avy, może z jej planu „eliksiru chwilowej śmierci” coś by wypaliło, a tak?

Wtedy w mojej głowie zabłysła zielona lampka. Podniosłam się do pozycji siedzącej, wytężając swój umysł.

Każdy mieszaniec żeby zostać stu procentowym łowcą, musiał przejść dwa etapy przemiany. Pierwszy z nich przeszłam : przez potężny czar Grace stałam się nieśmiertelną, to był warunek, aby przejść do drugiej i ostatniej części przemiany : trzeba było mnie zabić, co odwlekano miesiącami.

- No jasne! – krzyknęłam, zrywając się z ziemi i szybko wróciłam do miasta, kierując do krypty.

Czemu ja byłam tak głupia zapominając, że po śmierci powstanę na nowo, już jako łowca?! Dlaczego zapomniałam o tak ważnej rzeczy?! Mogłam uratować Avę!

Do krypty wpadłam kilkanaście minut później. Nikogo w niej nie było, nawet Louisa, co mnie bardzo zdziwiło. Myślałam, że zastanę go rozwścieczonego i gotowego do kolejnej awantury. To może nawet było lepsze, zważając na to, co miałam zamiar zrobić. Nie oglądając się za siebie, zniknęłam w swojej sypialni i niemal od razu dopadłam pierwszej lepszej kartki i długopisu.

Moje myśli same wypłynęły na kartkę, tworząc krótki list do Lou. Po napisaniu go, położyłam na szafce i przelotnie palcami jej dotknęłam, a lekki uśmiech błąkał się po kącikach moich ust.

Chwilę później byłam już w schowku z bronią. Wzięłam jedyny kołek ze srebra i opuściłam pomieszczenie mając nadzieję, że przypadkowo nie napatoczę się na chłopców, a co gorsza : Lou. Nie minęło kilka minut, a byłam już poza kryptą. Obejrzałam się za siebie, ostatni raz ją oglądając.

Przyćmione niebo nade mną bardzo pasowało do nastroju, który teraz we mnie panował. Zbliżał się zmrok, przez co mogłam przejść jako wampir bez żadnych obaw, że mnie jakakolwiek osoba zobaczy.

Ściskając kołek w swojej bladej, wampirze dłoni, opuściłam niezauważona kryptę i ruszyłam po Avę. Nie mogłam tak siedzieć i czekać, aż w końcu Arren lub Eleanor podrzucą ją nam pod drzwi w kawałkach. Musiałam działać na własną rękę, co równało się z tym, że tego dnia miałam zginąć z rąk któregoś z nich. Czułam to. Czułam jak śmierć, która witała mnie z szerokim uśmiechem i wraca po mnie z otwartymi ramionami. To było dziwne, że tyle razy jej unikałam, albo udawało mi się przetrwać. Lecz miałam zginąć w słusznej sprawie : moja przyjaciółka była w rękach kogoś, kto za wszelką cenę chce mnie zranić : Eleanor.

Ta cała sytuacja… To całe porwanie, było tak naprawdę moją winą, wyłącznie. Gdyby nie ja, Ava byłaby bezpieczna. A tak? Nawet nie wiem czy jeszcze żyła! Arren i Eleanor byli nieobliczalni, a tego najbardziej się bałam. Arren bez wahania mógł skrzywdzić Avę… tak jak to zrobił z moją matką.

Zamierzałam się zemścić, jednocześnie kończąc ze sobą. Przez ostatnie dni miałam na to ochotę… Wszystko się na mnie zwaliło : zaborczy i zazdrosny Louis, wyznanie miłosne Mike’a, występek Harrego ( który był mega pijany, czego Louis nie potrafił zrozumieć i było to też powodem naszych wielokrotnych kłótni ). Nie mogłam pozwolić, by Arren i Eleanor chodzili po mieście śmierci i nim rządzili. Musieli zobaczyć, a szczególnie ona, gdzie jest jej pieprzone miejsce. Przy okazji zamierzałam ją zabić. Normalka.

Naciągnęłam na swoją twarz kaptur swojej czarnej bluzy i nim z wampirzą prędkością ruszyłam, obejrzałam dokładnie uliczkę, czy nie było żadnych ludzi. Pobiegłam do opuszczonego i nawiedzonego domu Betty Osbourne, kobiety, która zginęła przez opętanie w tym domu i w którym miała być Eleanor z Avą. Czy ta brąz szmata myślała, że się przestraszę? Nie takie rzeczy widziałam, i nie mówię tu o nagim Liamie… Ugh!
Dotarłam na miejsce w ciągu kilku minut. Moja pierwsza myśl była taka, że będę tęskniła za tymi wszystkimi zdolnościami, które posiadałam : wyostrzony słuch, węch, wzrok, bodźce… Trudno za pewne będzie mi się od tego odzwyczaić… I w ogóle od życia… Cholera, śmierć mnie przerażała…

Nie, nie mogę o tym jeszcze myśleć. Pierw Ava, potem cholerny nagrobek.

Jak rozwścieczony lew rzuciłam się ku drzwiom, które niemal od razu wyważyłam i spadły z hukiem na podłogę. Wnętrze domu strasznie śmierdziało stęchlizną, było pokryte grzybami i pleśnią. Panele odchodziły od podłoża, a tapeta ze ścian były zerwane, a niektóre jeszcze wisiały w sporych skrawkach. Popatrzyłam na to wszystko z konsternacją i schowałam kołek za paskiem swoich spodni, po czym powolnym krokiem przemierzałam dom, oglądając się wokół siebie, pochylona do przodu w pozycji bojowej. Nie słyszałam nic, prócz kroków, których stawiałam i…

Czyjeś oddechu. Słabego, ale jednak.

Ava.

- Cholera – zaklęłam pod nosem i pobiegłam w stronę wydawanego dźwięku. Dom był okropny, lecz bardzo duży. Ciężko było mi znaleźć miejsce gdzie była Ava, choć byłam wampirem i powinnam to potrafić.

Odnalazłam ją po dwóch minutach szukania. Siedziała w dużej, metalowej klatce, pobita do krwi i mega blada. Na ten widok serce mi się krajało. Jak Eleanor mogła tak potraktować człowieka, chociaż i Ava nim nie była, ale nocny łowca bez sprzętu, to był jak człowiek bez nogi. Stratny i bez sił.

Ava jakby czując moją obecność, otwiera oczy i patrzy na mnie ze zdziwieniem.

- Lily! – piska, podrywając się, raptownie odnajdując siły i podbiegła do krat, szarpiąc się z nimi. Natychmiast znalazłam się tuż przed nią. Chwytając kraty i chcąc je wyrwać, poczułam jak coś wypala mi skórę. Z krzykiem odskoczyłam od tego, patrząc z po wątpieniem na swoje ręce i kraty.
- Werbena – syczę, nie wiedząc co zrobić.

Nagle coś mnie mocno chwyciło i rzuciło za siebie. Nawet nie zdążyłam pisnąć, bo później już leciałam w powietrzu i zderzyłam się ze ścianą w efekcie czego następnie runęłam na podłogę. Jęknęłam cicho, podnosząc głowę.

- Witaj Eleanor – uśmiechnęłam się drwiąco, co odwzajemnia.
- Miło jest mi Cię znowu widzieć wiesz? Nie wiedziałam, że się tu zjawisz – powiedziała teatralnie i z westchnieniem.
- Jest tu moja przyjaciółka, dziwisz mi się? – prychnęłam, podnosząc się mimo bolącego barku po starciu z betonową ścianą. – No tak… Ty nie masz przyjaciół… - wywróciłam oczami.
- Nie ładnie tak tu przychodzić i spisywać się na śmierć – odparła, idąc powoli w moją stronę. Brunetka miała na sobie ciemne rurki, biały T-Shirt i skórzaną kurtkę, a do tego brązowe botki na obcasie.
- Wypuść Avę. To nie jest jej sprawa – warknęłam, na co ona się zaśmiała.
- Owszem, jest! Bo to Twoja przyjaciółka… a ja ranię Twoich wszystkich bliskich, zapomniałaś? Twoja matka Cię nienawidzi, Louis z Tobą nie rozmawia, a Ava…
- Zaręczyliśmy się – palnęłam, ale jednocześnie sobie przybijam piątkę w myślach, bo mina Eleanor jest bezcenna. Jej oczy stają się czarne, a dłonie zaciskają się w pięści.

Och, witam wampirku.

- Nie wierzę Ci – parsknęłam z ironią.
- To uwierz. Mamy zamiar się pobrać i założyć rodzinę. Zrobimy to, czego nie mógł zrobić z Tobą… mieć dziecko i normalne życie.
- Dość! – wrzasnęła, a ja się śmieje pod nosem. – Zbyt długo byłam miła dla wszystkich, czas to skończyć – i rzuciła się na mnie, niczym rozjuszony byk.

Wszystko toczyło się strasznie szybko, tak jak na wampiry przystało. Padłyśmy na połamanych deskach, na co rozszedł się głośny huk. Zręcznie omijałam jej wampirze, mocne ciosy, choć z trudem mi się to udawało. Z charknięciem przywaliłam jej z główki, przez co i ja poczułam lekki ból. Eleanor syknęła i wgryzła mi się w ramię, na co głośno krzyknęłam. Ava zamknięta w klatce robiła to samo, co chwilę waląc w kraty i wołając moje imię. Oderwałam ją od siebie jakimś cudem i przewróciłam na plecy, okładając jej twarz pięściami. Ona jednak była silniejsza. Chwyciła mnie za bluzę, którą miałam na sobie i wyrzuciła tak, że wylądowałam na drugim krańcu pokoju, w stosie drewna, łamiąc je pod swoim ciężarem.
- Kurwa – jęknęłam pod nosem i sięgam do tyłu, w zamiarze wyciągnięcia kołka. Jego lecz nie było. Rozejrzałam się spanikowana po pomieszczeniu. Eleanor podnosiła się w ziemi i obracała mój przyrząd do walki w swoich dłoniach. – Cholera – szepnęłam pod nosem, szukając czegoś, czym mogłabym się bronić.

Idiotko, leżysz na drewnie.

No tak. Z wampirzą prędkością wzięłam do swoich rąk większy odłam drewna i połamałam go na pół tak, że końcówka była ostro zakończona. Z warknięciem i kłami na wierzchu uderzyłam ją z wykopu, tak jak uczył mnie Louis i zyskałam na czasie by znaleźć się za nią. Już się zamachnęłam się i moja ręka z drewnem miała wbić się w serce, gdy ona raptem się odwróciła. Owszem, mój „prowizoryczny” kołek wylądował w jej klatce piersiowej, idealnie wymierzony, ale…

Jej kołek również tkwił w moim sercu. Otworzyłam oczy i usta szeroko, słysząc w tle głośne szlochania i krzyki rozpaczy Avy. Eleanor zaskoczona powoli spojrzała w miejsce, gdzie był jej kołek, potem spojrzała na mnie oczami pełnymi bólu.
- Gnij w piekle – charczę po raz ostatni i razem z nią opadłam na posadzkę i…


Umarłam, a ostatnią myślą powróciłam do mojego Louisa.



************************************

Kochani, to był przedostatni rozdział tej serii! Jak wam się podoba, choć wiem, jakie będą komentarze przez śmierć Lily XDD

I UWAGA, KOCHANI! JEŚLI SYTUACJA Z KOMENTARZAMI SIĘ NIE POPRAWI, ZAWIESZAM BLOGA NA CZAS NIEOKREŚLONY! NAJWIDOCZNIEJ NIE PODOBA SIĘ WAM I NIE MA DALSZEGO SENSU PISANIA TEGO OPOWIADANIA. MÓWI SIĘ TRUDNO, CZYŻ NIE? PROSZĘ WAS TYLKO O TO, BY KAŻDY KTO CZYTA TE OPOWIADANIE, ODDAŁ KOMENTARZ, NAWET JEDNO SŁOWO MNIE USZCZĘŚLIWI, UWIERZCIE MI, BO NIE ŻĄDAM OD WAS ŻADNYCH POEMATÓW XD 
OSTATNI ROZDZIAŁ MAM JUŻ GOTOWY, TYLKO CZEKA NA UDOSTĘPNIENIE GO WAM! WIEC, JEŚLI NIE BĘDZIE DO KOŃCA TYGODNIA TYCH 30 KOMENTARZY O KTÓRE WAS CIĄGLE PROSZĘ... ITS OVER.

30 KOMENTARZY = NOWY ROZDZIAŁ!!! 


Komentujcie <3


Katie.